Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Unia Europejska psuje mi myszkę, czyli ślimak psuje się od głowy

56 410  
177   65  
Unia Europejska jest fajna. Daje pieniądze obibokom, a później im je zabiera w postaci kar. Czasem wymyśla całkiem dziwaczne regulacje i wdraża je przypominając mi, że czas inkwizycji nie jest wymysłem schizofrenicznych historyków. Co więcej, daje mi do zrozumienia, że inkwizycja dopiero się rozpoczęła!


Moje zdrowie psychiczne nie ucierpiało zbytnio, gdy dowiedziałem się, że ślimak to ryba lądowa. W sumie nawet mi to poprawiło nastrój i poczułem się lepszym obywatelem UE. No bo nie odstawałem już oficjalnie od reszty ludu ciemnego, który też nie wiedział o tej rybie-ślimaku. A teraz już wie. Tak samo jak ja. Troszkę poczułem się zawiedziony faktem, że ryba lądowa raczej pełza, a nie pływa, bo moja okazała kolekcja wędek, spławików, blach, żyłek, sygnalizatorów, mrugaczy, piskaczy, sond, skanerów i echolokatorów straciła znacznie na wartości. Moja łódź do wędkowania w zasadzie stała się zbędnym i drogim gadżetem. Wspomniałem, że zdrowie psychiczne nie ucierpiało, ale za to portfel tak. Fortuna wydana na te wszystkie duperele okazała się bez wartości. Nie, że stały się bezcenne. Stały się bezwartościowe i nawet droższe od materiału, z którego zostały wykonane – recykling (narzucony przez UE) pochłonąłby kolejne wydatki. Zmiana ślimaka w rybę przewróciła moje finanse i Darwina w jego grobie. Proste (prostackie?) posunięcie urzędnika zmieniło światopogląd mój, ludu ciemnego oraz ślimaków zamieszkałych w UE. Już widzę demonstracje Greenpeace na rzecz dotacji do leczenia traumy ślimaków, zacierających ręce psychologów zwierząt, zdumionych kucharzy i konsumentów.

- Poproszę jakąś smaczną, polską rybkę. – mówi spalony słońcem turysta w smażalni “Nad czystym Bałtykiem”.
- Dziś polecamy świeżego ślimaka. – odpowiada przemiła obsługa patelni.
- A czy on jest złowiony (złapany?) z dofinansowaniem UE? – zapytuje turysta-ekolog.
- Oczywiście, mamy specjalne ekologiczne siatki dofinansowane z Unii. – odpowiada obsługa.
- To poproszę jedną porcję tej ryby. – składa zamówienie turysta.
- Oczywiście, to będzie około 27 ślimaków. – informuje obsługa.
- I banan na deser. – dodaje turysta.
- Banan europejski z certyfikatem czy normalny?
- Banana poproszę smacznego.
- Aha, czyli normalny, bezakcyzowy (z przemytu). Za chwilę podamy. – kończy przyjmowanie zamówienia przemiła obsługa smażalni.

Siedziałem obok popijając sok z marchwi o smaku truskawki ze śladowymi ilościami orzeszków arachidowych klikając tu i ówdzie na moim laptopie z certyfikatem ROHS. Nie wiedziałem, co to za certyfikat, dopóki mi się ów laptop niespodziewanie zepsuł 2 dni po upływie gwarancji obejmującej zasięgiem całą Europę “Door to Door”. Przemiły pan z serwisu laptopów powiedział – no tak, to wina tego ROHS. A co to? A taka regulacja. Unii ? – zapytałem. No tak, komputery się roztapiają – elokwentnie odpowiedział przemiły pan z serwisu laptopów. Ile kosztuje naprawa? – chciałem z siebie wymęczyć pytanie, ale nie zdążyłem. Lepiej kupić nowy laptop. Naprawa się nie opłaca – wbił do trumny ostatni gwóźdź przemiły pan. Recykling możemy zrobić i dać nowego laptopa – dodał. O, naprawdę? Super! To ja go zostawiam starego i poproszę nówkę nieśmiganą – odpowiedziałem uradowany. Dobrze, recykling 500 zł + nowy laptop… Co??? Jakie 500 zł? Normalnie, opłata za zezłomowanie złomu. No to ja go wyrzucę na śmietnik! OK, ale wtedy mandat będzie 1000 zł. Dobra, dam te 500 + nowy laptop za… ? 3000 zł. Załamany, zgodziłem się. Ma pan pudełko od starego laptopa? Na wakacjach pudełko? Nie mam, to oczywiste. OK, to będzie dopłata 100 zł za brak opakowania do recyklingu. Wyszedłem z serwisu zdruzgotany, ale za to z nowym laptopem, nowym pudełkiem z ekologicznego kartonu i gwarancją “Door to Door”.

Włączyłem go we wspomnianej smażalni i klikam sobie tak bez sensu po necie, korzystając z bezpłatnego WiFi dla klientów tejże. I co kliknę, to mnie wielkie banery ostrzegają o Ciasteczkowym Potworze. Wirus – pomyślałem. Przeklikałem tak z 0,001% polskiego Internetu (czyli jakieś 1847 serwisów) i wszędzie Ciasteczkowy Potwór na mnie dybał.

Wreszcie przeczytałem ostrzeżenie w całości. Ciasteczkowy Potwór to największy zbrodniarz wojenny (KRAAA), który może na moim komputerze zapisać swoje tajne zaklęcia, klątwy, numery LOTTO i listy do Mikołaja oraz maile do Partii Wielbicieli Makaronu. Może też nic nie zapisać, co jest uzależnione od jego humoru i potrzeb. Zostałem ostrzeżony!

Ja pierdolę! Mój komputer z certyfikatem ROHS w smażalni ślimaków dofinansowywanej unijnymi pieniędzmi jest pośrednikiem pomiędzy Ciasteczkowym Potworem (KRAAA) a nieznanymi mi ugrupowaniami, sektami czy chuj wie czym!

Zacząłem z należytą dla takich spraw ostrożnością badać temat. Producent najlepszego programu antywirusowego nic o tym na swoich stronach nie wspomina. Ministerstwo Czegośtam – jak zwykle twierdzi, że jest OK. Pentagram nie zajmuje się sprawą Potwora Ciasteczkowego, a Goździkowa nie ma żadnego lekarstwa na tę przypadłość, bo ją głowa napierdala od kręcenia głupich reklam tabletek na ból głowy. Skontaktowałem się z największym guru polskiego Internetu – panem Pawłem W.
Połączenie przez WiFi smażalni ślimaków działało nienagannie. Słońce świeciło zgodnie z planem 10-miliardoletnim będąc aktualnie w fazie “w Polsce jest popołudnie”. GMail działał wyśmienicie, a laptop nówka nieśmigana pokazywał 70% naładowania baterii. Po chwili wystarczającej na przemyślenie idei certyfikatu bananowego otrzymałem od guru odpowiedź na moje pytanie. Jego święte palce skierowały mnie ku wyroczni – google.pl i dopisały – “więcej nie zawracaj mi dupy”. Byłem dumny i oświecony. Majestatycznie wpisałem w jedyną słuszną przeglądarkę adres wyroczni. Wyrocznia wykazała się niezmierną chęcią współpracy mrugając wesoło kursorem. Wpisałem drżącymi rękami hasło “ciasteczkowy ” a wyrocznia sama podpowiedziała: “pierdolone cookies w unii europejskiej”. Kliknąłem szukaj.

Wyrocznia pokazała mi spis stron internetowych, które wyjaśniły mi straszną prawdę o Ciasteczkowym Potworze. Że to małe pliki tekstowe, bez znaczenia dla komputera, wymyślone w zeszłym tysiącleciu przez jakąś firmę od przeglądarki internetowej i znacznie ułatwiające życie serwisom internetowym i klikającym po nich Internautom. ALE komuś to przeszkadzało i kazał w każdym serwisie umieścić info o Ciasteczkowym Potworze. No to teraz każdy serwis umieszcza info o Ciasteczkowym Potworze, a każdy internauta jak debil musi kliknąć na coś w rodzaju OK, Rozumiem, Akceptuję, Zgadzam się, Spierdalaj z tym komunikatem, Chuj mnie to obchodzi, Jebie mnie to, Mam to w dupie, pokazuj pornole, Dawaj!!!, Tak.

Od tego debilnego klikania moja myszka z certyfikatem ROHS zaczyna szwankować, mimo że do końca gwarancji jest ponad 6 miesięcy. Nikt nie przewidział, że klikanie z powodu narzuconego przez jakiegoś debila przepisu zwiększy jej użycie o kilka procent. Pozostało mi zjeść rybkę ze ślimaka, na deser smacznego banana z przemytu, w zasięgu WiFi pobieranego tylko przed płotem smażalni. Wewnątrz płotu – smażalnia musiałaby zapłacić podatek od darowizny…
1

Oglądany: 56410x | Komentarzy: 65 | Okejek: 177 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

28.11

27.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało