No cześć, w związku z tym, że jakiś czas mnie na Joe nie było, a nigdy takich rzeczy tu nie wrzucałem, to od razu przepraszam, jeśli wrzuciłem ten post do złej kategorii. Takie tam małe opowiadanko, przeleżało 2 miesiące na moim dysku i dzisiaj postanowiłem wrzucić je tutaj, żeby dowiedzieć się co sądzicie o tego typu wypocinach. Miłego, mam nadzieje, czytania
Btw, bezpośrednio przed wydarzeniami tu opisanymi, miał miejsce mecz Polska-Portugalia, co miało pośredni wpływ na sytuacje zaludnienia tej nocy.

W ten chłodny wieczór, w okolicach Placu Bankowego, nic nie wskazywało na to, że powrót do nowego mieszkania, będzie różnił się w jakikolwiek sposób od wszystkich innych powrotów. Jednak, jak okazało się później, różnił się. Bardzo. Stałem na przystanku, w towarzystwie kilkunastu, może kilkudziesięciu osób, kiedy pierwszy z nich podjechał. Zadrżałem na ten widok. Powykręcane nienaturalnie kończyny, grymasy bólu na twarzach i bijący, przez szpary w ledwo uchylających się drzwiach, odór spoconych ciał. Nocny autobus N42 już dawno nie widział takiego kursu. Usłyszałem głośne słowa dezaprobaty ze strony ludzi wokół, a może to tylko ja wyrażałem to w mojej głowie? Usiadłem na ławce, czekając na kolejny autobus. Po 30 minutach widok się powtórzył, tym razem ktoś zaczął cicho szlochać. Dzieci zaczęły szukać rodziców, dorośli - dzieci. Każdy, kto mógł, dzwonił do swoich bliskich, chcąc się pożegnać, widmo śmierci na tym przystanku wisiało nad nami wszystkimi. Przy trzecim transporcie pojawiła się mała szansa na załapanie się na szczęśliwy kurs, ponieważ gdy tylko koła autobusu stanęły w miejscu, z cichym tąpnięciem wypadło ze środka ciało. Na oko 27-letni mężczyzna, w sportowym ubiorze. Lekkie zakola zaskakiwały, szczególnie w zestawieniu z imponującą budową fizyczną. Niestety, tym razem mięśnie nie pomogły mu w walce z wygłodniałym duchem miasta. Na jego miejsce udało się wcisnąć jedynie 6-letnią Emilkę. Łzy szczęścia, które roniła jej matka, były łapczywie pochłanianie przez zazdrosne spojrzenia innych rodziców, których pociechy nie miały tyle szczęścia. Do kolejnego autobusu udało się nam jakoś wcisnąć. Ja, i 5 innych osób. Drzwi się zamknęły, byliśmy w środku, jednak dobrze wiedzieliśmy, że gdzieś za tymi drzwiami została na zawsze część naszego człowieczeństwa. Leżała tam razem z powalonymi, pokopanymi ludźmi, którzy jeszcze chwilę wcześniej chcieli zająć nasze miejsca w tym pojeździe do lepszego świata. Droga zleciała na radosnym oczekiwaniu: jak dzieci na wizytę Świętego Mikołaja, każdy z nas czekał na swój przystanek. Po wyjściu z autobusu i krótkim spacerze, w momencie wyciągania kluczy z kieszeni, przypomniałem sobie, że mój komplet, jako jedyny, ma tylko klucze do mieszkania. Pozostałe komplety miały także klucze do drzwi wejściowych i śmietnika. Jednak w tamtej chwili uważałem, że nie ma to znaczenia. Czas miał pokazać, jak bardzo się wtedy myliłem.

Więc stoję sobie sam, deszcz wypłukuje ślady miasta z mojej pooranej zmarszczkami twarzy, noc otula mnie płaszczem swojego ciemnego atłasu, nieznane ziemie roztaczają się wokół mnie, a blok przy tej wolskiej ulicy wyrasta przede mną niczym wieża, do której nie mogę się dostać, bo księżniczka ma loki. Motorola nie wydaje z siebie nawet najmniejszego dźwięku - ucichła jeszcze przed tym jak wsiadłem do autobusu. Ten mały kwadratowy przyjaciel, który opuścił mnie w tak ważnym momencie, spoczywa bezczynnie w mojej kieszeni. Wiem, że nie będzie w stanie mi pomóc, dopóki nie zazna prądu płynącego przez jego metalowe żyły. Cóż, każdy z nas ma coś co nas napędza, coś co nas uzależnia - nie winię go więc. Ostatni raz patrzę w oczy domofonowi, który niemal drwi ze mnie, wesoło wyświetlając czerwony napis „Err”, którym wydaje się krzyczeć: „Zapuściłeś się na niebezpieczne tereny, podróżniku”. Numer do Poranka, mojego współlokatora, jedynej osoby, która może mi teraz pomóc, widzę oczyma wyobraźni, jednak jest niewyraźny, to co wydaje się być 7 może być równie dobrze 1. Muszę znaleźć inny sposób. Muszę jakoś się z nim skontaktować. Niestety w związku z tym, że musiałem nastawić mój umysł na inny tryb, ucierpiała narracja. Musiałem zmienić jej typ, jak wąż zrzuca skórę, zostawiając swoje „ja” za sobą. Czy to nadal ja, czy może „ja” tworzące prawdziwego mnie zostało w tej zrzuconej skórze?

No nic, strząsnąłem z siebie ten styl niby-Noire, jak stary kundel strząsa kąsające go pchły i ruszyłem w miasto, coby rozwiązanie znaleźć. Trafiłem na budkę jakiegoś pana stróża, zapukałem i wyjaśniłem sytuacje, nucąc „Aniele” Meza, bo to w końcu stróż, i pytając o to czy telefon ów pozwoli mi naładować. Pan Stróż odpowiedział, że chętnie i wręczył mi ładowarkę do Nokii z cienkim bolcem. Powiedziałem, że to nie to, a wtedy okazało się, że ładowarka do smartfonów się dzisiaj zepsuła i szef zabrał ją do wymiany. No nic, podziękowałem i poszedłem dalej. Zapytałem dziewczynę na przystanku, mało nie dostałem sprejem w twarz, ogólnie spacerowałem poznając okolice. Całe szczęście, że nogi me, doprowadziły mnie, do jakże pięknego znaku "APTEKA 24H", gdzie też, z radością, się udałem. Po 2 dzwonkach zaspany Pan Magister otworzył mi okienko. Ładnie się przywitałem i wyjaśniłem sytuacje, wręczając mu telefon. Ten ostateczny znak zaufania, jakim było przekazanie martwej Motoroli, przekonał szanownego Pana Magistra do pomocy mi. Nie chciałem wywierać presji, więc powiedziałem, że poczekam sobie na pobliskim przystanku. Z nudów zagadałem do stojącej tam dziewczyny, wyraźnie tak samo znudzonej jak ja. Zagajając, myślałem że może tez ma problemy, i że może będę mógł jakoś jej pomóc, no bo przecież moje złote serce, zawsze jest dla ludzi otwarte. Powiedziała mi, że czeka po prostu na nocny, który przyjechał dosłownie minutę później, po raz kolejny zostawiając mnie samego. Postanowiłem, że potruję jednak dupę Panu Magistrowi, coby przypadkiem z moim telefonem do ciepłych krajów, albo innej Szwajcarii się nie udał. Po zapytaniu go jak tam telefon, dowiedziałem się, że dobrze, ale dopiero 4%. Następujące momenty były katorgą, jednakże po 10 minutach, jak obliczyłem z ruchu gwiazd, bo telefonu przecież nie miałem, Pan Magister wesoło podkicał do okienka, wręczając mi telefon i mówiąc: "Aż 8%, liczę, że wystarczy". Ładnie podziękowałem, bo przecież kulturalnym człowiekiem jestem, życzyłem dobrej nocy i ruszyłem na kolejny etap mojej podróży. Poranek obudził się po 4 telefonie. 3 razy usłyszałem, tak bardzo wrysowujące się w czaszkę: „Tu Orange Poczta Głosowa!”. Wyjaśniłem mu na szybko sytuację, bo przecież bateria ledwo zipie i ustaliliśmy, w którą stronę mam iść. Po krótkim spacerze, w czasie którego to kontemplowałem i przeklinałem moje wybory życiowe, spotkałem mojego przyszłego współlokatora, który, mocno zaspany wręczył mi klucze i kazał spieprzać, bo on wraca spać. Droga powrotna minęła bez specjalnych incydentów, no może poza lekkim kontaktem z miejscową fauną, a także odkryciem delikatesów 24h, które mogą okazać się bardzo przydatne w moim dalszym życiu. Z dwóch kluczy, które dostałem jeden pasował do drzwi, drugi pewnie był do śmietnika, ale nie sprawdzałem w sumie, bo ten do drzwi pasował. W taki oto sposób zakończyła się moja przygoda, wróciłem szczęśliwie, zdrowo i w całości, dzięki czemu razem z Krzysiem, Puchatkiem i resztą zgrai ze Stumilowego Lasu, możemy hasać wesoło, aż trafimy na kolejne perypetie.

To tyle

--