Na żaglach przez Świat

Możesz przyglądać się kwiatu z zachwytem, ale wtedy nie wydoisz krowy.

Z bojownikiem przez Tajlandię cz. III: W drodze do Phuket

17 listopad 2016 ·
Po intensywnych trzech dniach spędzonych w Bangkoku, gdzie średnio 12h spędzaliśmy na zwiedzaniu, przyszły dwa intensywne dni spędzone na trasie Bangkok - Phuket oraz dwa w drodze powrotnej, ale już mniej. Niestety za mało czasu, aby wszystko zwiedzić, nie mniej jednak zaprezentuję to, co udało zobaczyć się. Przed nami prawie 1200km lądem przez Tajlandię.



#1. Inna strona Bangkoku

Zanim jednak wybierzemy się poza Bangkok, to małe uzupełnienie do poprzedniej części, czyli mniej turystycznej części miasta. Jak wspomniał @PioKoc, faktycznie nie zaznaliśmy żadnej niepokojącej sytuacji, życie toczy się zupełnie normalnie.





Są to też miejsca, gdzie idzie za bardzo niską kwotę najeść się. Zarówno z serwując sobie danie z mobilnych stoisk, jak i lokalnych miejscowych "barów mlecznych".

Nie ma także problemów ze znalezieniem przyjemniejszych zakamarków



Także w nocy nie doświadczyliśmy żadnych niemiłych sytuacji. Miasto wygląda najzupełniej normalnie.



Odstraszać mogą walające się worki ze śmieciami, szczególnie w ciemniejszych zakamarkach



niemniej jednak z reguły rano wszystko jest wysprzątane. A skoro już o śmieciach mowa, to trochę irytujące jest brak koszy. Jako człowiek potępiający wyrzucanie czegokolwiek na chodnik potrafiłem taszczyć przez wiele kilometrów odpad, zanim wyrzuciłem do kosza. Najczęściej był to kubeł należący do lokalnego baru lub wydzielony teren zielony, gdzie faktycznie kosze były i dbano tam o porządek.

#2. Wat Phra Si Sanphet



Nie oddalając się daleko, bo zaledwie 80km na północ od Bangkoku, mamy prowincję Ayutthaya, w której to znajduje się kompleks świątynny Wat Phra Si Sanphet.



A w zasadzie jej ruiny. Został wzniesiony w XV wieku i przez długi okres spełniał rolę pałacu królewskiego. Widoczne na powyższym zdjęciu, to grobowce dawnych królów. Swego czasu znajdował się tam 16sto metrowy pokryty 250kg złota posąg Buddy.



Niestety w 1767 roku kompleks został ograbiony i zrównany z ziemią przez Birmańczyków. Pozostają nam tylko domysły co do dawnej świetności tego miejsca.

Poza tym mamy miejsce na wypas lokalnymi przysmakami



możemy pojeździć na słoniu



czy przybić żółwika z baby słowniem



Odnośnie jazdy na słoniu, to wspomnę jeszcze o tym przy okazji omawiania pobytu na wyspie Ko Lanta.

#3. Prowincja Kanchanaburi




Kanchanaburi jest średniej wielkości miasteczkiem znanym z Mostu na rzece Kwai. W prawdzie mostu nie zwiedziliśmy, ale za to widzieliśmy inny.



Trudno powiedzieć, czy Pierre Boulle pisząc powieść celowo zmienił nazwę, czy była to fikcja literacka, bo tak na prawdę, to most znajduje się nad rzeką Maeklong. Rozdźwięk, jaki powstał z tego powodu spowodował, że w 1960 roku nazwę górnej części rzeki zmieniona na Khwae Yai.

Mieliśmy za to wypasiony nocleg nad wspomnianą rzeką.





Był to chyba najdroższy hotel, w jakim przyszło nam nocować. Być może na cenę miała wpływ lokalizacja tuż przy samej rzece, w każdym bądź razie było to idealne miejsce do odpoczynku i regeneracji sił. Cicho, czysto, z wypasionym śniadaniem do oporu.

#4. Park Narodowy Erawan



Park znajduje się w zachodniej części kraju, w prowincji Kanchanaburi. Założony został w 1975 roku i zajmuje powierzchnię 550km2. Zanim tam jednak dotarliśmy, to zdążyliśmy lekko zbłądzić. I nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt pięknego miejsca, do jakiego dotarliśmy.



Główną atrakcją są 7dmio poziomowe Wodospady Erawan, a ostatni znajduje się niemal 1000m n.p.m. Poniżej poziom pierwszy



i trzeci



Nazwa Erawan wywodzi się z mitologii hinduskiej i oznacza trójgłowego białego słonia. A skoro o słoniach, to w drodze do parku można natrafić na znaki ostrzegające przed słoniami.



Wszystkie wodospady kończą się niedużymi jeziorami, w których można wykąpać się. Warto jednak udać się na samą górę, gdzie dodatkowo można zaliczyć darmowe spa rybne, które w Bangkoku kosztuje 150 bathów. My akurat byliśmy w końcówce pory suchej, gdzie wodospady z reguły wysychają, ale Tajowie zrobili obejście na gazomierzu i pompują wodę na górę przez widoczny na poniższym zdjęciu (poziom czwarty) wąż.



W porze deszczowej wyglądają podobno bardziej okazale.

#5. Amphawa Floating Market



Miejscowość zlokalizowana jest w prowincji Ratchaburi. Główną atrakcją są rozstawione na całej długości kanału łódki, jedna obok drugiej, z których to serwowane jest jedzenie.



A wybierać było w czym. kalmary, krewetki, kraby, małże, ryby, wszelkiego rodzaju sałatki, zupy, czy desery. A gdyby komuś było mało, to zaraz obok jest targowisko, gdzie można było zaopatrzyć się w prażone larwy, czy inne miejscowe przysmaki. W skrócie, raj dla podniebienia.



#6. Cha Am i Hua Hin



Obie miejscowości położone są w prowincji Phetchaburi nad Zatoką Tajlandzką. Pierwotnie Cha Am było wioską rybacką, potem za sprawą wizyt wysokich rangą członków rodziny królewskiej zostało wypromowane. Podobno jest to jeden z najczęściej odwiedzanych regionów zarówno przez Tajów, jak i turystów. I o ile z Hua Hin zgodzę się, to jakoś w Cha Am było martwo.



Zarówno za dnia, jak i wieczór nie wiele działo się. Jedyne co, to ciężko było odpędzić się wieczorem od Tajek namawiających do wejścia do pustych lokali.

Było to też pierwsze miejsce, w którym rezerwując hotel kupowaliśmy kota w worku. Kusiła cena i lokalizacja "z widokiem na morze". Nie było natomiast żadnych zdjęć, więc nie wiedzieliśmy w jakie warunki trafimy. I fakt, warunki może nie rozpieszczały, dla mnie było znośnie



to widok na morze był, jak przeszło się kilka set metrów



Ale niedogodności nadrabiał właściciel hotelu Daren, miejscowy Australijczyk, który parę set metrów od hotelu prowadził swój lokal, do którego nas zaprosił, i z propozycji której skorzystaliśmy. I było to chyba najbardziej żywe miejsce tego wieczoru, jakie zastaliśmy.
W każdym bądź razie spędziliśmy tam miły wieczór słuchając lokalnego zespołu Jam Session z córką Darena na wokalu



oraz występie lokalnej grupy breakdence'wej. Na koniec przed wyjazdem zaliczyliśmy skromne śniadanie.



Inaczej sprawa miała się w drodze powrotnej, w której to zatrzymaliśmy się w Hua Hin, w miejscu, gdzie ostatnio eksplodowały dwa ładunki. Tam mieliśmy hotel na wypasie Pattawia Resort & Spa i faktycznie był z widokiem na morze.



Jest to najstarszy kurort Tajlandii, bardziej popularny wśród miejscowych, to też zagranicznych turystów tutaj praktycznie nie ma. W zasadzie chyba wszystkie hotele są pięciogwiazdkowe, więc na warunki mieszkaniowe nie ma co narzekać.
Wybierając się natomiast do miasta mamy masę galerii handlowych, w których to możemy zaopatrzyć się w pamiątki, czy czego tam dusza zapragnie.



Natomiast warto udać się do pobliskiej miejscowości Pak Nam Pran, gdzie nie doświadczymy za wielu turystów, a na miejscowym jarmarku możemy rozkoszować się lokalnymi specjałami.







czy innymi miejscowymi atrakcjami.





Dla ciekawskich, prażone larwy w smaku przypominają trochę chrupki o smaku orzechowym.

#7. Owoce i przydrożne jadłodajnie

Do tajskiego jedzenie nie muszę przekonywać osób, które choć raz spróbowały. Osobiście lubię ostre dania, to o ile dania spice bolą dwa razy, to not spice też potrafią dać się we znaki. Dokładając jeszcze ich tropikalny klimat, to niekiedy jedząc miałem wrażenie, że ktoś odkręcił mi kran pod pachami i potrafiłem z lokalu wyjść cały mokry jak spod prysznica. Ale zarówno dania, jak i zupy mają fantastyczne. A jeżeli komuś ostrości było mało, to mógł doprawić sobie sosem paprykowym. Wulkan w zadzie gwarantowany.





Jako ciekawostka, widoczne na powyższym zdjęciu kwiatki są jadalne i całkiem smaczne.

Jeżeli chodzi o owoce, to może nie będę skupiał się na cytrusach, mango, granatach czy innych arbuzach dostępnych powszechnie u nas. Dodam tylko, że mamy tam możliwość zjedzenia owocu dziko rosnącego na drzewie, jeżeli chodzi o cytrusy, nie z hodowli i smakują zupełnie inaczej. Wspomnę natomiast o bananach, które powszechnie dostępne u nas są tam dwa razy droższe od dziko rosnących, natomiast te drugie Tajowie przetwarzają na różne sposoby. Może w smaku zbytnio nie różnią się o tych "przemysłowych", za to są z pestkami! I tak zaopatrując się na bananowych straganach



mamy okazję zjeść smażone, suszone czy w czekoladzie. Wszystko wyrabiane i pakowane jest na miejscu.

Z owoców godnych uwagi jest np. pitaja, tzw. "smoczy owoc".



Ma słodki, lekko kwaskowaty smak, a najlepiej smakuje schłodzony.

Warty uwagi jest także longan, zwany także "smocze oko".



Rośnie w kiściach jak winogrono i ma słodki orzeźwiający smak. Wizualnie przypomina nieco ziemniaka.

Przy zakupie sapodilli należy zwrócić uwagę na kolor owocu.



Dojrzałe owoce powinny mieć ciemno brązowy kolor. A jak widać na powyższym zdjęciu, nasze nie są. Przez co były twarde, ale zjadliwe. Smak mają słodki, podobny do miodu. Należy tylko pamiętać, aby nie przechowywać ich zbyt długo, bo szybko ulegają fermentacji.

O durianie napiszę w następnej części. Ze względu za swój specyficzny zapach zakazane jest jego wnoszenie np. hoteli



tak samo z resztą jak mangostanu, przy czym ten drugi nie wiem dlaczego. Jeżeli chodzi o mangostan, to w smaku przypomina mango: słodki, soczysty i lekko cierpki.

#8. Phuket

Miasto Phuket leżące w północnej części wyspy o tej samej nazwie jest największe w tej prowincji i jednocześnie jest jej stolicą. Z racji tego, że dojechaliśmy tam późno, musieliśmy z miejscowego lotniska odebrać dwóch załogantów, którzy dolecieli do nas z Nowej Zelandii, natomiast następnego dnia zaopatrzyć się w prowiant na jacht i zdać samochody, to miasta jako takiego nie zwiedziliśmy.





A szkoda, bo ominęła nas przypadająca akurat w tym dniu impreza związana z obchodami chińskiego Nowego Roku.

Natomiast z tego miejsca, a dokładniej z Heaven Marina rozpoczną się nasze morskie wojaże.



Widoczny na samym przodzie katamaran okazał się naszym domem na najbliższe dwa tygodnie. Ale o nim i morskich przygodach opowiem w następnej części.
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi