Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zabijanie gołębi, duszenie kobiet i wciąganie ton koksu - czyli garść ciekawostek o Black Sabbath

47 478  
191   47  
Każdy szanujący się metalowiec swoją przygodę z ciężką muzyką zaczyna od klasyki. Czyli od Bacha. Potem słucha Beatlesów, a następnie na warsztat bierze kilku nieco wyleniałych krzykaczy, którzy pół wieku temu rozgrzali kotły w metalowej machinie. Jednymi z tych żywych skamielin są muzycy legendarnej grupy Black Sabbath. Dziś oddamy twórcom „Paranoid” hołd i przedstawimy wam kilka przyrdzewiałych ciekawostek na temat tych protoplastów przysadzistego łojenia.



Skąd ta nazwa?

Zaczęło się od nazwy pudru, którego używała matka Ozzy’ego. Założony w 1968 roku Polka Tulk Blues Band był pierwszym zespołem, w którym spotkali się Tony Iommi, Geezer Butler, Bill Ward i Ozzy Osbourne. Panowie wcześniej zastanawiali się czy nie zaczerpnąć inspiracji z pewnej margaryny i nie ochrzcić się mianem Blue Band Margarine. Niedługo później przemianowali się Earth i pod tą właśnie nazwą nagrali pierwsze demówki. A potem… zespół prawie się rozpadł. Iommi pożegnał się z kumplami i przyjął propozycję grania z Jethro Tull.


I pewnie tu by się skończyła historia „Czarnego Sabatu”, gdyby nie despotyczny charakter wokalisty Jethro Tull – Iana Andersona. Tony nie mógł znieść jego zachowania i dwa tygodnie później wrócił do Ozzy’ego i spółki. W międzyczasie okazało się, że istnieje już inna grupa o nazwie Earth, więc panowie przechrzcili się na Black Sabbath. Podobno inspiracją dla tego miana był plakat reklamujący pewien leciwy horror z Borisem Karloffem.


Inna teoria mówi, że grupa zainspirowała się amerykańskim zespołem Coven, który znany był z przemycania w swojej twórczości mocno okultystycznych tekstów. Jeden z kawałków tej formacji to właśnie „Black Sabbath”, a na gitarze basowej wymiatał niejaki… Oz Osborne.


Gitarzysta bez palców


Zanim Iommi zdecydował się na rozwijanie swej muzycznej kariery, pracował jako spawacz. Robotę w branży metalurgicznej przerwał mu wypadek. Kiedy pierwszy raz przyszło mu obsługiwać prasę hydrauliczną, ta zmiażdżyła mu dwa opuszki palców prawej ręki. „Wepchnąłem metal do maszyny, a ta z hukiem posiekała mi paluchy. Krew była dosłownie wszędzie a z kikutów sterczały mi kości…” - wspominał potem Iommi w wywiadach. Od tego czasu gitarzysta nosi na "niekompletnych" palcach specjalne nakładki, które ułatwiają mu grę na ukochanym instrumencie.



W oparach zielonej używki


Jak każda szanująca się, legendarna grupa rockowa, także i Black Sabbath znany był z tego, że jego członkowie nie odmawiają sobie wszelkiej maści psychoaktywnych wspomagaczy. Ozzy i jego kumple mieli okres, w którym na potęgę palili trawkę i swoją miłość do tej używki postanowili zamanifestować kawałkiem „Sweet Leaf”, który znalazł się na trzecim albumie grupy. Kompozycję otwiera… kaszel Tony’ego. Artysta rozpalał właśnie skręta podanego mu przez wokalistę, a dym okazał się wyjątkowo drapiący w gardło. Natomiast sama nazwa utworu zainspirowana została sloganem podpatrzonym na opakowaniu pewnych irlandzkich papierosów. „It’s the sweet leaf” - głosiła reklama.


Inną ulubioną używką muzyków była kokaina. W 1972 roku, nagrywając czwarty album, artyści wydali na ten narkotyk 75 tysięcy dolarów (po uwzględnieniu inflacji, dziś byłaby to kwota rzędu ponad 400 tysięcy dolców!).


Jeden z największych hitów zespołu miał być tylko wypełniaczem pomiędzy kawałkami

Drugi album grupy pierwotnie zwać się miał „War Pigs”, jednak zespół bał się, że ta nazwa może zostać odczytana, jako antywojenny manifest – co wcale nie było intencją autorów. Tymczasem okazało się, że muzycy nagrali za mało kompozycji i brakuje jakiegoś krótkiego „wypełniacza”, który można by było upchnąć między utworami.


W ciągu 25 minut artyści w pośpiechu skomponowali nowy numer i napisali tekst, a dwie godziny później został on zarejestrowany i gotowy do publikacji. Tak powstał „Paranoid” - jeden z największych hitów zespołu. Przy okazji jego tytuł stał się też nazwą albumu.



Okrucieństwo wobec zwierząt

O tym, że Ozzy odgryzł głowę nietoperzowi, podczas jednego z występów, wie chyba każdy. Jednak na tym wybryku wcale się nie skończyło. A właściwie to historia z uśmiercaniem zwierząt przez wokalistę Black Sabbath zaczęła się o wiele wcześniej.

Zanim Osbourne zaczął śpiewać, jeszcze jako nastolatek, przez jakiś czas pracował w ubojni bydła, gdzie do jego obowiązków należało zabijanie krów. Swoją zmianę kończył ufajdany od stóp do głów w krwi i wnętrznościach.

Innym razem, na spotkaniu z przedstawicielami CBS Records, Ozzy pojawił się z gołębiem, któremu następnie odgryzł głowę i wypluł ją na stół. Całe pomieszczenie szybko pokryło się krwią i odchodami. W końcu, któryś z przedstawicieli firmy nagraniowej krzyknął „Zabierzcie stąd to zwierzę!”. Ochroniarze zareagowali błyskawicznie i… wyrzucili Ozzyego za drzwi. Kontrakt został ostatecznie podpisany.


Podczas występów promujących solowy album pt. „Diary of a Madman” Osbourne zwykł używać katapulty do ciskania krwistymi kawałkami mięsa w publiczność. Zachwyceni dziwnym zwyczajem swojego idola fani jego muzyki przychodzili na koncerty ze szczątkami zabitych zwierząt. Podobno najbardziej gorliwy miłośnik twórczości Ozzyego przytaszczył na jego występ wielki łeb wołu.

Wokalista miał też pewien konflikt z kotami. Kiedy jeszcze mieszkał razem ze swoją pierwszą żoną - Thelmą, posiadał sporo drogich samochodów. Pewnego dnia zobaczył ślady pazurów na masce jednego z wozów. Niewiele myśląc, wziął strzelbę i w morderczym szale ustrzelił tyle sierściuchów, ile tylko się dało.


Iron Man!

Słysząc riff do kawałka ochrzczonego potem jako „Iron Man”, Ozzy stwierdził, że brzmi to, jak „dźwięk kroków jakiegoś wielkiego, stalowego gościa”. Basista Geezer Butler od razu chwycił za kartkę i napisał tekst do tego utworu. Była to historia człowieka, który za pomocą maszyny czasu przenosi się do przyszłości, gdzie jest świadkiem apokalipsy. Kiedy wraca do domu, okazuje się, że działanie pola magnetycznego zamienia go w stalowego potwora. Pozbawiony głosu, nie potrafi przekazać ludziom ostrzeżenia dotyczącego zbliżającej się zagłady. Sfrustrowany, popada w szaleństwo i zaczyna siać destrukcję, gdzie tylko się pojawi.

Tak, to całkiem idiotyczne… Ale za to jak zajebiście brzmi!



Kto ściągnął do zespołu Ronniego Jamesa Dio?

W 1979 roku wokalista na dłużej opuścił swoją macierzystą grupę. Rok wcześniej jednak już raz to zrobił. Wówczas na jego miejsce wskoczył Dave Walker, znany dotychczas z kapeli Savoy Brown. Zespół zdążył pojawić się w nowym składzie podczas występu w pewnym programie telewizyjnym. Niedługo potem Ozzy wrócił do grania ze swoimi kumplami i razem zaczęli myśleć nad nowym materiałem. Praca była dość ciężka, bo wszyscy członkowie Black Sabbath zażywali wówczas ogromne ilości alkoholu i narkotyków. O ile reszta grupy potrafiła połączyć imprezowanie z tworzeniem muzyki, to już Osbourne nie był w stanie nic zaśpiewać, bo regularnie chodził napruty do nieprzytomności. Ostatecznie, poddani presji wydawcy, muzycy zdecydowali się wykopać Ozzy’ego z zespołu.


Trzeba było szybko znaleźć zastępstwo dla wokalisty. Z pomocą przyszła Sharon Arden – córka menadżera grupy. Zaproponowała ona, aby za mikrofonem stanął Ronnie James Dio, artysta znany z Rainbow. I tak też się stało. Mając na pokładzie tego znakomitego muzyka, Black Sabbath zupełnie zmieniło brzmienie. A wszystko to dzięki pomysłowi… przyszłej żony Osbourne’a!



Iommi prawie zamordował swoją dziewczynę


Przez jakiś czas Iommi spotykał się z rockową piosenkarką – Litą Ford. Dziewczyna zakochana była w gitarzyście od czasów, kiedy jako trzynastolatka po raz pierwszy poszła na koncert. Był to oczywiście występ Black Sabbath. W okresie płomiennego romansu, Tony wciągał olbrzymie ilości koksu, co powodowało u niego częste wybuchy agresji. Podczas jednej z kłótni, artysta zaczął dusić swoją dziewczynę tak mocno, że ta straciła przytomność. W chwili gdy ją odzyskała, zobaczyła Iommiego stojącego nad nią z wielkim krzesłem w dłoniach. Gdyby nie błyskawiczna reakcja Lity, gitarzysta roztrzaskałby ciężki mebel na jej głowie. Po tym incydencie dziewczyna zerwała z Tonym kontakt.


Nie wiadomo czy to w ramach zemsty niedługo potem wraz z byłym wokalistą Black Sabbath, nagrała jedną z najlepszych rockowych ballad - „Close my eyes forever”.



Wszyscy członkowie oryginalnego składu żyją!

Osbourne na dobre wrócił do występów ze swymi kolegami dopiero w 2011 roku i razem z nimi nagrał dziewiętnasty album w karierze zespołu. Jedynym członkiem pierwotnego składu, który odmówił współpracy był perkusista Bill Ward.

Wszyscy oryginalni członkowie Black Sabbath, mimo lat ćpania, wypicia morza alkoholu i bzykania się z „wenerycznie podejrzanymi” groupies (w latach 80. Ozzy tak bardzo wystraszył się AIDS, że postanowił przestać zdradzać z nimi swoją żonę!) żyją i mają się dość dobrze. Niedawno zespół zagrał swoją pożegnalną trasę. Czy to koniec legendy? Cóż – Ozzy i Iommi już teraz snują plany reaktywacji grupy i wspólnego zagrania na otwarciu Igrzysk Wspólnoty Narodów w 2022 roku!



Źródła: 1, 2, 3, 4, 5

Oglądany: 47478x | Komentarzy: 47 | Okejek: 191 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało