Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Szpitalne życie II - R2 był człowiekiem

47 182  
310   10  
Kliknij i zobacz więcej!Morfiusz wyemigrował na praktyki do USA. A w USA sobie życie upraszczają. Dziś dowiesz się, na czym to upraszczanie polega. Ale zanim zawitał do kraju za Wielką Wodą, postanowił pójść na L4. Uda mu się?

Owsikom nie zaszkodzi

No to jestem chory i mam L4. Poszedłem sobie rano kulturalnie do szpitala, coby to L4 do kadr zanieść. Najpierw wybrałem się na nasz oddział, pogadać trochę z dziewczynami. Zachodzę na blok operacyjny zobaczyć co słychać, a tam pani Marysia mówi, że mam się przebrać na ogóra (mamy zielone ubranka na bloku operacyjnym) i biec na salę, bo tam pacjenta duszą. No to ja lecę na tę operacyjną zobaczyć, kto dusi i co dusi, no i po co dusi.
Pacjent to przecież nie drób, żeby go mieli dusić w brytfance, a potem zjeść na nocnym dyżurze. Okazało się, że jeden z naszych jedynkowiczów robił zewnątrzoponówkę do operacji ortopedycznej (zewnątrzoponowe to jedno ze znieczuleń typu "od pasa w dół", podawane "w kręgosłup"). Okazało się, że znieczulenie zamiast "od pasa w dół" zadziałało trochę wyżej i pacjent zaczął gorzej oddychać. Skończyło się na tym, że pacjentowi całkowicie poraziło mięśnie oddechowe. Musiałem go uśpić i zaintubować (rura do tchawicy - ponoć mało przyjemne). W sumie nic wielkiego się nie stało - pacjent po prostu trochę dłużej pospał. Jedynkowicz dostał po głowie i na tym historia się skończyła.

Lecę ja do tych kadr, pokazuję zwolnienie. Kadrowa: "A w laboratorium nie możesz pracować? Owsikom to jak na nie prychniesz i kaszlniesz nie zaszkodzi, a nam pracownik potrzebny". Eh, a miałem tyle planów związanych z tym zwolnieniem. Parę książek związanych ze specjalizacją, na którą startuję, poczytać. Jakiś obiad wreszcie ugotować. Kartony rozpakować. Z psem się pobawić.

Wszystko diabli wzięli. Będę bawił się mikroskopem i przysłuchiwał, jak pani Krysia poucza pacjentów, żeby kału nie trzymali w lodówce bo "się robi zmarznięty jak skała, a ja nie górnik, a to nie węgiel, żebym miała kilofem to kuć", poza tym "jajka zdychają z tego zimna i się barwić nie chcą". Inne urocze rady: "niech nie tretuje do klozetu, tylko do wyparzonego nocnika" i "nie szczy pod sam korek pojemnika, bo nam się rozlewa i sprzątać trzeba". Pani Krysiu, jeśli idzie o oświatę pacjentów, jest pani nieoceniona.

Kocham robotę w laboratorium. Szarlotkę i wypieki pani Krysi też kocham. Jedno z drugim nierozerwalnie się wiąże. Muszę chyba zacząć biegać, bo mi się to laboratorium na brzuchu odłoży.

R2 był człowiekiem!

Amerykańska język dobra język. Pomijając modę do skracania imion. W naszym szpitalu było od groma Si Dżeji (CJ), Di Dżeji (DJ), Bi Dżeji (BJ), Dżej Dżeji (JJ), Er Dżeji (RJ). Biegali po całym szpitalu z radosnym "jep, jep, jep" na ustach (jep to jakaś dziwna forma od yes). Na gineksach rezydenturę robił Polak z Wrocławia - Artur. Japisze mieli problem z wymową i zapisaniem jego imienia. W końcu ktoś po obejrzeniu "Gwiezdnych Wojen" wpadł na genialny pomysł i narodził się R2 (Artu). Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem to R2 na tablicy - myślałem, że mi brzuch pęknie od śmiania się. Amerykanie nie wiedzieli, o co mi chodzi - dla nich przerobienie Artura na R2 wydawało się świetnym pomysłem. Z drugiej strony Hindusi mieli o wiele gorzej - ich imiona były ciągle skracane i przekręcane, przy czym każdy skracał i wykręcał inaczej. Z jednego imienia amerykańscy rezydenci potrafili zrobić milion wersji.

Moim senior residentem przez krótki czas był Hindus. Mówił dziwną mieszanką angielskiego z bliżej niezidentyfikowanym językiem, nazywanym przez niego maithili. Czasami nie dało się tego w ogóle zrozumieć. Musiałem za nim chodzić i tłumaczyć pacjentom, co mówi. Potem attending stwierdził, że przez takie chodzenie niewiele się nauczę i dał mi jakiegoś kałboja z Arizony, który każde zdanie kończył jakże mądrym pytaniem: "ja noł łacz aj min a?". Pan kałbojski ubierał się w kiczowate koszule w kratkę - miał ich mnóstwo, w różnych kompozycjach kolorystycznych np. zielono-różowe. Koledzy ochrzcili go ksywką "Peach" (picz). Pamiętam scenkę w stołówce - ja z R2 i innymi rezydentami siedzimy przy lanczu i nagle słyszę "picz idzie". Artur zaczął się tak histerycznie śmiać, że o mało nie opluł mnie sokiem. Amerykanie nie wiedzieli, o co biega, ale po tym jak wyjaśniłem im, co w Polsce niektórzy określają mianem picz, też pokładali się ze śmiechu.

Medycyna Praktyczna donosi, że pod koniec sierpnia odbędą się IX Otwarte Międzynarodowe Mistrzostwa Polski Lekarzy w Strzelectwie Myśliwskim. Ciekawe czy króliczkom i innej zwierzynie przyczepią zdjęcia minister Kopacz i innych notabli z Ministerstwa Zdrowia. Być może lekarze będą wtedy celniej strzelać.

Tekst wykorzystany za wiedzą i zgodą autora.

Oglądany: 47182x | Komentarzy: 10 | Okejek: 310 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało