Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Korea Północna okiem rosyjskiego turysty I

193 347  
1316   72  
Rosyjski projektant Artiemij Lebiediew postanowił wybrać się na wycieczkę turystyczną do Korei Północnej. Dzięki jego odwadze mamy okazję zobaczyć, jak dziś się żyje w tym totalitarnym państwie. Poczytaj jego relację.


Kiedyś istniała żelazna kurtyna, która dzieliła Europę na wschodnią i zachodnią. W Korei istnieje podobny podział, ale na północ i południe.


Po przylocie na lotnisko musisz oddać swoją komórkę. Zostaje ona owinięta w kawałek szmatki i zabrana do depozytu, a ty otrzymujesz pokwitowanie. Oddadzą ją przy odlocie. To i tak bez znaczenia, bo w Korei Północnej nie działa roaming, choć jeśli wybierzesz opcję ręcznego wyboru sieci, pojawia się sieć PRK 03. Ale i tak w czasie całej wycieczki nie było widać nikogo z telefonem.

Natomiast nie ma problemu z wwiezieniem laptopa czy aparatu fotograficznego. Może w Korei nigdy nie słyszeli o kartach GSM do laptopów? Od razu uprzedzam, że część zdjęć będzie niewyraźna. Poza zaplanowanymi i kontrolowanymi przystankami w uprzednio przygotowanych miejscach oficjalnie nie było możliwości robienia zdjęć, więc część z nich była robiona przez okno pędzącego samochodu.

W tym kraju nie ma internetu (jest intranet). Przez cały pobyt trzy razy widziałem komputer - przy kontroli paszportów na lotnisku, w hotelu i w modelowym domu modelowego rolnika w modelowej wiosce. To jest jedyny dom "prywatny", który może odwiedzić zachodni turysta. Co ciekawe, ten dom jest taki "modelowy", że nawet nie chciało im się podłączać komputera do prądu, ważne że jest.



Już na początku każdemu turyście przydzielany jest kierowca i przewodnik mówiący jego ojczystym językiem. Bez nich nie można się ruszyć na krok. Oprócz przewodnika dostałem do towarzystwa praktykanta ze studiów, więc przez cały weekend zwiedzania to było całe moje towarzystwo.



Bez eskorty nie można opuszczać hotelu, wyjście "na miasto" jest w ogóle poza dyskusją! Plan całego pobytu jest przygotowywany dużo wcześniej i składa się z odwiedzin kilku punktów turystycznych każdego dnia. Wyjazd o 8, zwiedzanie, koło południa lunch, zwiedzanie jednego lub dwóch miejsc, powrót do hotelu około 18-19, kolacja i spać.



Każde miejsce, gdzie się pojawia turysta jest dokładnie przygotowywane. Każda restauracja, którą odwiedzisz ma okna wychodzące na płot, krzaki czy ścianę - żadnego "życia miasta". Wszystkie "mity" o życiu w Korei są obalane - w hotelu w telewizji jest BBC (i rosyjski NTV), więc gdzie ta cenzura; jedzenia dają ile zechcesz, więc gdzie ten głód.

O ile w Rosji (i w Polsce) popularne określenie "w przejściu" oznacza kioski i stoiska umieszczone w tunelach dla pieszych (na dworcach czy pod ulicami), to tutaj pasuje określenie "pod mostem". Wszelkie małe stoiska handlujące papierosami czy innymi drobiazgami mieszczą się pod mostami i wiaduktami. O ile w miastach te miejsca nie są zbyt zatłoczone, to na terenach podmiejskich ruch tam jest jak na dworcu w godzinach szczytu.

W całym Pjongjangu spotykaliśmy starsze kobiety zbierające do siatek trawę i inną zieleninę. Przewodnik wyjaśnił, że "zbierają trawę dla królików".

Pewnego razu spróbowałem "zgubić" moich towarzyszy i zapuścić się w uliczkę nieprzewidzianą w naszym planie podróży. Nie przeszedłem nawet 20 metrów, kiedy drogę zagrodził mi funkcjonariusz tajnej policji i powiedział, że tam nie mogę iść.



Wszędzie, gdzie wpuszczają turystów można spotkać sklepy dobrze znane z ZSRR - "Beryozka" czy "Torgsin". Mają tam "znajomy" towar: chiński Sprite, japońską puszkowaną kawę, piwo, batoniki, papierosy itd. W jednym z takich sklepików znalazłem nawet paczkę Laysów! Z datą przydatności do spożycia z 2001 roku.



Trudno powiedzieć, jak działa normalny handel dla miejscowych, ale w "sklepach dla zagranicznych turystów" wygląda to tak. Wskazujesz co chcesz kupić, sprzedawca wystawia paragon, z paragonem idziesz do kasy, w okienku kasowym szparka jest tak mała, że nie wsadzisz tam nawet dłoni, i tam płacisz (euro, dolary, juany). Kasjer stempluje paragon i odrywa jego połowę, ze swoją połową idziesz do sprzedawcy i odbierasz zakupy.



Na mieście jest sporo punktów, gdzie można kupić lemoniadę. Turyści dostają ją w jednorazowych kubeczkach, ale miejscowi piją ze zwykłych porcelanowych, które później są opłukiwane w misce z wodą. Kiedyś u nas były saturatory, które chociaż dawały iluzję podłączenia do bieżącej wody, bo szklanki były opłukiwane pod strumieniem wody, tu nie ma nawet tej iluzji. Jeśli trafisz na stoisko w okolicy, gdzie nie spodziewano się wizyty turystów, nie będzie plastikowych kubeczków.



Na ulicach spotyka się ludzi sprzedających warzywa. Nie wiem jak to wygląda w sklepach, bo do żadnego mnie nie wpuścili. Na powyższym zdjęciu po prawej są drzwi do sklepu. Jak tylko mnie zobaczyli, natychmiast je zamknęli. Byłem tam tylko dlatego, że dokładnie za plecami była księgarnia "dopuszczona" do przyjmowania turystów.



W Korei Północnej biały człowiek przyciąga uwagę jak u nas murzyn ubrany na różowo. Niektórzy sprawiają wrażenie, że nie wierzą własnym oczom, że widzą białego. Niemal zawsze miejscowi tak na mnie reagowali.



Trzeba przyznać, że wyszkolenie ideologiczne mojego przewodnika zostawiało wiele do życzenia. Przecież powinien mieć odpowiedź, choćby wymijającą, na każde zadane pytanie. Jednak odpowiedzi słyszałem tylko na pytania, które pasowały do jego instrukcji. Jakiekolwiek inne powodowało natychmiastową zmianę tematu lub niezręczne milczenie.

Ale nie są tacy zupełnie nieprzygotowani. Kiedy nasz samochód zbliżał się do miast, w których nie stawaliśmy, tłumacz nagle robił się gadatliwy i zaczynał wypytywać o byle co, byle odwrócić uwagę i aby turysta nie myślał o robieniu zdjęć.

Gdyby porównać realia życia w Korei do jakiegoś znanego nam punktu odniesienia, to można powiedzieć, że tam trwają lata 50.



Nadal nie nauczyli się robić prostych szyb. Jedynie szyby w hotelu były przejrzyste i nie dawały zniekształceń (pewnie importowane). Poza tym w każdym domu okna wyglądały jak to powyżej.



W kraju niemal w ogóle nie ma benzyny, więc większość prac wykonuje się ręcznie. Traktory to wielka rzadkość, natomiast popularnym widokiem są maszyny rolnicze ciągnięte przez zwierzęta.



W stolicy jest bieżąca woda, ale już w mieście granicznym Kaesong (sądząc po wyglądzie to bardziej wioska) kobiety pranie robią w rzece.



Wiejskie życie.



Zasady urbanistyczne są proste - wzdłuż dróg buduje się modelowe, kilkupiętrowe budynki, które zasłaniają standardowe, jednopiętrowe budownictwo. Jeśli z jakichś powodów jest to niemożliwe, po prostu stawiają ściany, które zakrywają wszystko oprócz dachów.



Przy każdej próbie zrobienia zdjęcia czegoś, co nie wygląda jak modelowa Korea, przewodnik natychmiast nas krytykuje: "I po co to fotografować?", "Robienie zdjęć tutaj jest niezalecane" itd.

Jeśli chodzi o sprawy "fizjologiczne", Koreańczycy nie są wstydliwi. Na wsi, jeśli facetowi chciało się sikać, to stawał na drodze i sikał do rowu, nie szukał nawet osłony krzaka. Tam nie można było fotografować, ale nikt nie bronił robienia zdjęć w stolicy - popatrzcie na schody po lewej.



Wieża Dżucze (wejście na górę kosztuje 5 euro) miała być wymową tego, że to "człowiek jest władcą wszystkiego i o wszystkim decyduje". Z tej zasady wynika, że należy być samowystarczalnym, więc jeśli mamy cały naród ludzi samowystarczalnych, nie potrzebujemy nikogo innego. Z tego wprost wynika, że można się zupełnie odciąć od zewnętrznego świata.

O 23 wyłączyli prąd w całej okolicy, więc wieża górowała w całkowitej ciemności.



W nocy miasto wygląda dość przerażająco. Najlepsze porównanie jakie przychodzi do głowy to nocne niebo. Na ulicach nie ma świateł, więc jest ciemno, a okna wyglądają jak gwiazdy. Miasto emituje niesamowitą poświatę. Zwykłe żarówki są tu zakazane, więc wszyscy używają żarówek "jarzeniowych", które dają ten efekt sterylnego światła (w hotelu były zwykłe żarówki). Nigdzie nie było żyrandoli, po prostu żarówki wiszące na drucie z sufitu. Nie ma też firanek czy zasłon. Przypominam, że to była stolica, w takim Wonsan w nocy w ogóle nie było świateł.



W dzień winda wewnątrz wieży utknęła na 15 minut.



Z Wieży Dżucze widok na pomnik robotnika, wieśniaka i intelektualisty.



Pjongjang.



W widoku jaki się rozpościera z wieży telewizyjnej już nie da się ukryć prawdy o stolicy. Szeroką drogą u dołu zdjęcia wożeni są zagraniczni turyści - wzdłuż niej stoją piękne apartamentowce i wieżowce. W głębi zaczynają się obszary niedostępne obcym.



I tak aż po horyzont.


Przewodnik powiedział, że tego nie można fotografować i wyjaśnia, że "starsi mieszkańcy nie chcą się przeprowadzać do nowoczesnych budynków i wolą żyć po staremu".

Ciąg dalszy nastąpi....

Oglądany: 193347x | Komentarzy: 72 | Okejek: 1316 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.11

14.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało