Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"Czekam, aż jakiś poseł ściągnie majtki" czyli wywiad ze Skibą - tylko dla Joe Monster!

31 260  
300   91  
Specjalnie dla czytelników Joe Monstera wywiadu udzielił nam Skiba z Big Cyca.


Krzysztof Skiba już od trzydziestu lat stoi na czele Big Cyca i ostrzem swoich tekstów prześmiewczo komentuje rzeczywistość. Oprócz działalności muzycznej jest też publicystą, pisarzem i osobowością telewizyjną, choć sam siebie nazywa szamanem sceny. Z autorem „Makumby” spotkaliśmy się, żeby poruszyć zarówno wesołe kwestie, jak i te nieco poważniejsze. Skiba oprócz tematów stricte jajcarskich powiedział nam, komu dziś pokazałby tyłek, odniósł się do satyry „Ucha Prezesa” i wspomniał najzabawniejszy żart Janusza Korwina-Mikkego, cały czas poruszając się w dość delikatnym temacie polityki.

Joe Monster.org: W pochodzącej z pierwszej płyty Big Cyca „Durnej Piosence” padają słowa „Skiba to jest niezły wariat”. Jak aktualne jest to stwierdzenie dziś? Nie wkurza fakt, że ludzie zwracają się do Ciebie niczym do znajomego – bezpośrednio, nie do końca poważnie, a czasem nawet protekcjonalnie?

Krzysztof Skiba: Ludzie w ogóle traktują twarze znane z telewizji niczym swoich znajomych – podobna sytuacja ma miejsce z aktorami wcielającym się w role lekarzy. Jestem kojarzony z telewizji i wystąpień publicznych, gdzie gram wariata – albo raczej pozytywnego świra, to bardziej artystyczne określenie – więc automatycznie uważa się mnie za wariata. Różnica między mną a chociażby Konjem z Lalamido polega na tym, że ja udaję stukniętego, a on taki po prostu jest. Wolałbym jednak, żeby większość społeczeństwa kojarzyła mnie z płyt i piosenek.



Big Cyc nagrał mnóstwo utworów naładowanych ideologicznie. Czy w czasach, gdy najlepiej sprzedaje się bezpłciowa radiowa papka zaangażowane piosenki mają jeszcze rację bytu?

Dobrym przykładem takich numerów jest przywołana przed chwilą „Durna piosenka” – rymowanki, które się tam pojawiają, to hasła z demonstracji czy happeningów Pomarańczowej Alternatywy: „Armia radziecka z tobą od dziecka” lub „Ala ma kota, a milicją ma pałę”. Dzisiaj tematy polityczne w piosenkach nie są jednak modne i raczej niewielu wykonawców je podejmuje. Bardziej kręci to starych dziadków, czyli nasze lekko spróchniałe pokolenie nurtu rocka publicystycznego – jak choćby Maleńczuka, Kobranockę, Elektryczne Gitary czy Big Cyca – ale to jednak nisza. Młodzież, jak zwykle, śpiewa o uczuciach, cierpieniach i rozterkach miłosnych.

Czy z perspektywy czasu któryś z Twoich starych tekstów wydaje się mocno zdezaktualizowany i dziś już byś pod nim się nie podpisał?

Absolutnie nie wstydzę się swoich piosenek, odwrotnie niż poseł Paweł Kukiz, który przepraszał za „ZChN zbliża się”. Ale oczywiście nagraliśmy utwory, które się nieco zdezaktualizowały – na przykład „Złoty warkocz” o Renacie Beger. To była w tamtym czasie gorąca polemika, ale nie ma już Andrzeja Leppera, nie istnieje Samoobrona, więc w ogóle nie gramy tego numeru. Kazik też przecież nie śpiewa już „Wanny Wassermanna”. Aczkolwiek najczęściej jest wręcz odwrotnie, jak chociażby w przypadku płyty „Wojna plemników”. Tekst „Polska rodzina, troszczy się o nią sam ksiądz kardynał, daje wskazówki i dobre rady, polska rodzina świeci przykładem” jest przecież wciąż aktualny. To kawałek z 1993 roku, kiedy tylko wysyłaliśmy sygnały ostrzegawcze – dziś pewne kwestie się jeszcze wyostrzyły.



Piosenki takie jak „Kobiety z Sarajewa” można chyba traktować jako uświadamianie w kwestii historii współczesnej?

„Kobiety z Sarajewa” to tekst oparty na prawdziwych wydarzeniach – oddziały Ratko Mladicia dokonały rzezi na bośniackich muzułmanach. Watykan, w odpowiedzi na falę masowych gwałtów, apelował, żeby nie usuwać poczętych w ten sposób dzieci. Zbrodnia jednak pozostaje zbrodnią – aż trudno uwierzyć, że to wydarzyło się tak niedawno. Dziś problem jest wciąż aktualny, a w Polsce też coraz częściej postuluje się zakaz aborcji, nawet będących konsekwencją gwałtu.

Jak dziś wygląda artystyczna wolność mediów?

Niestety ale muszę to powiedzieć – w latach dziewięćdziesiątych media były bardziej wolne. Piosenki z tak kontrowersyjnej „Wojny plemników” pojawiały się w RMFie, a nawet w telewizyjnej Dwójce. Dziś emisja takich utworów jest niemożliwa, bardziej ze względów komercyjnych niż politycznych. Radio masowe nie chce nikogo urazić i stara się grać jak najbardziej plastikową muzykę, żeby nie mieć problemów z reklamodawcami. To absolutne zaprzeczenie wolności słowa i demokracji, ponieważ wiele kawałków popowych jest zaangażowanych politycznie. Słynny numer „Take me to church” Hoziera, absolutny hit, ma przesłanie antyprawicowe i opowiada o przemocy wobec gejów. Muzyka latynoska jest szalenie polityczna – tam śpiewa się o rewolucji, tylko bardzo wesoło: pijemy tequilę! (W tym momencie Skiba, niczym rasowy latynos, prezentuje spontaniczny układ taneczny – przyp. aut.) U nas uważa się, że piosenka popularna musi być z założenia o niczym – coś w stylu „dziewczyna odeszła, ale zaraz wróci”. Kierownicy muzyczni polskich stacji małpują – sprawdzają, co jest na pierwszych miejscach zagranicznych list przebojów i postanawiają lansować to samo.

W kwestii tej wolności jest znacznie gorzej niż kiedyś?

Może to dziwnie zabrzmi, ale w czasach PRLu niektórzy redaktorzy mieli więcej swobody jeśli chodzi o muzykę. Dochodziło do takich absurdów, że w Polsce hale zapełniała grupa Budgie, która na Zachodzie grała najczęściej w niedużych klubach. Z tym zespołem wiąże się zresztą tragiczna historia – na ich toruńskim koncercie ZOMO spałowało na śmierć jednego z fanów. Za komuny byli prawdziwi redaktorzy muzyczni, jak Marek Wiernik czy Piotr Kaczkowski, którzy mieli ambicję kreowania gustu, choć też nie przeceniałbym aż tak bardzo roli radiowej Trójki.

Kiedy poczułeś, że Big Cyc przestaje być ideologiczną kapelą punkową i zaczyna egzystować już całkowicie jako element mainstreamu? W wywoływanej po raz ostatni do tablicy „Durnej piosence” śpiewaliście przecież: „pozdrowienia od podziemia”...

Na pewno był to 1996 rok, płyta „Z gitarą wśród zwierząt” i nasz największy przebój – „Makumba” – co ciekawe, piosenka antyrasistowska, czyli tak naprawdę polityczna. Grano ją w dyskotekach, ale problem polega na tym, że większość słuchaczy, i nie mówię tu tylko o Polsce, w ogóle nie analizuje zwrotek. W samym refrenie nie ma nic poza skocznym „Makumba ska”, co jeden z dziennikarzy odczytał jako „Makumbaska” – myślał, że to jakiś nowy rodzaj kiełbaski. Zwrotki natomiast zostały podane w zabawnej formie, ale jest w nich przekaz. Przecież słynna piosenka Zakopower, która opowiada o umieraniu, stała się przebojem lata. „Boso” to piękny poetycki tekst, jednak całkowicie niezrozumiany – przez co w dużej mierze stał się wakacyjnym hitem. „Pójdę boso” – więc zapewne na plażę albo na basen.



Słyszałem interpretację, że „pójdę boso” to ulubiony wers komorników. A nie obawiasz się, że poprawność polityczna zabrnęła w tak ślepy zaułek, że „Makumba” w okolicznościach 2018 roku mógłby być odebrany przez lewicowe środowiska jako rasistowski tekst?

Eeee... wkurza mnie ta moda na atakowanie poprawności politycznej. Dziś władza ogłosiła, że można być w Polsce chamem, ćwokiem i pół-debilem i być z tego dumnym. I wielu niestety z tego przyzwolenia korzysta. Tsunami chamstwa zalewa nie tylko internet, ale także konferencje prasowe osób publicznych. Najbardziej drastyczne przypadki to prostackie komentarze i wypowiedzi poseł Krystyny Pawłowicz i posła Dominika Tarczyńskiego ociekające jadem, nienawiścią i więzienno-żulerską gwarą rodem z zakładu poprawczego. Nie życzę sobie, aby ton debaty o Polsce kształtowali ludzie kaleczących język polski więziennym slangiem, a robią to notorycznie publicyści sprzyjający władzy. To metoda znana z Rosji. Putin powie czasem coś w slangu „podwórkowym” czy w kryminalnej gwarze zeków i to jest puszczanie oka do tłumu: „Ja jestem jednym z was. Ja nie jestem elitą”. I to mówi człowiek, którego magazyn Forbes uznaje za prawdopodobnie najbogatszego człowieka na świecie. Takie triki to zwykłe oszustwo. Władza mówi czasem szorstkim językiem ludu, by się ludowi podlizać. To jest dopiero ślepy zaułek! Bo pytanie brzmi „Czy w apologii chamstwa możemy pójść jeszcze dalej?”. Powinno się raczej zawyżać poziom, a nie zaniżać. Kiedyś dla ludzi Oświecenia to było oczywiste. Poprawność polityczna to nic innego jak zachowanie elementarnej kultury i empatii w relacjach z „innymi”. Oczywiście przesadne hołdowanie tej poprawności może prowadzić czasem do sytuacji śmiesznych, tak pewnie byłoby w przypadku piosenki „Makumba” której treść jest antyrasistowska. Satyra powinna być wolna od wszelkich tego typu ograniczeń.

Skoro poruszyliśmy temat płyty „Z gitarą wśród zwierząt”, to przypomniał mi się pastisz Krzysztofa Krawczyka w utworze „Będę śpiewał tylko ja”. Czy po przekroczeniu pięćdziesiątki bliżej Ci do punk rocka, czy jednak wyśmiewanego dwadzieścia lat temu polskiego Pablo Escobara?

Wbrew pozorom, nasza ostatnia płyta z 2016 roku – „Czarne słońce narodu” – jest nawiązaniem do korzeni punkowych i publicystyki. Nie jesteśmy w stanie cały czas podejmować podobnych tematów – to zresztą idzie falami i nie jest oparte na żadnej strategii. Tworzenie muzyki nie działa w ten sposób, że bierzesz kartkę papieru, długopis, i tworzysz komercyjny przebój. „Nie wierzcie elektrykom” czy „Wojna plemników” były bardzo politycznymi albumami. Mało kto zwrócił uwagę na oparte na podobnych tematach „Szambo i perfumerię” z 2009 roku – moim zdaniem naprawdę dobry materiał. Ciekawostka – Paweł Kukiz odmówił gościnnego udziału w tytułowym utworze, w którym padało słowo „platfusy” – nie chciał śpiewać w ten sposób o swoich ówczesnych kolegach. A wracając do pytania – jeżeli zakładaliśmy złote marynary, to tylko, żeby obśmiać estradę i estetykę której symbolem dawno temu był u nas Krzysztof Krawczyk, a dziś pewnie Zenek Martyniuk lub ktoś podobny. Kurt Cobain też wcale nie chciał być gwiazdą – był punkiem, który nagle miał na koncie dwadzieścia milionów dolarów. Nawet jeśli jesteś nadal tą samą osobą, to ludzie mogą cię zupełnie inaczej odbierać.

Wielu polskich artystów narzeka na swój status materialny. Jak wygląda to w kwestii Big Cyca?

W Polsce nie ma szans na jakieś fortuny z grania muzyki, bo w porównaniu z Zachodem to jednak mały rynek. W mediach, a szczególnie na portalach plotkarskich krąży na ten temat wiele mitów. Najwięcej w tej branży zarobił chyba Michał Wiśniewski z zespołem Ich Troje. Całkiem niedawno Michał ogłosił bankructwo, więc jak widać, słodko nie jest. Muzycy Big Cyca nie są klientami pomocy społecznej ale daleko nam do krezusów. Nas, ze względu na kontrowersje, omijały kontrakty reklamowe. Przez wielu organizatorów jesteśmy postrzegani jako zespół, który ma ostre polityczne piosenki i w związku z tym boją się nas zapraszać. To rodzaj cenzury ekonomicznej. Takie praktyki odbijają się dotkliwie na naszych portfelach. Bywało, że organizator odwoływał nasze koncerty pod naciskiem władz. Trudno mówić w takich sytuacjach o wolności artystycznej, którą przecież gwarantuje nam konstytucja. Zdarza się, że niczym w PRLu jesteśmy proszeni o wysłanie listy piosenek – na występach masowych unikamy utworów politycznych, z wyjątkiem „Viva San Escobar” i „Antoni wzywa do broni”.

Nawiązałeś do numeru „Viva San Escobar” będącym szpilką wbitą byłemu ministrowi spraw zagranicznych, Witoldowi Waszczykowskiemu. Zwolnienie Jarka Janiszewskiego, wokalisty Czarno Czarnych i Bielizny, który zaprezentował ten utwór w swojej audycji w Radiu Gdańsk to rzeczywiście ostrzeżenie dla innych?

Jeżeli facet po siedmiu latach prowadzenia audycji muzycznej jest zwolniony ze względu na trzyminutową piosenkę wyemitowaną o godzinie 23:30, to wnioski są oczywiste. Jeśli ja miałbym kogoś zwolnić, powiedziałbym mu to w oczy. Jarek o zakończeniu współpracy dowiedział się od kogoś na korytarzu. To ewidentny sygnał, a zarazem chamstwo i tchórzostwo, ponieważ nie pozwolono mu nawet pożegnać się ze słuchaczami.



Big Cyc na falach radiowych pojawia się dziś raczej rzadko?

Prawie w ogóle nas nie ma w radiu państwowym – Jedynka puszczała kiedyś klasykę: „Berlin Zachodni”, „Balladę o smutnym skinie”, dziś nawet tego nie da się usłyszeć na falach eteru. Za komuny często udawano, że niektórzy twórcy w ogóle nie istnieją – o Czesławie Miłoszu nie mówiło się ani dobrze, ani nawet źle. Absolutnie nie zamierzam porównywać się z wybitnym noblistą, ale mechanizm jest podobny.

Czy w Polsce jest cenzura? Albo raczej – jak dużo jej jest?

Producent napoju gazowanego nigdy nie będzie reklamował się przy pomocy zespołu, który z założenia jest kontrowersyjny. Ja to rozumiem, zresztą nigdy nie tęskniliśmy do tego rodzaju historii. Ale zdarzyło się nawet, że rektor pewnej uczelni zagroził, że jeśli Big Cyc wystąpi na Juwenaliach, nie da pieniędzy na tę imprezę – i to właśnie jest cenzura ekonomiczna.

W 1999 pokazałeś na scenie tyłek ówczesnemu premierowi, Jerzemu Buzkowi. Jak patrzysz na to dziś – czy to skuteczny rodzaj protestu? Jeśli tak, to kto aktualnie najbardziej zasługuje na zobaczenie bladej dupy?

Jest bardzo długa lista osób, które by na to zasługiwały. To jednak był happening, czyli wydarzenie jednorazowe i nie mam zamiaru robić z tego serialu. Kiedyś, pół żartem pół serio, powiedziałem, że dla telewizji jestem o tyle bezpieczny, że ściągniecie gaci mam już odhaczone – wielu ma natomiast to jeszcze przed sobą. Czekam tylko, aż na sali sejmowej któryś poseł nie wytrzyma i zdejmie majtki. Napięcie tam jest tak duże i ludzie naprawdę dziwnie się zachowują – zebrało się tam tylu wariatów, że straż marszałkowska powinna w apteczce nosić zastrzyki przeciwko wściekliźnie. Ale nie jestem szczególnie dumny z tej akcji, miałem znacznie lepsze happeningi. Należy jednak pamiętać, że to było pokazanie tyłka na życzenie publiczności – było głosowanie, czy mam pokazać kolano, czy dupę i to nie moja wina, że ludzie tak wybrali. Potem pojawiła się krytyka, że miałem zbyt blade cztery litery i powinienem pójść do solarium, ale to miała być zabawna kara dla premiera, rockandrollowy wygłup.



Jak ma się występ na mocno politycznych wiecach KODu do słów „nie wierzę politykom” w utworze „Mejk lof not łor”? To może wyglądać jak niezamierzona autoironia – ruchy polityczne dość mocno zawłaszczyły mówienie o wolności.

Zagraliśmy na trzech dużych wiecach opozycyjnych – specjalnie nie używam tu nazwy KOD, ponieważ pojawili tam przedstawiciele różnych sił antyrządowych. Nadal aktualne jest stare hasło „Wszystkie ręce na pokład”. Istnieje realne zagrożenie demokracji i przekształcenie Polski w drugą Białoruś, kierunek jest oczywisty, a rosyjska piąta kolumna ma się w naszym kraju bardzo dobrze. Nie wszyscy są tego świadomi, dlatego trzeba protestować i występować – nieważne, czy na takim wiecu, czy na innym. Oprócz nas grała tam Kobranocka, Lech Janerka, Maleńczuk, Tymon Tymański, pojawili się też cenieni przeze mnie aktorzy, jak Krystyna Janda czy Maciej Stuhr. To, jak widać, nie tylko zaangażowanie Big Cyca, ale też innych artystów z naszego pokolenia. Nie widzę w tym niczego złego, a tym bardziej przyklejania sobie legitymacji partyjnej do czoła. Artysta opowiadający się za konkretną opcją polityczną dla jej przeciwników staje się niewiarygodny, natomiast w tym przypadku było to opowiedzenie się za konkretnymi wartościami. Big Cyc do dziś ma w umowie zapis, że w trakcie naszego koncertu nie mogą wisieć na scenie symbole polityczne, co często zdarzało się chociażby w trakcie dni miast.

Skoro weszliśmy na grząski polityczny grunt – kiedy w Polsce zostanie zalegalizowana marihuana?

Ostatnio w Kanadzie zalegalizowano marihuanę – nie tylko lecznicą, ale i rekreacyjną. Tam jest świetny premier, Justin Trudeau. Moim zdaniem u nas powinno być podobnie, ale ani PiS, ani PO raczej się za to nie zabiorą. Nie jestem lekarzem, ale warto zacząć chociażby od olejów konopnych, które pomagają w walce z rakiem. Miałem kolegę chorego na nowotwór trzustki, któremu lekarze dawali pół roku życia. On natomiast dzięki nielegalnie sprowadzonemu olejowi przeżył jeszcze dwa lata. Kiedy umierasz, każdy miesiąc jest istotny. U nas trawka kojarzy się z reggae i kolesiem z dredami, natomiast powinniśmy w dyskusji publicznej zejść z poziomu żartu. Gdy w Polsce mówi się o marihuanie, to najczęściej w kontekście antynarkotykowej propagandy lub kabaretowego żartu – jak choćby skecze mówiące o tym, że ksiądz pomylił kadzidło z gandzią i wierni się upalili. A to nie o to chodzi.

Satyra w stylu „Ucha prezesa” może być równie ostra co „Nie wierzcie elektrykom”?

Trudno porównywać te rodzaje satyry, jednak ja jestem wielkim fanem „Ucha Prezesa”. To świetny komediowy serial, którego gratuluję Robertowi Górskiemu. Ludzie przyzwyczaili się do kabaretów, a „Ucho” to nieco wyższy poziom żartu. Tutaj momentami jest i śmiesznie i bardzo gorzko, jak w odcinku z Ojcem Dyrektorem. Satyrycy mówią dziś niejednokrotnie poważniejsze rzeczy niż politycy. Jako naród zagubiliśmy gdzieś ironię, lekkość i dowcip. Jest to widoczne szczególnie w Internecie. Ludzie nafaszerowani propagandą z obu stron nie odczytują już sarkazmu i wszystko biorą na serio. Karykatura polega na wyśmiewaniu poprzez wyolbrzymianie. Mamy taki cyrk, że mało kto dziś potrafi to wyłapać. W PRLu propaganda była siermiężna, i ludzie nauczyli się czytać między wierszami – wystarczy posłuchać chociażby piosenek Młynarskiego czy Wysockiego. Dziś gdy Krystyna Pawłowicz albo Stefan Niesiołowski codziennie rzucają słownymi siekierami to odbiorcom siada wrażliwość, a czytanie między wierszami traci sens.



Jak można wywnioskować, nie przepadasz za polskimi kabaretami?

Facet nakłada perukę – co sam zresztą wielokrotnie robiłem – i potem jest bardzo śmiesznie, bo chłop rozmawia z babą mówiącą głupim głosem, która na końcu też okazuje się chłopem. Sto podobnych żartów moglibyśmy wymyślić teraz przy piwku – on chce wyjść z kolegami, ona go nie puszcza, on udaje, że idzie remontować samochód... A jeśli na koniec padnie słowo „kurwa”, to publiczność w ogóle ryczy ze śmiechu. To oczywiście uproszczenie, ale taki nurt kabaretu się podoba. Są jednak ekipy, które cenię – na przykład Kabaret Młodych Panów, Kabaret Jurki, Kabaret Hrabi, Kabaret Skeczów Meczących czy Łowcy.B.

Oglądasz „Świat według Kiepskich”? To nadal zabawny serial?

Zrobiono kiedyś badania i okazało się, że "Kiepskich" ogląda zaskakująco wiele osób z wyższym wykształceniem. Tam jest sporo dowcipu absurdalnego. Z telewizora może nagle wyskoczyć Supermen czy Rambo, a sam Ferdek Kiepski polecieć krzesłem na księżyc. Bohaterem serialu jest dość patologiczna zbiorowość, a ludzie prości nie lubią siebie oglądać na ekranie. Wolą seriale o kłopotach miłosnych bogaczy takie jak słynna „Dynastia” czy „Moda na sukces”. Bez wiedzy, oczytania i wrażliwości ciężko też odczytywać dowcipy absurdalne. To fenomen, że serial „Świat według Kiepskich” utrzymuje się na antenie przez tyle lat. Nie byłoby takiego wyniku, gdyby nie świetne aktorstwo Andrzeja Grabowskiego, Ryszarda Kotysa, Dariusz Gnatowskiego, Marzeny Kipiel Sztuki i wielu innych. To chyba jeden z najdłuższych sitcomów na świecie. Wyprodukowano już ponad 500 odcinków. Ja w ogóle rzadko oglądam telewizje, więc Kiepskich nie śledzę już tak pilnie jak kiedyś, ale co ciekawe ostatnio cały zespół Big Cyc pojawił się w jednym z odcinków w którym oczywiście zagraliśmy... siebie. To także normalne, że pewna formuła żartu, konwencji po latach się wyczerpuje i nie jest już tak nośna, ale Kiepscy dają radę. Słynny „13 Posterunek” z Cezarym Pazurą skończył się o wiele szybciej.

Dwadzieścia lat temu Big Cyc stał się szerzej rozpoznawalny także dzięki prześmiewczemu utworowi o Shazzie. Niedawno wystąpiłeś w teledysku grupy Coolers grającej bardzo zbliżony rodzaj muzyki. Nie miałeś wątpliwości?

Coolers to moi koledzy, którzy są muzykami Norbiego i nie grają disco polo, bardziej klimaty, które udają polski dance. Zostałem przez nich zaproszony do odegrania roli gangstera z cygarem w teledysku. Spodobał mi się scenariusz – akcja w kasynie, rozbicie banku. Zawsze chciałem wcielić się w taką postać, a muzyka była w tym przypadku drugoplanowa. Nie ma to jednak nic wspólnego z Shazzą. Na potrzeby kabaretu wielokrotnie wcześniej się przebieraliśmy, chociażby w Lalamido. Big Cyc jest w tej dobrej sytuacji, że graliśmy dużo parodii i mogliśmy przywdziewać różne kostiumy. Często dla żartu i zgrywy eksperymentowaliśmy z różnymi gatunkami muzycznymi – traktuję to jako swojego rodzaju happening. Lubimy przekraczać granice. Od lat namawiam kolegów, żeby nagrać klasyczne disco polo, ale bronią się przed tym rękami i nogami.



Wiele osób, które pierwszy raz widzi koncert Big Cyca dziwi się, że to nie Ty, a basista Dżej Dżej jest głównym wokalistą grupy. Jak wygląda podział odpowiedzialności w zespole? Aktualnie to właśnie Jacek jest głównym tekściarzem.

Na pierwszych pięciu płytach teksty były moje, ale przecież nie mogę zabraniać nikomu rozwoju. Dżej Dżej, który wcześniej odpowiadał za muzykę, odkrył w sobie żyłkę autora tekstów, choć ostatni nasz hit czyli „Antoni wzywa do broni” to akurat moje słowa. Zazwyczaj pracowaliśmy dość nietypowo – najpierw dostarczałem materiał, a Jacek szukał w nim klucza muzycznego – było tak chociażby z „Makumbą”. Role w kapeli rozdzielone są od dawna, zmieniają się tylko akcenty – ja jestem bardziej showmanem-komikiem, szamanem sceny bardziej niż wokalistą, choć w wielu utworach mam też wstawki wokalne, chłopaki jednak proszą akustyka o ściszanie mojego wokalu, bo często fałszuję. Ludzie często czekają na zabawne słowo pomiędzy piosenkami, więc ja zawsze staram się głosić tę „dobrą nowinę”. Te działania sceniczne to takie akcenty Pomarańczowej Alternatywy w naszym show.



Czy – muzycznie – wolisz swoje czasy z włosami, czy te bez? Wartościujesz nowe i stare rzeczy Big Cyca?

Jeżeli mężczyzna nie traci włosów, to znaczy, że coś jest nie tak z jego wątrobą. Jestem artystą spełnionym i nie podniecam się starą twórczością, idę do przodu. Czasami z zaskoczenia usłyszę gdzieś Big Cyca sprzed ponad dwudziestu lat, ale to wszystko. Niektórzy muzycy są uciążliwi dla najbliższych i zmuszają ich do życia swoją twórczością. Moja rodzina nawet nie wie, czy nagrywam akurat jakąś płytę lub program. To stało się tak oczywiste i normalne, że czasami nawet gdy mówię, że pojawię się na ekranie, to o tym zapominają. Ostatnio moja wnuczka zobaczyła mnie w telewizji i powiedziała tylko „o, dziadek Ksyś” – to dla niej całkowicie naturalne.

„Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma” – czy często możesz się utożsamić ze słowami piosenki Kalibra 44?

Zapomniany bard Jan Krzysztof Kelus powiedział kiedyś, że dawniej do niego piosenki przychodziły, a po pięćdziesiątce to się skończyło. U mnie sytuacja wygląda podobnie. „Antoni wzywa do broni” pojawił się w mojej głowie naturalnie – jak w czasach, gdy miałem dziewiętnaście lat. Wystarczyło tylko usłyszeć jedną z wypowiedzi ówczesnego ministra obrony narodowej...

A wyobrażasz sobie pracę jako autor tekstów? Skiba – punkowy Jacek Cygan...

Nie potrafię pisać dla innych. Miałem kilka takich propozycji. „Napisz tekst o niczym: śmieszny, ale nie za śmieszny, smutny, ale nie za smutny” – to jednak tak nie działa. Cały czas trzymam się punkowego pisania dla siebie. Nie wyobrażam sobie chociażby Krzysztofa Grabowskiego, autora tekstów i perkusistę Dezertera, piszącego na przykład dla Korteza. Ale Kasia Nosowska to potrafi.

Liczby wyświetleń singla „Czarne Słońce” nie powalają, delikatnie mówiąc. Od listopada 2016 roku numer zanotował 374 tysięcy wyświetleń, z czego zaledwie trzy tysiące łapek w górę. Można postawić tezę, że Big Cyc traci rząd dusz?

„Antoni...” ma ponad 2,5 miliona wyświetleń – podobny wynik wykręciło zbliżone tematycznie „Fajnie” Maleńczuka. W przypadku „Czarnego słońca” możemy mówić o syndromie drugiego singla. I nie pomoże tu nawet ładniejszy, lepiej dopracowany teledysk. Żyjemy w kulturze homogenicznej, gdzie wszystkiego jest pełno. Jeśli ktoś dawniej pojawiał się w telewizji, od razu znała go cała Polska. Ja dzisiaj nie kojarzę 80% postaci z Pudelka – jakieś pogodynki pojawiające się na bankietach bez majtek czy z nowym narzeczonym, no ludzie! Ale jest coś w tym, że nie jesteśmy specjalnymi autorytetami dla młodzieży, która ma przecież swoich pokoleniowych idoli. Z brzuchem i pięćdziesiątką na karku nie jestem wiarygodny dla dziewiętnastolatków. Ale młodzież przychodzi na nasze koncerty – czasami aż się dziwię, że znają „Balladę o smutnym skinie”.



Jest dziś jakiś nowy zespół, który wszedłby w buty Big Cyca?

Było wiele zespołów, które próbowały nas naśladować. Wszystkie pociągnęły zaledwie kilka lat i się rozpadły. Trzeba mieć w sobie sporo determinacji, odwagi, pomysłów i świeżości, aby przetrwać na tym rynku, a najgorszym pomysłem może być naśladowanie czyjegoś stylu. Odradzam wchodzenie w czyjeś buty. Pewnie w piwnicach gra trochę młodych kapel rockowych, które mają ten nasz gen buntu w sobie połączony z rockandrollową beczką śmiechu. Ale muszą to zrobić absolutnie „po swojemu” i pewnie robią.

Media unikają grania polskiej muzyki?

Ostatnio byłem w Czechach i w aucie z ciekawości włączyłem radio – proporcje były znacznie na korzyść utworów naszych południowych sąsiadów. U nas jest zupełnie odwrotnie. To chyba bierze się z kompleksów narodowych – w Hiszpanii czy Grecji słucha się piosenek nagrywanych przez lokalnych artystów i nikt się tego nie wstydzi, natomiast wielu polskich dziennikarzy opisując polski rock pisze o „agrorocku”. A przecież amerykanie są dumni z country, co wielu utożsamia z wiochą.

Jak wspominasz jedzenie podatków z Korwinem? Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z faktu, że kontrowersyjny polityk w muszce wystąpił w utworze „Stop podatki!” z płyty „Wąchole”, a w ramach protestu urządziliście sobie „wielkie żarcie”.

To było bardzo bojowa akcja, ale też bardzo dobrze przygotowana – stół, elegancki obrus, solniczka, pieprzniczka. Zeżarłem ze cztery kartki, aż poczułem skup makulatury w gardle. Korwin zbytnio się nie objadał – po połówce PITa stwierdził, że jest post i tyle wystarczy. Ten protest spodobał się i anarchistom, i prawicowcom. To był sprzeciw wobec państwa narzucającego nam bezsensowne reguły. Porównywałem to z kontrkulturowym paleniem biustonoszy przez feministki czy darciem kart powołania do wojska w latach sześćdziesiątych. Korwin podsumował to bardzo zabawnie i trafnie: „Proszę państwa, to nie są żadne jaja, to poważna akcja polityczna. Jaja są za nami”. Znajdowaliśmy się akurat przed Ministerstwem Finansów zarządzanym przez profesora Balcerowicza.

A propos jedzenia niezbyt typowych rzeczy – na łamach „Machiny” razem z Kasią Nosowską i Muńkiem Staszczykiem konsumowałeś karmę dla zwierząt. Z jakimi polskimi artystami zjadłbyś dziś psie żarcie?

To była bardzo wyrafinowana artystycznie demonstracja, którą wymyślił Paweł Dunin-Wąsowicz – po raz kolejny mogę mówić tu o happeningu. Założenie artykułu było takie, że sztuka schodzi na psy i my, symbolicznie, jako przedstawiciele sztuki, zjedliśmy karmę dla zwierząt. To było po prostu mięso, więc tak naprawdę nic strasznego. Obok psiego żarcia była tam też bardzo śmierdząca karma dla kotów – dawałem pięćdziesiąt złotych za zjedzenie tego – i Muniek okazał się jedynym odważnym. A z kim dziś bym zjadł psie żarcie? Raper Sobota to bardzo fajny koleś, oprócz tego Maleńczuk, Kobra, Tymon Tymański czy Lech Janerka – myślę głównie o ludziach ze swojego pokolenia. Z Janerką zresztą wiążę się anegdotka – założyciel grupy Klaus Mitffoch powiedział mi kiedyś: „Skiba, ja nie piję, ale dla ciebie zrobię wyjątek”. To spore wyróżnienie, miło usłyszeć coś takiego od autorytetu.

To który z polskich muzyków jest najzabawniejszy?

Nie jest ich wielu, bo polscy muzycy chcą być „poważni” i traktowani serio jak pomnik Witosa, dzieła Chopina czy przemówienia Kaczyńskiego. Czesław Mozil to niezły aparat i facet z fantastycznym poczuciem humoru także na swój temat. Zawsze tryskają humorem ludzie tacy jak Tymon Tymański, Jarek Janiszewski, Jacek „Dżej Dżej” Jedrzejak, Norbi czy K.A.S.A.. Najzabawniejszy jest dla mnie jednak nestor kabaretu – Jan Pietrzak, który pod koniec życia zgubił gdzieś estetyczną busolę i nie zauważył, że przestał być śmieszny, a stał się żałosny, czego dowodem jego ciężkie jak ołów polityczne komentarze.

Czujesz, że system widzi w Tobie wroga?

Dzięki PiSowi i sytuacji w Polsce mogłem wrócić do czasów młodości. Na konferencji prasowej wypowiadał się o Big Cycu minister Błaszczak, który nic nie mówi o Varius Manx, Margaret czy Sylwii Grzeszczak. To świadczy o tym, że jednak jesteśmy istotni. Telewizja Republika zrobiła na mój temat program „Kulisy Manipulacji”, bardzo zabawny zresztą. To mi się kojarzy z propagandą lat pięćdziesiątych. Najgorsza jest obojętność w odbiorze sztuki – ani jej nie krytykują, ani jej nie chwalą – liczysz wtedy, żeby chociaż kogoś wkurzyła. Artysta powinien budzić emocje – pozytywne lub negatywne.

Dziękujemy zatem za rozmowę i życzymy powodzenia w dalszej walce na barykadzie rokędrola!

Dzięki!

---

Jeśli chcecie poczytać więcej o Big Cycu i jego politycznych przebojach w dawniejszych dziejach, to zerknijcie do tego artykułu - "Stare piosenki Big Cyca, czyli jak słodko było zostać świrem".

Oglądany: 31260x | Komentarzy: 91 | Okejek: 300 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało