Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Czy przypadkiem Ziemia nie jest pusta w środku?

134 312  
767   65  
Pod koniec XIX wieku pewien francuski okultysta Alexandre Saint-Yves d'Alveydre zapragnął poznać dawny język indyjski – sanskryt . Pomóc miał mu w tym Haji Sharif - tajemniczy hinduski książę, który podzielił się z Francuzem swoją wiedzą o Agarthcie – wielkiej krainie położonej we wnętrzu Ziemi. Jak się okazuje, to nie pierwsze doniesienie o tym mitycznym lądzie i teorii, że nasza planeta jest... pusta w środku. 
 

Hindus pozyskał swoją wiedzę o podziemnym świecie dzięki telepatycznym kontaktom z mieszkańcami Agarthy. Rasa ta miała stać na wyższym poziomie rozwoju zarówno technologicznego, jak i kulturowego, niż ludzie. Agarthanie mieli też przewyższać nas pod wieloma innymi względami, wliczając w to etykę, ustrój polityczny, czy nawet nadnaturalne zdolności niektórych istot. Przybysz z Indii przekazał europejskiemu okultyście wszystkie informacje o tej nieznanej krainie, a także nauczył go języka Agarthan – Vattan. Cała dokumentacja ze spotkań francuskiego okultysty z hinduskim przybyszem do dziś znajduje się w bibliotece Sorbony.

Teoria Ziemi pustej w środku i zamieszkanej przez cywilizowane istoty już wtedy nie była niczym nowym. Wszakże kiedyś nad taką hipotezą dumał sam Platon. Jednak to dopiero na przełomie XVII i XVIII wieku zaczęło się o tej koncepcji mówić całkiem poważnie. Astronom Edmund Halley (ten sam, który zaobserwował istnienie orbit, po których przemieszczają się komety) twierdził, że nasza planeta zbudowana jest z czterech, niezależnych od siebie, obracających się sfer. Każda z nich miała mieć własny magnetyczny biegun.

Nieco dalej w swych teoriach poszedł fizyk i matematyk – Leonhard Euler. Uznał on, że Ziemia jest nie tylko pusta w środku, ale i posiada własne słońce, dzięki któremu wnętrze naszej planety może być zamieszkane.

Również z XVIII wieku pochodzą doniesienia francuskiego oficera, Jean-Antoine Le Clerca, który spędził ok. 20 lat na terytorium Indian Creek. Zaprowadzili go do tajemniczych jaskiń, z których to zgodnie z wierzeniami, wyjść mieli na powierzchnię Ziemi ich przodkowie.

Podobne wzmianki o tajemniczych jaskiniach można też spotkać u starożytnych Greków, u Celtów, u Inków, w meksykańskich legendach, a nawet u Samojedów – syberyjskiego ludu, który to miał schronić się i ostatecznie osiąść wewnątrz naszego globu.

Temat był w tamtym czasie tak chwytliwy, że sam Juliusz Verne zainspirował się tymi teoriami, pisząc książkę „Podróż do wnętrza Ziemi”.

Swój udział w teoriach o pustej Ziemi ma nasz rodak – Ferdynand Ossendowski. Podróżnik ten, zbierając materiały do książki „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, natknął się na pewną mongolską legendę o podziemnej krainie, która od 60 000 lat jest zamieszkana i posiada populację 800 milionów mieszkańców. Wejścia do tego tajemniczego świata znajdują się w strzeżonych jaskiniach, położonych w różnych miejscach na Ziemi. Mityczna kraina rządzona jest przez jednego tylko władcę, który ma telepatyczny kontakt z samym Bogiem.
 



 

W 1947 roku znany i ceniony lotnik, admirał Richard Byrd, opisał w swym dzienniku przygodę, którą przeżył podczas jednego ze swoich przelotów nad biegunem południowym. Miał wówczas trafić na wielką dziurę, która prowadziła do wnętrza Ziemi. Zgodnie z jego późniejszymi relacjami, jedną z pierwszych rzeczy jaką zobaczył wewnątrz był... mamut. Po jakimś czasie dotarł do miasta, gdzie został przyjęty przez jasnowłosych, pokojowo nastawionych, poruszających się latającymi spodkami ludzi. Przedstawili się jako Aryjczycy. Podczas rozmowy i wspólnego obiadu mieli oni przestrzec przybysza przed atomową potęgą, na którą ludzie nie są jeszcze gotowi, a sam admirał Byrd został „wybrany” do tego, aby powiadomić mieszkańców zewnętrznej strony planety o niebezpieczeństwie nuklearnej zagłady.


 

Teoriami dotyczącymi pochodzenia rasy aryjskiej interesował się ponoć i Adolf Hitler, który nawet zlecił specjalną ekspedycję do Tybetu. Tam, między innymi, miało znajdywać się jedno z wejść do mitycznej Agarthy. Ekspedycja zorganizowana została przez pseudonaukową, stworzoną przez samego Himmlera, badawczą organizację – Ahnenerbe, w skład której weszli astrologowie, szamani, wróżbici oraz osoby o zdolnościach telepatycznych. Podobno Hitler, od chwili gdy pewien astrolog ostrzegł go przed zamachem w Monachium, bardzo interesował się parapsychologią oraz teoriami, które dziś nazwalibyśmy „spiskowymi”. To, na co Fuhrer miał sobie ostrzyć zęby to nie sam podziemny ląd, a Vrilkosmiczna siła, źródło niemalże boskiej energii, pozwalająca osobom z niej korzystającym na przejęcie władzy nad praktycznie każdą materią. Vril to moc zarówno tworzenia, jak i niszczenia.

 

Na czele wyprawy do Tybetu stanął Ernst Schäfer – ceniony niemiecki zoolog, który miłość do zwierząt uzewnętrzniał w iście hitlerowskim stylu – strzelając do nich podczas polowań. Nazwijmy to złą karmą lub po prostu pechem – podczas jednego z polowań Ernst zastrzelił własną żonę. Ale wróćmy do samej wyprawy...

Po kilku miesiącach do Berlina wrócili członkowie ekspedycji. Wbrew temu o czym marzył Hitler, nie przywieźli mu ani informacji o Vril, ani nawet wizy wjazdowej do Agarthy. Fuhrer dostał za to kamień z wyrytą na nim przed kilkoma tysiącami lat swastyką...

Tymczasem zainteresowanie teorią pustej Ziemi nie słabnie. Co bardziej uparci poszukiwacze uparcie analizują zdjęcia satelitarne i co rusz podtykają nam pod nos kolejne dowody na istnienie wielkich kraterów prowadzących do wnętrza naszej planety. 

 

Lubimy takie fantastyczne hipotezy (nawet jeśli są one wynikiem wywodów wychowanego na "Z Archiwum X" nerda, który zaczadził się dymem z jointa) i i uważamy, że w każdej może być ziarnko prawdy.  Wprawdzie kiedyś wariatów, którzy głosili ideę okrągłej ziemi również wyśmiewano (a pewnie i kilku co bardziej upartych oszołomów upieczono na wolnym ogniu...;)).


 

 

Źródła: 1234