Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wielka księga zabaw traumatycznych CXCVI

24 574  
51   1  
Kliknij  i zobacz więcej!Dziś o sztuce spadania, upadania, kręcenia i chodzenia po dachach. Czyli trauma pełną gębą. A i jeszcze będzie także całkiem sympatyczne zjeżdżanie na pupie.

Nie powtarzajmy tego! Nigdy! Osobom, których psychika nie jest wypaczona stanowczo odradzamy lekturę, pozostałych zapraszamy, im i tak jest wszystko jedno...

POJAZD NIE WYTRYBIŁ


Miałem wtedy jakieś 10, no może 12 lat. Ale nie więcej. Lato, przyjechałem z rodzicami na wakacje nad morze, do Ustki. Ponieważ w Słupsku mam rodzinę, zabraliśmy ze sobą mojego kuzyna, rówieśnika. Rodzice wynajęli nam te gokarty napędzane siłą nóg. No i lans, skóra, fura i komóra. Kuzyn wpadł na pomysł ścigania się. No ok, pomyślałem i dodałem do pieca. Cholera, tylu ludzi chodziło po tej ścieżce rowerowej, więc wymijałem jak mogłem. W pewnym momencie wyjechała pani z wózkiem dziecięcym. Ja jechałem chyba ze 30 km/h, co jednak jest szybko. Gwałtownie skręciłem w lewo.
Ino pojazd nie wytrybił i się wywrócił razem ze mną. Ja upadłem na asfalt, a on jeszcze się po mnie przetoczył. Skończyło się na zdrapanej do kości skóry na piszczelu i siniakach na brzuchu. Powiedziałem, że już na to więcej nie wsiądę. Ale gokartowi się nic nie stało!

by TheMess @

* * * * *

PECHOWA TRYLINKA

Miałam wtedy 5 albo 6 lat. Byłam na wakacjach u mojej babci, która miesza w kamienicy i z tą kamienicą graniczy dom kolegi. U kolegi podwórko wyłożone było takimi kamiennymi, sześciokątnymi płytami i jedna z nich była jakoś tak wysunięta jednym końcem wyżej niż pozostałe. Pamiętam, że biegłam przez to podwórko i nieszczęśliwie zawadziłam stopą o wystającą płytę. Moja pamięć z czasów wczesnego dzieciństwa nie jest specjalnie wyraźna, ale wiem, że kolano miałam tak porządnie rozwalone, że chodzić się nie dało, a tata niósł mnie po schodach na górę na rękach, w lekkiej panice niestety, bo widok był chyba tragiczny. Na szczęście blizny nie ma.

SKRÓT

Latek miałam jakieś 9. Byłyśmy wtedy u mojej koleżanki w ramach miejscowego przedsięwzięcia, w którym brałyśmy udział i po coś trzeba było się wybrać do mnie. No więc my, uśmiechnięte od ucha do ucha, oferujemy, że się po owo cuś przejdziemy. Kilometr z górki i kilometr pod górkę. Szanowne miały rowery, a ja niestety swój w domku zostawiłam, ale wspaniałomyślnie dostosowały tempo do mojego. Przy małym rozwidleniu się rozdzieliłyśmy, bo ja uznałam, że sobie skrócę drogę, a one do mnie dołączą u mnie w domu. Stamtąd miałam zabrać cuś i mój rower, a potem wrócić razem z resztą do koleżanki. Niestety, biegnąc moim skrótem, potknęłam się i wyrżnęłam jak długa na kamienie. Podniosłam się i czuję coś nie tak po prawej stronie. Okazało się, że kamień wbił mi się w ciało w taki sposób, że powstała dziura, jakby wycięta nożem i musiałam się przechylić na prawo, żeby się góra i dół dziury złączyły. Dotarłam jakoś do domu, obyło się bez płaczu i jęków, bo - o dziwo - wcale nie bolało, ale zaprotestowałam przeciwko jakiemukolwiek opatrunkowi, a o pogotowiu nawet mi się nie śniło. Gdyby się śniło, pewnie śniłyby się i szwy i brak blizny, która niestety została do dziś.

KRATY W SZATNI

Kolejna historia przydarzyła mi się w mojej cudownej szkole. Szatnie były podzielone na boksy dla poszczególnych klas i te boksy były porozdzielane takimi metalowymi kratami. W niektórych miejscach te kraty były powyrywane, więc oczywiście radocha była niesamowita, żeby pomiędzy boksami przez te dziury przełazić. Ja, jak to ja, nie mogłam sobie tej frajdy odmówić. Już przełaziłam przez dziurę, kiedy jakoś tak niefortunnie podniosłam za szybko głowę do góry i nabiłam się na pręt od kraty. Była krew i bolało, jak cholera, ale znaku nie ma.

POKRĘCIŁA SIĘ

Następna historia miała miejsce również w szkole, kiedy to wielką radość sprawiało nam kręcenie się w kółko z wzrokiem wbitym w stopy. Dawało to lepszy efekt niż zwykłe kręcenie się w kółko. No więc kręciłam się w radości niezmiernej przed lekcją WF-u. W pewnym momencie straciłam równowagę i poleciałam prosto na ścianę. Głową wyrżnęłam z całej siły o grzejnik (członowy, więc trafiłam prosto w kant), a kręgosłup od grzejnika na szczęście ochronił czyjś plecak. Ból był potworny i przez jakiś czas nie miałam kompletnie pojęcia, co się ze mną dzieje - pamiętam tylko widok ściany naprzeciwko mnie pod dziwnym kątem. Ale na WF poszłam. Sądzę, że mam po prostu głowę zahartowaną, bo z moim szczęściem potrafię się w nią uderzyć średnio raz w tygodniu.

FELERNE KRZESŁO

Ostatnia historia przydarzyła się u mojej koleżanki. Siedziałyśmy sobie przy stole i coś tam bazgrałyśmy. Koleżanka miała jedno felerne krzesło, przy którym siedzisko było słabo przytwierdzone. Czegoś potrzebowałam, więc wstałam, żeby to sobie wziąć i siadam z powrotem, a tu nagle trach! Siedzisko się zapadło, a ja wpadłam prosto w dziurę, która po nim pozostała. Efekt: obtarty kręgosłup z góry do dołu i blizna do dziś.

by strzyga @

* * * * *

PAMIĄTKA Z KOMUNII

Mieszkałam kiedyś z blokowisku, więc na pobliskim placu zabaw kupa dzieciaków. Plac był otoczony chodnikiem, więc można było sobie jeździć dookoła na rolkach, hulajnodze czy rowerze.

Rzecz właściwa:
Kilka lat temu, kiedy przyjmowałam I Komunię Św. Oczywiście najważniejszą rzeczą były prezenty. Wiedziałam, że dostanę rower. Dlatego następnego dnia po uroczystości, wyszłam na podwórko, żeby sobie pojeździć. Jeżdżę sobie, wypróbowuję przerzutki, rozwijam coraz większą szybkość. Patrzę w lewo, na dzieci w piaskownicy i nie zauważam ludzi na chodniku - konkretnie pewnej pani. Wjeżdżam w nią z impetem, głowa w kierownicę, pani przerażona, ja również. Wszyscy zaczęli podchodzić, pytali, czy nic mi nie jest, a pani uciekła z miejsca wypadku. Ja bólu nie czułam, pewnie z szoku. Szybko poszłam do domu, a mama przerażenie w oczach, że wracam z sińcem pod okiem. A za chwilę miałam iść do kościoła, jaki jest zwyczaj dzieci komunijnych chodzić przez tydzień na nabożeństwo. I przez 7 dni z pięknym limem na prawym oku straszyłam resztę dzieci. Koleżanka zrobiła sobie nawet ze mną zdjęcie i gdybym ją dzisiaj spotkała, zapewne od razu by o tym wspomniała.
Dziś na prawe oko widzę gorzej, nie wiem czy przez to uderzenie, chociaż wykluczyć nie można.

by outdoor @

* * * * *

GENIALNY POMYSŁ

Miałam może z 6 lat i pojechałam z matką moją na ferie w góry. Trzeba było wysoko i stromo iść pod górę, żeby dotrzeć do naszego domku, a obok owej wysokiej góry, dla odmiany nisko w dole, płynął wartki strumień. Był on ogrodzony od drogi tylko drewnianym płotkiem.
No i ja wpadłam na genialny pomysł, coby po tej oblodzonej drodze zjechać na swoim tyłku w dół. Nie zważając na zakazy i krzyki matki pojechałam. I jak łatwo się domyślić wylądowałam na tym płocie, majtając 6-letnimi nóżkami w powietrzu nad strumieniem i wrzeszcząc z przerażenia. Jak się utrzymałam okutana "na cebulkę" to nie wiem, ale udało się i nadal żyję. Ale lęk wysokości mam do dziś.

ELIKSIR

Miałam 14 lat i jako wielka fanka Harry'ego Pottera postanowiłam zrobić eliksir. Coś tam pomieszałam, ale czegoś mi brakowało. Postawiłam na roztopiony plastik, ale byłam przemyślnym dzieckiem, postanowiłam stopić go do pojemniczka - z tym, że też plastikowego. W efekcie plastik roztopił plastik, który spłynął mi między palce. Poparzenie drugiego stopnia.

by alva @

* * * * *

MATERAC

Dziecięciem będąc. Latek koło 2, miałam ulubioną zabawę w domu. Mianowicie wbiegałam do pokoju rodziców i rzucałam się z impetem na materac, który tam stał. Jednakowoż pewnego razu wbiegając do pokoju nie zdążyłam zauważyć, że na miejscu materaca jest dywan... No i rzecz oczywista potknęłam się o rzeczony. Za dywanem był kaloryfer. Taki starego typu, z żeberkami. No i dziecię przyrąbało w tenże całym swym impetem. Z opowiadań wiem, że rodzice cały dzień się mi przyglądali czy coś mi nie jest. A ja tylko wstałam z dywanu, rzekłam "Auć, boliło" i poszłam do siebie. Mi nie było nic. Natomiast gdy ojciec lekko dotknął kaloryfera, tenże spadł...

JAK KOT

Inna historia. Mając lat już może ze trzy i wielką fanką kotów różnej maści będąc, postanowiłam zdaje się naśladować kota. I w taki oto sposób dziecko znalazło się na dachu. Dach lekko spadzisty, a ja w najlepsze na czworaka za kotem lezę. Szczęściem ojciec mój nerwów słabych nie ma, to też wlazł za mną i mnie ściągnął....

by olga @

Traumatycy i wszyscy inni przeżywające mrożące krew w żyłach przygody! To seria o Was i dla Was! Klikaj w ten link i pisz! Opisz naprawdę traumatyczną historię, która zagości na stronie głównej i którą przeczytają tysiące ludzi! W tytule maila wpisz WKZT, to mi bardzo ułatwi zbieranie opowiadań.

UWAGA! Znaczek @ występuje przy nickach osób, które nie założyły sobie (jeszcze) konta na najlepszej stronie z humorem na świecie!

Oglądany: 24574x | Komentarzy: 1 | Okejek: 51 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

24.02

23.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało