O gwoździach ma być? No to będzie.
Pewien przedsiębiorca, nie mu będzie Wilson, miał fabrykę gwoździ. No i zamarzyła mu się reklama produktu. Zadanie zlecił renomowanej agencji reklamowej. Agencja zlecenia się podjęła i obiecała się odezwać za dwa tygodnie, tyle potrzebowali czasu na zaprezentowanie efektu pracy. Minęły dwa tygodnie, w gabinecie pana Wilsona pojawili się przedstawiciele agencji wraz z projektorem i ekranem. Pan Wilson widzi krótki film z Jezysem na krzyżu, kamera robi najazd na ręce i nogi Jezusa. Widać gwoździe, a potem pojawia się napis - Gwoździe Wilsona utrzymają wszystko!
Pan Wilson wkurzył się niemiłosiernie, wybuchła wielka awantura, zapowiedział że za takie coś to on nie myśli płacić i mają zrobić inny filmik. Pracownicy ugłaskali jakoś pana Wilsona i mając w wyobraźni sowitą zapłatę, obiecali zrobić coś innego. Po pewnym czasie, to samo biuro, ekipa i pan Wilson oglądają nowy produkt agencji. Na ekranie widać pustynny teren, jakieś górki, nędzne zarośla. I zza góry w stronę kamery biegnie mężczyzna, odziany w strój typowy dla mieszkańców Palestyny, czy też Ziemi Świętej, biegnie, zbliża się, widać że postać mocno poturbowana, szaty zniszczone, zakrwawiony z wyraźnymi śladami pobicia. Postać zmaltretowana, biegnie z trudem, niekiedy się potyka, wreszcie wybiega z kadru. Zza tej samej góry biegną dwie postaci, w strojach rzymskich legionistów. Zbliżają się do kamery, biegną, nagle jeden kieruje się do kamery, i prosto z ekranu mówi - gdybyśmy mieli gwoździe Wilsona...

--