Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Abrachiła przypadki IV

26 127  
139   4  
Kliknij i zobacz więcej!Razu pewnego (tuż po ucieczce z ruskich kazamatów) strumień życia zaniósł Abrachiła na głęboką wieś na obrzeżach Bieszczad.

Było to dobre miejsce na przeczekanie nieciekawych czasów, w zaciszu hodowli koników, w otoczeniu pól, lasów i niezwykłych okazów fauny ludzkiej. Abrachił zajmował się tam felczerską robotą, zaopatrując w pomoc medyczną rzeczone koniki w pierwszej kolejności, następnie bydełko, trzódkę, mniejsze żywiołki i wreszcie, w miarę potrzeb, ludzi. Robota dość spokojna, ale ze względu na region słabo płatna. Nie odmówił więc, kiedy księżulo z pobliskiego kościółka poprosił go o pomoc.

Mianowicie, zachorował był stary kościelny – niezbędna pomoc na małej, wiejskiej parafii. Choroba, chociaż trudno ją nazwać nieoczekiwaną bądź zaskakującą (marskość wątroby), objawiła się jednak na tyle nagle, aby trudno było zorganizować szybkie zastępstwo. A Abrachił nadawał się świetnie, Biblię bodajże lepiej od księżula znając, a i z obrządkami w różnych religiach zaznajomiony. A że prawosławny? Że z żydowskiej rodziny? Grunt, że uczciwy i wierzący osobnik, który nigdy nikomu nie odmówił w potrzebie.
I tak oto służył Abrachił przy kościele i bożej, z kolei, trzódce; już to w dzwony dzwoniąc; już to świec i wystroju kościelnego i księżego przyodziewku pilnując; a już to drewno z lasu na opalanie plebanii wójtowymi wołkami ściągając. I nie byłoby żadnego zgrzytu w tej ekumenicznej współpracy, gdyby nie jeden przypadek. Mianowicie, pewnego razu niespodziewanie zabrakło kościelnego wina. Dlaczego? Bóg jeden raczy wiedzieć (no, może jeszcze cokolwiek ministranci). W każdym razie, nie było czego nalać do księżulowego kielicha, a czas naglił. Księżula Abrachił nie chciał turbować, bo ten zajęty był bardzo drzemaniem w konfesjonale (adwentowe pielgrzymki babć). Nie byłby jednak Abrachił sobą, gdyby nie znalazł wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Swoje zapasy zawsze jakoweś posiadał, może nie wina, ale od czego pomysłowość i odrobina kompociku księżulowej gospodyni…
Koniec końców, wszystko szło dobrze aż do podniesienia, kiedy to księżulo standardowo łyknął z kielicha. Łyknął, zakrztusił się, zbladł, sczerwieniał i rozkaszlał, po czym przychodząc do równowagi ostrożnie odłożył kielich, łypiąc na niego podejrzliwie. Podejrzliwość ta ulatniała się z jego oblicza wraz z nabieraniem głębszej barwy i nachodzeniem mimowolnego wyrazu błogości na to rzeczone oblicze. Resztę mszy odprawił w wyraźnie znakomitym nastroju, przy czym współczynnik dobrego humoru wzrastał geometrycznie z postępem czasu. Podczas komunii klepał jowialnie wiernych po ramieniu, a żeńskie duszyczki to i poniżej ramienia jakby; ogłoszenia rozpoczął optymistycznie od: „Sursum corda!”, a skończył jeszcze radośniej: „wesołego Alleluja” (budząc tym trochę popłochu w nieprędkich umysłach swych parafian, próbujących pospiesznie przestawić się z grudnia na kwiecień). A na koniec, po błogosławieństwie, życzył wiernym stosunkowo miłego weekendu. Szczęściem, zrozumiała go głównie młódź i nie wiedzieć czemu bardzo się rozradowała.
Tak zatem, historia ta zakończyła się ogólną radością, księżulo po dojściu do pełnej przytomności nie wszystko pamiętał i o ile wypominał trochę Abrachiłowi beztroskę i samowolę, o tyle Abrachił z kolei wyrzucał księdzu zupełny brak treningu, czego skutkiem jest, iż spiritus quidem promptus est, caro autem infirma.


Oglądany: 26127x | Komentarzy: 4 | Okejek: 139 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.11

26.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało