Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Cudze chwalicie... - PRL-owskie odpowiedzi na zagraniczne kino

169 860  
581   100  
Wydawać by się mogło, że „żelazna kurtyna” odporna była na jakiekolwiek większe nieszczelności i dzieła zachodniej kinematografii docierały do nas w ilościach minimalnych. Na szczęście nie wszystko wyglądało aż tak źle i nasi dzielni filmowcy w mniej lub bardziej wyszukany sposób to i owo do polskiej kinematografii przemycali. A już na pewno czerpali z zachodnich dzieł niemałą inspirację.

„Przyjaciel wesołego diabła” (1986)

Odpowiedź na: „Labirynt”, „Willow”, „E.T.”



W latach 80. na zachodzie świetnie rozwijało się młodzieżowe kino fantasy. Kto u nas miał dostęp do pierwszych magnetowidów, ten z całą pewnością pamięta takie filmy jak „Goonies”, „Labirynt” czy chociażby „Niekończącą się opowieść”.

Dziś, mimo dużego sentymentu, trudno niekiedy bez zażenowania filmy te oglądać - ponad trzy dekady na karku mocno dają się we znaki, co nie zmienia faktu, że w tamtych czasach fantastyczne, familijne produkcje gwarantowały wykwit rumieńców na licu każdego małolata.
Również i Polacy próbowali swoich sił w tym gatunku. Tym bardziej, że całkiem zacne pomysły na efektowne kino najczęściej leżały sobie na półce z dziecięcymi lekturami. Taki na przykład „Przyjaciel wesołego diabła” to ekranizacja książki Kornela Makuszyńskiego. Film ten miał w sobie wszystkie cechy dobrego kina fantasy. Jest przyjaźń dzieciaka z na pozór przerażającą istotą nie z tego świata, są olbrzymy, karły oraz tajemnicze labirynty i magiczne artefakty (w tym wypadku - cudowny kryształ).
Naszym zdaniem hasełko: „Ja kudłaty durnowaty, reperuję stare graty!” brzmi o niebo lepiej niż „E.T. telefonować dom”.

„Klątwa doliny węży” (1987)

Odpowiedź na: „Indiana Jones”

Gdy Steven Spielberg wespół z George'em Lucasem powołał do życia postać dzielnego archeologa, światowa kinematografia zalana została mniej lub bardziej udanymi klonami doktora Jonesa. Jednym z tych mniej udanych sobowtórów Indy'ego był profesor Jan Tarnas — naukowiec o twarzy Krzysztofa Kolbergera, który rozszyfrowując tajemniczy manuskrypt natrafia na ślad grobowca należącego do pradawnego kosmity...



„Klątwa Doliny węży” kręcona była w Wietnamie i mimo dużego rozmachu już w dniu swej premiery okrzyknięta została jednym z najgorszych tworów polskiego kina. Produkcja kuleje właściwie w każdej dziedzinie, a motyw przemiany jednego z bohaterów filmu w „strasznego” kosmitę gwarantuje miły masaż przepony.
Na szczęście są miejsca na świecie, gdzie „Klątwa...” została doceniona. Mowa tu o Wietnamie. W tym komunistycznym kraju nasz polski koszmarek uznany został za „zbyt amerykański” i nigdy nie wszedł na ekrany kin. Wietnamczycy musieli go oglądać na tajnych, nielegalnych seansach.

„Pan Samochodzik” (1966-1991)

Odpowiedź na: „Drużyna A”, „Indiana Jones”, „Powrót do przyszłości”, seria o Jamesie Bondzie, „Knight Rider”

Kolejny bohater, który początek swej wielkiej kariery zaliczył na kartach książek dla młodzieży. Pan Tomasz, dla znajomych - Pan Samochodzik, to wzorowy obywatel socjalistycznej Polski, który miał szczęście odziedziczyć po swoim zmarłym wujku - wynalazcy, przedziwny pojazd kryjący w sobie całą masę pomocnych gadżetów. Sympatyczny kierowca interesuje się archeologią, historiami szpiegowskimi i poszukiwaniem zaginionych skarbów.
Zbigniew Nienacki - autor książek o Panu Samochodziku poleciał nieco po bandzie i sprawił, że dzielny miłośnik motoryzacji chętnie współpracuje z Milicją Obywatelską, a nawet i wstępuje do ORMO.



Mimo że samego bohatera można by spokojnie porównać do mocno ugładzonej wersji doktora Jonesa czy nawet samego agenta Jej Królewskiej Mości, to już jego pojazd, który w każdej kolejnej ekranizacji książek Nienackiego jest wyposażony w coraz dziwniejsze funkcje, mocno nawiązuje do zagranicznych, celuloidowych cudów motoryzacji w stylu opancerzonego vana Drużyny A czy nawet latającego DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”. Ponadto wykazuje się inteligencją i talentem krasomówczym wcale nie gorszym niż KITT z „Knight Ridera”.

Polski DeLorean

„Wilcze echa” (1968)

Odpowiedź na: „Za garść dolarów” i wszelkie pozostałe dzieła epoki spaghetti-westernów

W pewnym małym miasteczku rozpanoszyła się grupa zdegenerowanych ukraińskich bandytów z UPA. Do walki z tą hołotą staje chorąży Piotr Słotwina...



Co ma wspólnego jakiś biedny, komunistyczny kraj położony na wschodzie Europy z klimatem Dzikiego Zachodu, barowych bijatyk i niezłomnych hodowców bydła? Jak się okazuje - całkiem dużo. „Wilcze Echa” to polski film nakręcony w czasach, gdy wszyscy jarali się filmami z Johnem Wayne'em i włoskimi westernami o samotnych jeźdźcach poszukujących sprawiedliwości...

Nasza polska odpowiedź na „Za garść dolarów” realizowana była w Bieszczadach.
Mimo że bohaterowie rozmawiają ze sobą w naszym rodzimym języku, a miejsce zakurzonych, amerykańskich mieścin zastąpione zostało przez malownicze, polskie góry, to najważniejsze elementy westernu zachowane zostały na swoim miejscu. Są więc bójki, kolty, plugawy język i fabuła prosta niczym budowa drzwi do saloonu.

„07 - zgłoś się”

Odpowiedź na: Jamesa Bonda

„07” to kryptonim porucznika Sławomira Borewicza, którym to posługiwał się podczas komunikacji radiowej z centralą milicji (ponadto był to też autentyczny numer wywoławczy MO, który dopiero później zmieniono na 997). Tymczasem „007” to numer słynnego agenta Jej Królewskiej Mości (z czego podwójne zero oznacza, że posiadacz takiego oznaczenia posiada licencję na zabijanie). Przypadek? Nie sądzę.



Mimo że przygody porucznika Borewicza nie są tak spektakularne, jak perypetie Jamesa Bonda (trudno się dziwić - porucznik działał lokalnie, ku chwale Polski Ludowej!) to obu panów łączy coś więcej niż tylko bliźniacze wręcz kryptonimy.
Właściwie to można by rzec, że Borewicz i Bond to ta sama postać działająca w różnych realiach. A bezczelnością i talentem do uwodzenia pięknych pań, nasz amant z MO bije swego brytyjskiego klona na głowę.

https://www.youtube.com/watch?v=pYM-xaI4LTo

Pan Kleks (1983 - 1989)

Odpowiedź na: wszystko

Jeśli ostatni raz oglądaliście filmy o panu Kleksie w czasach, kiedy szczytem lansu był pistolet na kapiszony, to koniecznie obejrzyjcie go jeszcze raz. Czego tu nie ma? Psychodeliczne animacje, maszerujące w takt heavy metalu wilkołaki (nawet słynny „Skowyt” przy tym wymięka), czy nawet pieśni ku chwale suszonych ziół o euforycznych właściwościach...



W „Akademii pana Kleksa” pojawia się Adolf - dziecko-robot (bodajże pierwsza tego typu maszyna w polskim kinie), który może i technologicznie nie należy do tej samej klasy co Rutger Hauer w powstałym rok wcześniej „Łowcy Androidów”, to i tak wypada niczego sobie.
Tymczasem „Pan Kleks w kosmosie” wyraźnie trąci „Gwiezdnymi Wojnami”, a kompozycja wyśpiewana przez Emiliana Kamińskiego to prawdziwy fakol skierowany w stronę bezdusznego, orwellowskiemu systemowi opartemu na nieznoszącej sprzeciwu bezdusznej edukacji.

https://www.youtube.com/watch?v=Qxs_gn87iwg
Warto też wspomnieć o tym, że pan Kleks zaopatruje się w „piegi” u niejakiego Golarza Filipa, aby później, dzięki ich mocy, „wysłać swoje trzecie oko w kosmos”. Tak jest - ekscentryczny dziwak i właściciel szkoły dla dzieciaków regularnie zaopatrywał się u swego dilera w najlepszej jakości kwas i wraz z małoletnimi wychowankami odbywał narkotyczne wojaże... Czegoś takiego nawet Harry Potter w swoich najmokrzejszych snach nie zaznał.

9

Oglądany: 169860x | Komentarzy: 100 | Okejek: 581 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.10

22.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało