JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Forum > Półmisek Literata > Nieznany horyzont [opowiadanie]
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Maroool Bojownik od 11 sierpnia 2015
2015-11-21 16:21:43 Zgłoś
Nieznany horyzont

Okolica szybko zasnuła się mrokiem. Słońce co prawda, nie zsunęło się jeszcze całkowicie za horyzont, a można nawet powiedzieć, że musiało przebyć do niego spory kawałek. Ale to nie miało znaczenia. Dookoła rozciągał się stary, gęsty i ciemny bór. Gdzie okiem nie spojrzeć tam pełno sosen, świerków i jodeł, fantazyjnie powykręcanych przez dogryzającą konary wiekowość. I wichury. Jednak las ma to do siebie, że sam sobie nie skrzywdzi, nie wyrządzi samemu sobie szkody, tak jak inny gatunek, który bynajmniej nie należy do flory. Puszcza ma instynkt samozachowawczy. Na miejscu drzew, które zakończyły swój cichy i spokojny żywot, wokół wykrotów, jakie po sobie zostawiły, wyrastały już młode drzewka, mające nadzieje przeżyć ich starszych pobratymców.
Przez ów bór, meandrując niczym rzeka, sunęła między konarami wąska, ledwie dostrzegalna dla ludzkiego oka ścieżka, ginąca często pod warstwą sypiącego się igliwia. Trzech wagabundów, którzy niejedną knieję już przebrnęli, szło pewnym, szparkim krokiem. Puszcza nie interesowała ich zupełnie, była jedynie drogą do celu. Bezpieczną. Jeżeli nie całkowicie, to na pewno bezpieczniejszą, ze względu na to, że ostatnimi czasy na gościńcach, traktach i wszelkiej maści innych szlakach, zaroiło się od ludzi niewiadomej proweniencji, a tym bardziej zamiarach. To, że okradną, było pewnikiem, ale czy nie zrobią nic gorszego, tego już nikt nie był w stanie autorytatywnie stwierdzić. Dlaczego wędrowcy zdecydowali się ruszyć przez bór, przez który nikt nie podróżował? Któż wie. Ludzie od zawsze bali się dzikich zwierząt. Wilków, niedźwiedzi i innej maści drapieżników, których zamiary, przy ewentualnym spotkaniu można jednoznacznie określić, a i środki ochrony przed nimi są powszechnie znane. Jednak dzikie zwierzę w umysłach prostych ludzi zawsze kojarzyło się z krwiożerczą bestią i tak już ten mit najpewniej będzie pokutował do końca świata. Albo i dłużej.
Pielgrzymi jednak zbyt dużo już widzieli, zbyt dużo słyszeli i zbyt dużo przeżyli, aby wierzyć w zabobony i pielęgnować przesądy. Mieli zbyt dużo eksperiencji, żeby wychylać się na przekrwione, podkrążone, łaknące łupów oczy grasantów.

***

Osada Kózki Małe, w rzeczywistości była dwa razy większa od Wielkich. Nawet najstarsze baby, które wiedzą wszystko, nie potrafiły tego wyjaśnić. Być może było tak, że do Kózek Małych napłynęli lepiej prosperujący osadnicy, a wokół wsi były lepsze gleby pod uprawy. Mogło być też tak, że z dawien dawna, po ziemiach folwarcznych, które aktualnie należą do komesa Kleofasa, z zadaniem nadania nazw dla poszczególnych osad przejeżdżał ekonom, który niekoniecznie musiał być trzeźwy, a jak powszechnie wiadomo, stan jasnej pomroczności, z łatwością jest w stanie utrudnić percepcję, tedy łatwo o pomyłkę w wielkościach. Dodatkowo w miejscach, gdzie niedaleko jest rubież przerażającego tajemniczością, nieskalanego boru.
Niedaleko, jakieś dwadzieścia minut galopem, niekoniecznie biegunem, ale też i niekoniecznie szkapą, od rubieży puszczy, biegł okalający ją trakt, często i gęsto uczęszczany przez wszelakiej maści podróżnych. A to handlarzy większych, którzy posiadali wielkie i wyładowane towarem wehikuły ciągnięte przez dwa woły, a to drobnych domokrążców, których cały dobytek stanowił pchany lub przytrzymywany przez nich, zależnie od rzeźby terenu, wózek. Ciągnęli również posłańcy i gońcy wszelkiej maści, bajarze i gawędziarze, których jedynym sposobem utrzymania było słowo, chłopi na ledwo się trzymających i cudem nierozpadających się na wertepach wozach, jak również inni podróżni, których podróż gdzieś się zaczęła i gdzieś się zapewne skończy.
Jednak oni wszyscy nie wiedzieli lub nie chcieli wiedzieć, że za kolejnym zakrętem, na kolejnym rozwidleniu drogi, na moście, brodzie ich podróż może się zakończyć przedwcześnie, jeżeli nie dla nich samych, to dla ich życiowego dobytku.
W zaroślach na zakrętach, rozwidleniach, przy brodach i pod mostami, czekali na swoją okazję, zacierając swoje tłuste, brudne, klejące ręce osoby, które bez jakichkolwiek skrupułów gotowe były odebrać ludziom dobytki, szczęście, zdrowie, a często i życie. Dla własnych rozpustnych, birbanckich czynności i uciech. A ich świdrujące, przekrwione od wszelkiej maści używek oczka, taksowały wszystkich przechodzący. Czekały na najlepszą okazję.

***

Marceli opuścił rodzinny dom przed tygodniem. Rad nierad musiał to zrobić. Wedle zasady primogenitury cały dobytek zubożałej rodziny przypadł jego dwóm starszym braciom bliźniakom. Przez pierwszy rok ich życia nikt za bardzo nie przywiązywał uwagi do tego, który jest który, tedy raz Antek był Wackiem, a Wacek – Antkiem. I dlatego też ojciec postanowił, żeby załagodzić spory między braćmi, że po jego śmierci podzielą się gospodarstwem. Jednak dla najmłodszego w rodzinie nie zostało nic. Po śmierci matki, która jak każda prawdziwa matka, kochała wszystkie swoje dzieci całym sercem i dla każdego swojego dziecka by je oddała, bliźniacy poczęli szykanować Marcelego. Bez powodu, bez potrzeby, dla krotochwili. Jednak zabawa kosztem młodszego brata szybko im się znudziła, a i nie mieli zamiaru dalej marnować kaszy dla brata, którą mogli za kilka nędznych groszy sprzedać okolicznym nędzarzom. Bracia rozkazali mu opuścić dom.
Marceli może nie należał do najmądrzejszych, miał za to dobre serce. Od tygodnia, gdy zauważył potrzebującego, nie czekał, nie dumał — pomagał. Chociaż sam nie miał nic, oprócz kilku marnych denarów, dawał to, co uważał za najcenniejsze. Życzliwość, otuchę, dobre słowo i pomocną dłoń. Czuł, że robi dobrze, serce wyrywało mu się z piersi, gdy usłyszał od kogoś w zamian dobre słowo lub zobaczył uśmiech, który nie mógł świadczyć o niczym innym jak o uldze powodującej, chociaż chwilę radości.
Ale teraz zbliżał się do niewielkiego, drewnianego mostka. Zmierzchało. Zastanawiał się, czy iść dalej z nadzieją znalezienia miejsca do noclegu, czy zawrócić ku miniętej wiosce – Kózkach jakichś tam. Miał złe przeczucie. Przeczucie kręcące się w trzewiach. Wydawało mu się, że ma w jelitach oślizgłego węgorza, który tylko czeka, żeby czym prędzej czmychnąć. Nagle coś zaszeleściło, szurnęło po zbitym piachu gościńca. Dwie figury zamajaczyły w długich, kładących się cieniach drzew. Za nim również coś tupnęło. A zaraz potem zacharczało, splunęło i zaskrzeczało.
- Hola, hola wyrostku! – Marceli odwrócił się do skrzeczącego. - Co tak gały wybałuszasz jakbyś, jaką zjawę obaczył albo i inszego upiera? Strach cię gołowąsie obleciał, co? Tak to się kończy, jak się po ciemoku samemu łazi. A potem to się samojeden z drugim dziwuje, że ludzi pierą a grabią po gościńcach. No, ale nie ma co mitrężyć. Dawaj jeno co masz po kieszeniach i uciekaj w podskokach.
- Czekej no Węgorz, on mi się nada, ja nie wybrzydzam. – zachrypłym od alkoholu głosem powiedział ten po drugiej stronie mostu. - A młody, to gładki to i różnicy zbytnio nie poczuję, sobie poradzę. Ten no wei… wiejn… wyimagig… wymyślę se, że to gamratka jaka i wychędożę jak burą sukę.
- Nie lza. – powiedział łagodnie trzeci typ – Puśćmy chłopaka wolno. Widzicie przeca, że obdartus jaki. Nic przy sobie nie ma, jeno co lepszego i znośnego na sobie, to w połowie przetarte buty. A ty Gonza uważaj, żebym ja mojej pały nie wypróbował, ale na twoim zakutym łbie. No? Czego jeszcze stoisz? Śmigaj mały i żebym cię więcej nie zoczył.
Marceli stał jak sparaliżowany. W gardle ściskało, przerażająco dusiło, obierało dech. Paraliż odebrał całkowicie kontrolę nad kończynami. Jedynie opuszki palców lekko dygotały, tylko one okazywały strach. I oczy. Rozszerzone do granic możliwości, odbijające czerwień ostatnich sekund, zachodzącego Słońca.
- Hola, hola Cibor. – znowu odezwał się skrzeczący – Czy ty sobie ze mnie i Gonzy krotochwile urządzasz? Cholera, myśmy pod tym mostem siedzimy cały dzień, czekamy na okazję, a ty zgrywasz raptem obrońcę uciśnionych? I to dla takiego zafajdanego chłystka? Oj, źle mi się to widzi Cibor, oj źle.
- Wozy tobie beeee byli. – poparł skrzeczącego kumotra Gonza – Chłopy też złe, bo zapalczywe, na widłach poniosą. Panienka co se szedła to też fee, że niby niebezpiecznie…
- Zaraz za nią byli chłopi – przerwał Cibor – no, ale jeżeli wolałbyś mieć widły włożone po trzonek w rzyci, tedy mogłeś się brać. Chłopaku, rusz że się w końcu!
- Hola, hola! – skrzek – tyś ty nie sam, nie ty tu mi będziesz rozkazywał, a tym bardziej smarkaczowi, bom ja był pierwej od ciebie przy nim. No jużeś z tych trzewików, smarku, wyskoczył, czy ma cię je razem z girami usiec?
- Tnij a żnij. Nie będzie mi później wierzgał.
Węgorz zbliżył się i złapał chłopaka za kołnierz, pchnął na most, lżąc go przy tym obrzydliwie i trywialnie, jak to u bandyckiej konfraterni przystało. Wtedy coś drgnęło. Adrenalina i chęć życia przezwyciężyły paraliż. Strach dotąd duszący zamienił się niebywałą energię. Eksplodował w sercu, płucach i kończynach. Marceli w ułamku sekundy przeturlał się, unikając kopnięcia wymierzonego prosto w żebra. Wstał jak wybity z katapulty. Uniknął rąk próbującego go chwycić Węgorza, ale na tym się skończyło. Odbił się od wielkiego bandziocha Gonzy.
Cibor siedział pod drzewem, z rękami przyciśniętymi do twarzy. Nie widział, ale słyszał, a chciał o tym nawet nie myśleć. Nie mógł. Zgiął się w spazmatycznym odruchu wymiotnym. Mógł coś zrobić, mógł przeciwdziałać, ale nie był obrońcą, nie był odważny ni mężny. Był jedynie rekieterem, który nie był do końca wyprany ze skrupułów. Jeszcze nie.
Rankiem, gdy Słońce wychyliło się znad horyzontu było pusto. Ptaki szczebiotały i ćwierkały tak jak każdego ranka. Wesoło i sielankowo. Szczęśliwie dla nich, nie musiały zwracać uwagi, na to, co było pod nimi. One mają niebo, unoszą się, są wolne. Cieszą się, śpiewają. Ludzie tak nie mogli. Zarówno ci, którzy widzieli most po feralnej nocy jak i ci, którym o tym opowiedziano. Ludzkie instynkty bywają potworniejsze od zwierzęcych. I można to z całą pewnością autorytatywnie stwierdzić.

***

Jeden z pielgrzymów nagle się zatrzymał. Spojrzał na pozostałych.
- Mogliśmy iść głównym traktem – powiedział głucho.
- Dlaczego?
- Sam nie wiem... ale coś mogło się zmienić.

KONIEC.




Kto odgadnie czym lub kim inspirowane ten










--
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
DowolnyRzeczwnik Bojowniczka od 11 maja 2014
2016-03-04 23:51:30 Zgłoś
Rozumiem, że potrzebujesz korekty?

--
Forum > Półmisek Literata > Nieznany horyzont [opowiadanie]


Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj