Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wielka księga zabaw traumatycznych CLXXXVIII

28 187  
75   4  
Kliknij i zobacz więcej!Jeśli szukasz tu czegoś, z czego można się pośmiać zrywając boki - zawiedziesz się. Natomiast jeśli trafiłeś tu szukając ludzi, którzy niemalże trafili do księgi Darwina - zapraszam. Dzisiejszym bohaterom o dziwo udało się przeżyć w komplecie. No i nareszcie pojawiły się traumy ze stratami nie tylko w ludziach... Więcej takich poproszę.

Nie powtarzajmy tego! Nigdy! Osobom, których psychika nie jest wypaczona stanowczo odradzamy lekturę, pozostałych zapraszamy, im i tak jest wszystko jedno...

OZNAJMIŁA PRAWDĘ

Będąc 5-letnią dziewczynką gościłam na Komunii u mojego kuzyna. Ponieważ nie interesowało mnie bierne siedzenie przy stole z tymi wszystkimi nudnymi dorosłymi, postanowiłam udać się do wspaniałego domku na drzewie w ogrodzie. Nie mówiąc nikomu o swoim planie, z obawy przed sprzeciwem rodziców, wymknęłam się cicho bocznymi drzwiami. Zadowolona, zaczęłam wspinać się po drabinie i kiedy znajdowałam się na najwyższym szczeblu nagle poczułam jak moja nóżka prześlizguje się po drewnie, a ja spadam w zwolnionym tempie do tyłu... Gruchnęłam z całej siły plecami w ziemię, ale cóż, zdarza się. O, i jakaś krew na rączkach.. Otrzepałam się i ze spokojem udałam się do imprezowiczów.
- Mamo, spadłam z drzewa - oznajmiłam i nagle wszyscy zamilkli. Następne, co pamiętam, to to, że zaczęłam się dusić, a spanikowani rodzice wrzucili mnie do samochodu i z piskiem opon pojechali na ostry dyżur. Potem pamiętam moje wycie, kopanie, wyrywanie się, wianuszek lekarzy wokół mnie, próbujących mnie przytrzymać, twardy stół, na którym leżałam i oślepiające światła. Najbliższy tydzień spędziłam w szpitalu pod kroplówką. Na szczęście obyło się bez poważniejszych urazów..

by Nieplaczdziewczynko @

* * * * *

RODZINNA WYCIECZKA

Mój pierwszy poważniejszy wypadek miał miejsce jak miałem 5 lat (chyba). Pojechałem z tatą i dwiema siostrami na wycieczkę rowerową. W związku z tym, że niedaleko (ok 1-2 km) jest żwirownia, to zazwyczaj tam jeździliśmy. Naprzeciwko wjazdu na tę żwirownię jest coś w rodzaju silosu. Kiedyś była tam nalana woda (chyba były tam odprowadzane ścieki z jakiejś przetwórni czy coś takiego), ale już od dawna stoi pusty. W środku jest wyłożony betonowymi płytami. Ma on jakieś 5 metrów wysokości i około 500 długości. Do środka prowadzą 2 drogi, mniej więcej 100-metrowe, i to właśnie na jednej z nich zdarzył się ów wypadek. Stanęliśmy wszyscy na górze tego silosu i rozmawialiśmy w jakiej kolejności będziemy zjeżdżać. Moja kolej była po starszej siostrze, czyli miałem jechać drugi. No to siostra zjechała, a ja byłem coraz bardziej szczęśliwy, że będę mógł się wykazać, ale się przeliczyłem. Tata chyba zapomniał mi powiedzieć, albo myślał, że się domyślę, że trzeba hamować (miałem wtedy składaka. Małe koła. O wypadek nietrudno). Jednak się nie domyśliłem. Gdy już ruszyłem, po kilku sekundach osiągnąłem całkiem dużą szybkość i niestety nie dałem rady utrzymać kierownika w rękach. Efektem był wstrząs mózgu, zdarta skóra z twarzy, łokci, kolan i innych narażonych ma otarcia miejsc oraz dwa dni w szpitalu na obserwacji. Po tym wypadku nie mam na szczęście żadnych blizn ani traumy.

BŁYSKAWICZNA REAKCJA

Inny wypadek miał miejsce jak wracałem ze szkoły w drugiej klasie podstawówki. Wracaliśmy wtedy z kolegą i koleżanką do domu. Nagle wraz z kumplem wpadliśmy na genialny pomysł, żeby owej koleżance uciekać. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Niestety, nie doceniliśmy siły (powiem, że była duża, wyższa gdzieś o pół głowy, ale wszerz to jak dwóch albo nawet trzech takich jak ja) oraz szybkości reakcji tej koleżanki. Tuż po naszym starcie dziewczyna złapała za wieszak przy moim plecaku. Nie wiem jakim cudem, ale zamiast polecieć do tyłu, to poleciałem do przodu. Mogłem się podtrzymać na rękach, ale wtedy byłem taki duży, że ledwo było mnie widać zza tego plecaka, sam plecak ciężki (ze 3 książki były i do tego 2 zeszyty), oraz zmęczony po całym długim dniu w szkole (4 albo 5 godzin). Moje ręce, niestety, takiego ciężaru nie wytrzymały i upadłem prosto na twarz. Po tym miałem tylko lekko zdartą skórę z twarzy, dłoni, kolan i chyba łokci.

POSTAWIŁ NOGĘ

Następny wypadek miałem w piątej klasie. Jechałem gdzieś z mamą na rowerze. Nie chciało mi się iść na pieszo (jak to miała zamiar zrobić moja mama), więc wziąłem jej rower. Jednak zaraz po wyjściu na ulicę mama powiedziała, że ona będzie jechała, a ja miałem jechać na bagażniku. Tak więc zrobiliśmy. Ale problemem takich bagażników jest to, że po chwili zaczynają boleć nogi. Więc wiedziony swoim geniuszem zacząłem się zastanawiać jak by ten problem rozwiązać. Mój wzrok spoczął na kawałku ramy, do którego przykręcone jest koło. Natomiast ten kawałek znajdował się koło dwóch centymetrów od szprych tylnego koła. Starałem się powoli stawiać nogę na tej rurce, ale jednak nie udało mi się. Zjeżdżaliśmy właśnie ze wzniesienia, a mama zaczęła się zastanawiać dlaczego rower zwalnia, więc po chwili się zatrzymała. Gdy spojrzała na mnie zobaczyła, że jestem jakiś blady. Wtem zauważyła moją nogę z rozciętym butem i przeciętą połową pięty. Efektem moich eksperymentów było kilka szwów, spora blizna na pięcie, trzymiesięczne wakacje (był to koniec maja lub początek czerwca) oraz portfel grubszy o 715 zł.

by Triov

* * * * *

JUŻ PLANOWALI

Było to pod koniec podstawówki. Wybraliśmy się ze znajomymi (razem było nas 4) na przejażdżkę rowerową. Gorąco było, więc cel - rzeka. Po drodze zrobiliśmy sobie "odpoczynek" i osiedliliśmy się na małej "łączce". Za plecami mieliśmy wielkich rozmiarów wzgórze. Dzieciaki mogły tam zjeżdżać zazwyczaj tylko z rodzicami, a to i tak w zimę na sankach. W mojej głowie powstał szatański pomysł - zjechać z tej górki jak najszybciej kto umie. Oczywiście, wdrapywanie się na górkę zajęło mnóstwo czasu i wysiłku, ale daliśmy radę. Pierwsza była moja kumpela - w 1/4 drogi zeszła z roweru i go sprowadziła - stwierdziła, że się zabije (w sumie wyboje, kamienie itd.). Później był kumpel - on z zimną krwią zjechał. Ja postanowiłam być ostatnia. Trzeci "zawodnik" - druga kumpela, nie miała tyle szczęścia... W połowie drogi wpadła na kamień, straciła panowanie nad rowerem i ja już tylko widziałam jak szybuje w powietrzu. Przeleciała nad rowerem (który przekoziołkował dobre parę metrów), po kilku metrach szybowania wreszcie zaryła w ziemię... A ja, zamiast zejść z rowerem by nie powtórzyć tego wyczynu, zjechałam za nią i to jak najszybciej. Myśleliśmy, że ona już nie żyje. Zaraz panika, pisk, planowanie pogrzebu. Nie wiemy jakim cudem, ale skończyło się tylko na złamanej ręce, zadrapaniach i ostrym opieprzu od rodziców. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się tam wybierzemy.

by Rev.olution @

* * * * *

ZROBILI OGNISKO

Kiedy byłem mniej więcej w 4 klasie podstawówki w moim towarzystwie panowała duża fascynacja przedmiotami łatwopalnymi. Niedaleko osiedla znajdowały się tzw. Psie Górki (były kamieniołom, czyli górki i lasek). Jak byłem młodszy, to często zastanawiałem się czemu praktycznie co wakacje Psie Górki stają w ogniu. Po wydarzeniu które zaraz opiszę, zrozumiałem. To przez takich idiotów jak ja i moi koledzy. No ale przechodząc do opowiastki.

Nie pamiętam gdzie, ale dorwaliśmy się do przeterminowanych dezodorantów. Wtedy każdy z nas nosił kilka(naście) paczek zapałek w kieszeniach, czasami piłeczki ping-pongowe i zapewniam was, że nie byliśmy sportowcami. Tak czy siak, zabawy było co nie miara. Małymi miotaczami ognia (tak je wtedy nazywaliśmy) podpalaliśmy co się dało. Liście, plakaty naklejone na mur. Typowe zabawy przyszłości narodu polskiego. Potem jednak podjęliśmy brzemienną w skutkach decyzję. Postanowiliśmy połazić po Psiakach i "sobie popodpalać". Na początku było miło. Małe krzaczki, jakieś kępki zeschniętej trawy (środek lata był, gorąco jak szlag i nie padało ze 2-3 tygodnie). W centralnym, osłoniętym laskiem miejscu Górek postanowiliśmy zrobić ognisko. Nazbieraliśmy suchej trawy i zaczęliśmy to podpalać. Mówiąc krótko - wrzask, pisk, przerażenie, ogień gwałtownie się rozprzestrzenia, wysokość płomienia kilka metrów. Bałem się jak nigdy w życiu. Ogień zaczął zżerać okoliczne krzewy i nawet lizać drzewa. Takie czysto amatorskie wypalanie traw. Zgłupiałem tak, że swoją kurtką na polarze zacząłem gasić to piekło (kurtkę wziąłem sobie na "wszelki wypadek" bo wieczór był). Nie wiem jakim cudem udało się nam to wygasić, ale najedliśmy się strachu. No i polarek na mojej kurtce odszedł do Krainy Wiecznych Polarków, czy jak go tam zwał. Chińskie sztuczne gumowane obicie polarka przetrwało bez obrażeń. Do dziś zachodzę w głowę jaka to była technologia. Użyli koców przeciwpożarowych, czy co? Nigdy później nie bawiliśmy się z kumplami ogniem. Mało nie skończyliśmy uwędzeni.

by Davertok @

* * * * *

NOWY BALKON

Ciepłe Lato.. Wakacje, zapyziała komuna, w tle Lato z Radiem.. nuda... Mój staruszek, starając się zapewnić jakieś lokum, wiecznie remontował nasz domek. Właśnie wysechł nowo powstały balkon (beton związał znaczy się), oczywiście nie było balustrad. Rzecz nowa, niby nic, a cieszy ... balkon przebiegał (przebiega zresztą nadal) wzdłuż całej ściany , jakieś 1,5 nad ziemią, było go z 8 metrów ... super!
Zabrałem ze sobą kilka resoraków i dawaj... Testowały cały balkon, potem jeden z nich wjechał na ścianę (trzymany w mojej dłoni rzecz jasna) , chropowata ściana nieotynkowanych pustaków aż grała pod kołami niebieskiej Simki. Szybciej i szybciej! Nagle bach!!! Balkon mi się skończył pod nogami i poleciałem w dół, wprost na kamienne schody. Moje 8-letnie gnaty tym razem na szczęście wytrzymały. Mocno się poobijałem, nie mogłem nawet krzyczeć, bo mi tchu zabrakło. Wpełzłem do domu jak jakiś gad. Mamuśka prawie zawału dostała, bo nie wiedziała co się dzieje (dodam, że z nosa i ust ciekła krew).

Tym razem obyło się na szoku, ojciec w trybie ekspresowym montował "tymczasową" balustradę, która po dziś dzień stoi.

by Chefren28 @

* * * * *

POPŁYWAŁ

Lat miałem wtedy chyba z dziesięć. Wczesne lato było, gorące tego roku. Postanowiliśmy, jeszcze z dwoma starszymi ode mnie kumplami, ochłodzić się nad stawem po starorzeczu Wisły. Tylko jeden z nas umiał jednak pływać, jak łatwo się domyślić nie byłem to ja. Ale do odważnych świat należy! Zdecydowałem, że nadszedł czas na naukę. Kumpel wystąpił w roli instruktora. Weszliśmy do wody, która tuż przy brzegu może nie była zbyt głęboka dla dorosłego, ale dziesięciolatkowi sięgała sporo powyżej pasa. Wtedy usłyszałem kluczowe dla dalszego biegu wypadków pytanie: "Od której strony chcesz być, od brzegu czy wody?" Oparłem, kierując się błędnym założeniem, że od wody. Kumpel chwycił mnie za ręce i rozkazał machać wściekle nogami. Lecz zamiast ciągnąć mnie do brzegu odepchnął na głębię. Ostatnim obrazem, który pamiętam, to gałąź, którą próbowali mi podać i bąbelki powietrza kiedy krzyczałem pod wodą: Ratunku!
Kiedy się ocknąłem, nachylał się nade mną jakiś brodacz.
Z relacji kumpli dowiedziałem się, że nie udało im się mnie wyciągnąć za pomocą gałęzi. Zaczęli zatrzymywać więc przejeżdżające pobliską drogą samochody. Pierwszy zatrzymał się taksówkarz, który stwierdził, że pojedzie po pomoc. Potem autobus MPK, z którego wyskoczył ów Odważny Brodacz i wyciągnął był mnie z topieli skacząc do niej w ubraniu. Pod dom podwiozła mnie karetka. I nic by się nie wydało, bo nocne wymioty wodą wytłumaczyłem jakimś zatruciem, gdyby nie to, że moja szanowna rodzicielka (jako że miasto niewielkie) znała osobiście kierowcę owego autobusu i kilka dni później była mocno zdziwiona pytaniem o stan mojego zdrowia. Ja byłem jeszcze bardziej zdziwiony kiedy zaordynowała mi szlaban zamiast się cieszyć, że pierworodny wyszedł cało. Za to w szkole byłem bohaterem (sam nie wiem dlaczego), bo mimo przysięgi kumple jej nie dotrzymali i po kilku dniach wiedziała cała szkoła.

by Sykmie

* * * * *

STARY, A GŁUPI

POPISAŁA SIĘ


Dzieckiem to ja już raczej nie byłam, a konkretniej rzecz się działa w dniu moich 20 urodzin. Jako że była to sobota, wypadało zrobić imprezę. Znajomi zaproszeni, piętro całe zastawione chipsami i colą, a mi nagle się przypomniało, że miałam jeszcze po coś zleźć na dół. Wracam z powrotem i chciałam się popisać pięknym "akrobatycznym" skokiem z przedpokoju do salonu. Niestety, nie przewidziałam, że aluminiowa listwa okalająca kafelki wokół kominka postanowi się wygiąć - w efekcie z rozbiegu idealnie przygrzmociłam w nią wierzchem stopy, zaliczyłam szczupaka na panele i pociemniało mi przed oczami. Myślałam, że będę mieć zaje***cie wielkiego sińca, ale rzeczywistość okazała się o wiele bardziej kolorowa. Listwa przebiła mi stopę prawie na wylot, we krwi były ściany, podłoga, spodnie, dywan i - co ciekawe - firanki. Całą imprezę przeleżałam z nogą do góry, a przez dwa tygodnie chodziłam o kulach. Na pogotowie oczywiście nie pojechałam.

by Dark_echo @

* * * * *

PORZUCAŁ

Historia, która przydarzyła się mojemu koledze. Miał wtedy koło 20 lat. Bawił się nożem, podrzucając go i łapiąc. Niestety, w czasie rzutu został oślepiony przez słońce i nie zauważył, że nóż spada prosto na jego głowę. Pojechał więc do lekarza, żeby ten nóż wyciągnąć. Najlepsza jednak była reakcja tego lekarza. Jest to bowiem Murzyn i polski zna dobrze, ale czasem wymowa może kogoś rozśmieszyć. Więc gdy zobaczył tego kolegę to powiedział:
- O Bozie! Z takim pióropusiem do mnie!

by Triov

Traumatycy i wszyscy inni przeżywające mrożące krew w żyłach przygody! To seria o Was i dla Was! Klikaj w ten link i pisz! Opisz naprawdę traumatyczną historię, która zagości na stronie głównej i którą przeczytają tysiące ludzi! W tytule maila wpisz WKZT, to mi bardzo ułatwi zbieranie opowiadań.

UWAGA! Znaczek @ występuje przy nickach osób, które nie założyły sobie (jeszcze) konta na najlepszej stronie z humorem na świecie!

Oglądany: 28187x | Komentarzy: 4 | Okejek: 75 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało