Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Syfilis, dragi i wulkany - tajemnice kilku sławnych dzieł sztuki

91 001  
547   16  
Od czasów pewnej książki Dana Browna niejeden inaczej zaczął patrzeć na słynne obrazy Leonarda. Zbyt wnikliwe przyglądanie się Monie Lizie najczęściej kończy się irytacją („Czemu ta zaraza wciąż się tak głupio uśmiecha?!”). Warto jednak wiedzieć, że kilku innych artystów również zwykło ukrywać w swoich pracach pewien niedostrzegalny na pierwszy (i drugi) rzut oka przekaz.

Benvenuto Cellini i jego syfilityczne dzieło

Ten najsłynniejszy włoski rzeźbiarz epoki Renesansu znany jest głównie jako autor „epickiej” postaci „Perseusza z głową Meduzy”. Niestety, Cellini nie był wzorem zdrowia i witalności. W wieku 29 lat artysta zaraził się syfilisem. Kategorycznie jednak odmawiał przyjmowania, stosowanej do leczenia tej choroby, rtęci. Paskudna przypadłość objawiała się kolejnymi, coraz to fatalniejszymi w objawach, atakami. Dodatkowo Celliniego dopadła też malaria.

Będąc w zaawansowanym stadium kiły, artysta rozpoczął pracę nad rzeźbą „Perseusza”.
Tymczasem pewni sprzedawcy, wiedząc, że rzeźbiarz jest ciężko chory, postanowili czym prędzej ubić z Cellinim nieuczciwy interes. Aby przyśpieszyć jego realizację pomocna była jak najszybsza śmierć artysty. Pomocny w tym miał być obiad polany sosem z potężną zawartością rtęci. Cellini agonalnie wijąc się na swym renesansowym sedesie dość szybko zorientował się, że właśnie padł ofiarą spisku.
Jednak wkrótce bóle ustąpiły, a choroba, od lat powoli pożerająca artystę, poczęła ustępować. Okazało się, że dawka nie była  wystarczająco duża aby odprawić Celliniego na tamten świat, jednak taka ilość rtęci okazała się być idealna do zwalczenia syfilisu. W ramach wdzięczności renesansowy rzeźbiarz nie wytoczył swym niedoszłym mordercom procesu.

Uleczony artysta dokończył swoją rzeźbę. Znawcy sztuki uważają, że postać Wenus umieszczona na jednej ze ścian piedestału ma reprezentować chorobę. Bogini ta reprezentowała piękno i miłość. Uważa się też jednak, że postać ta symbolizować mogła choroby weneryczne. Po drugiej stronie piedestału pojawiła się postać Merkurego. Mercurius to po łacinie nic innego jak... rtęć.

Sandro Botticelli i bieluniowy haj

„Mars i Wenus” to jeden ze sztandarowych obrazów Botticellego. Nie tak dawno pewien historyk przyglądający się dziełu dostrzegł szczegół, który dotychczas umykał uwadze znawców sztuki. Znajdujący się w prawym dolnym rogu obrazu, lekko „rozanielony” satyr trzyma pewien przedmiot, który jest niczym innym jak owocem bielunia – rośliny o silnych właściwościach psychoaktywnych. Efektami jej zażycia jest m.in. obłęd i pożądanie – wiedzieli już o tym starożytni Grecy.
To z pozoru mało istotne odkrycie rzuciło całkiem nowe światło na obraz Botticellego. Pojawiła się nawet teoria mówiąca, że zamierzeniem artysty było metaforyczne przedstawienie Adama i Ewy oraz zakazanego owocu zerwanego z drzewa poznania dobra i zła.
 

Michał Anioł i jego aluzje

Kolejny już „człowiek renesansu”, który poświęcił swoje życie sztuce. Malarz ten miał w zwyczaju przedstawiać swoje choroby i niedoskonałości w dziełach, które tworzył. Podobno podczas pracy nad freskami w Kaplicy Sykstyńskiej, artysta cierpiał na depresję, której objawy „przelał” na niektóre malowane przez siebie postacie.
Michał Anioł był też znawcą ludzkiej anatomii. Od czasu skończenia osiemnastu lat, artysta przeprowadził niezliczoną liczbę sekcji zwłok. Wielu badaczy uważa, że „Stworzenie Adama” - fragment dzieła malarza ze wspomnianej Kaplicy Sykstyńskiej zawiera wyraźny, niekoniecznie zaakceptowany przez Kościół, przekaz. Postać Boga wpisana ma być w kształt, który przypomina swoim wyglądem... mózg. 
Nie wdając się w rozważania nad tym co artysta chciał przez to powiedzieć, prezentujemy skecz, który może Wam trochę przybliżyć postać Michała Anioła i jego niezdrowych pomysłów:

https://www.youtube.com/watch?v=DuIjDRCzAFY

Najwyraźniej Michał Anioł nie darzył szacunkiem papieża Juliusza II. Wprawdzie w geście profesjonalnego „podlizu” przedstawił głowę kościoła jako proroka Zachariasza...
...jednak pozwolił sobie na dyskretne umieszczenie pewnego niegrzecznego gestu „figi” u jednego z przechadzających się za plecami Jego Świętobliwości, aniołków.

Wulkaniczny „Krzyk” Muncha

Edward Munch – norweski malarz – sam przyznał, że „Krzyk” to wynik pewnego wydarzenia, którego świadkiem był artysta podczas spaceru w pobliżu Oslo.
Mówi się, że owo „wydarzenie” miało najprawdopodobniej miejsce w zupełnie innej części świata. W 1883 roku na indonezyjskiej wyspie Krakatau doszło do potężnej erupcji wulkanu, w następstwie której zginęło ok. 36 000 osób. Ogromne stężenie pyłów wulkanicznych i gazów dostało się do atmosfery, a nienaturalne obłoki zobaczyć można było w wielu miejscach na Ziemi. Wiele wskazuje na to, że ta właśnie upiorna pamiątka po kataklizmie tak bardzo przeraziła Muncha, że postanowił czym prędzej przelać swoją trwogę na płótno. 

Prawdziwy „kod” Leonarda

Jeszcze dobrze nie odetchnęliśmy po teoriach, które zaprezentował nam Dan Brown, a już okazało się, że pewna ekipa muzycznych techników ponownie rozpracowała „Ostatnią Wieczerzę”. Miast doszukać się jezusowej żony i „wywrotowej” symboliki, badacze dowiedli, że Leonardo ukrył w tymże obrazie muzyczną kompozycję. 
Otóż jeśli by namalować na słynnym dziele pięciolinię, a dłonie biesiadników oraz kęsy chleba leżące na stole uznać za nuty, to powstanie 40-sekundowy „Hymn do Boga”... 
Idąc dalej tym tropem, możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że tworząc tę kompozycję Leonardo chciał, aby po kilku wiekach rozbrzmiała ona w naszych telefonach komórkowych. A może gdyby tak ów hymn odtworzyć wspak to usłyszymy najprawdziwszy z prawdziwych "kodów"? 

Źródła: 1234


Oglądany: 91001x | Komentarzy: 16 | Okejek: 547 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.04

19.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało