Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Pojedynek słowny z upierdliwą strażą miejską, trochę świntuszenia i inne anonimowe opowieści

55 251  
231   33  
W tym odcinku m.in. prawdziwa niespodzianka w jajeczku, spotkanie z ekshibicjonistą, robienie obiadu dla teściów oraz bliskie spotkania trzeciego stopnia ze strażą miejską.



To było w moich czasach studenckich, kilka lat temu. Kolega miał urodziny i robił u siebie w kawalerce dziką imprezę. Wiadomo – głupio przyjść z pustymi rękoma, więc każdy ogarnął jakiś prezent. Najczęściej zapakowaną w szklaną butelkę przezroczystą ciecz o właściwościach znacznie wpływających na odbiór grawitacji u ją spożywających.
Jeden z kolegów postawił jednak na oryginalność i zamiast przynosić na balangę wódę, postanowił podarować solenizantowi porcyjkę przedniej jakości marihuany. A żeby było śmiesznie, woreczek z suszem umieścił wewnątrz jajeczka z niespodzianką. Zadbał o to, aby nie było znać, że łakoć był otwierany. Prezent został wręczony i wylądował gdzieś w kącie.

Szybko o nim zapomnieliśmy i rzuciliśmy się w wir imprezowych ekscesów.
Następnego dnia pan domu obudził się ze straszliwym kacem. Zebrał się więc do kupy i podjął decyzję o wyprawie do osiedlowego sklepu pani Jadzi. W przedpokoju znalazł jajeczko z niespodzianką. Obejrzał je dokładnie i uznał, że nic mu po takim podarunku – słodyczy przecież nie je, a zabawkami przestał się bawić gdzieś na etapie berka. Wziął więc jajo i postanowił zrobić coś dobrego. Jak sam potem mówił „Jakiś dzieciak będzie szczęśliwy, a pani Jadzia sobie zarobi”. Położył swój prezent między innymi jajeczkami na półce sklepu, zrobił zakupy i wrócił do domu leczyć ból makówki.

Właściwie nikt by o sprawie nie pamiętał, gdyby nie awantura, która wybuchła dwa tygodnie później. Jakiś facet kupił dziecku jajko z niespodzianką, małolat spałaszował czekoladę, otworzył pomarańczową kapsułkę, a tam niespodzianka z prawdziwego zdarzenia – najlepsze zielsko w mieście, holenderski skun! Wezwana została policja, pani Jadzia trafiła na kilkanaście godzin do komisariatu, gdzie była przesłuchiwana, policja wpadła do sklepu otwierać konserwy z fasolką i sprawdzać, czy wewnątrz nie ma przypadkiem kolumbijskiej koki…

Temat podłapały brukowce, które przez tydzień wałkowały wątek przemytu narkotyków ukrytych w produktach firmy Kinder. Na szczęście sprawa rozeszła się po kościach, nie znaleziono żadnych innych trefnych jajeczek, pani Jadzia nie usłyszała zarzutów, a jedynym pozytywnym efektem całego zamieszania był nagły wzrost zainteresowania jajeczkami z niespodzianką w osiedlowym sklepiku. Przez dobry miesiąc łakocie te sprzedawały się niczym świeże bułeczki.

Niestety, żaden z małolatów pragnących wejść w posiadanie owocu zakazanego nie znalazł ukrytego w czekoladce zawiniątka z upragnionym suszem.
A solenizant był wkurzony. Na siebie. Nie dość, że narobił kłopotów pani Jadzi, to jeszcze pozbył się wyśmienitego prezentu. Pluł sobie w brodę, twierdząc, że kac zabrał mu połowę rozumu i kazał twierdzić, że wręczony mu przez przyjaciela prezent jest zwykłym, czekoladowym jajeczkiem z jakimś bublem w środku.

* * * * *

Paręnaście lat temu mieszkałem jeszcze z rodzicami. W tej samej klatce miałem dwóch najlepszych kumpli. Ja byłem długowłosym metalowcem odzianym w skóry i glany, oni – młodymi hip-hopowcami z krokiem na wysokości kostek. Skonstruowali w piwnicy studio nagrań. Oblepili ściany styropianem i platonkami, zrobili taką małą kabinę z mikrofonem… Siedzieli tam codziennie, paląc blanty i rapując.

Zawsze wpadali do nich jacyś goście, aby „dograć się do zwrotki”. Problem z tymi ludźmi był taki, że każdy z nich miał jakąś niezdrową potrzebę pozostawienia po sobie śladu, pamiątki dokładnie takiej jak psi szczoch od niechcenia rzucony na hydrant. W rezultacie cała frontowa część klatki schodowej uwalona była tagami, bohomazami i koślawymi rysunkami wykonanymi flamastrem.
Wyglądało to dość paskudnie, więc zaproponowałem chłopakom odmalowanie klatki. Uznali to za dobry pomysł. Już następnego dnia zrobiliśmy zrzutę na trzy potężne puszki olejnej farby: zieloną, żółtą i czerwoną. Wejście do naszego domu miało mieć bowiem barwy Jamajki!

Trochę baliśmy się reakcji sąsiadów, ale jak się okazało – niepotrzebnie. Większości mieszkańców bloku bardzo spodobała się nasza „społeczna” inicjatywa. Jedna pani przyniosła nam nawet smażone ziemniaczki, żebyśmy „tak z pustymi żołądkami nie pracowali”.

Po kilku godzinach roboty, uświnieni farbą od stóp do głów, skończyliśmy nasz ambitny projekt. Efekt był oszałamiający. Klatka z daleka lśniła, cieszyła oko kolorami i sprawiała, że pękaliśmy z dumy. Sąsiedzi też byli zachwyceni. Żaden, absolutnie żaden skejt, dres czy inny bachor nie odważył się zbezcześcić naszego dzieła choćby i malutkim tagiem. Byliśmy bohaterami całej dzielnicy!

Przez tydzień. Potem przyszli panowie ze spółdzielni i (jak się okazało) zgodnie z wcześniej ustalonym planem, odmalowali wszystkie klatki schodowe na całym osiedlu na kolor smętnie szary.

* * * * *

Koło bloku, do którego kiedyś się wprowadziłam, był wielki park. Lubiłam chodzić tam na spacery, uprawiać jogging czy przysiadać sobie na ławce i w ciszy gapić się na staw. Kiedyś, gdy tak sobie wieczorem siedziałam i pogrążona w myślach podziwiałam delikatnie marszczącą się taflę wody, usłyszałam zaraz za moimi plecami takie ciche, acz regularne mlaśnięcia.
Odwróciłam się i z przerażeniem odkryłam, że zakradł się do mnie jakiś starszy facet w płaszczu, który wyciągnął swój interes i bawi się nim, bezczelnie patrząc wprost na mnie! Jeszcze nigdy tak szybko nie biegłam w stronę bezpiecznego domu.

Kiedy już byłam blisko klatki, dosłownie wpadłam na grupę lokalnego plemienia dresów. „Ej, dokąd tak lecisz, dziewczynko?”, „Wyluzuj się młoda!”, „Co ty taka spięta?” - zasypali mnie pytaniami. Nie mając nic do stracenia, opowiedziałam rycerzom ortalionu o mojej przygodzie. Sebastiany wysłuchali mnie z pełną powagą, a następnie kazali zaprowadzić się do miejsca, w którym spotkałam starego zboczeńca.

Od razu go namierzyliśmy. Właśnie stał za toi-toiem i gmerając przy swym kroku gapił się na jakąś parę siedzącą na ławce parędziesiąt metrów dalej. Trochę bałam się, że dresiarze spuszczą facetowi łomot i zrobią krzywdę jakąś… Ale nie – szybko przekonałam się, że mam do czynienia z prawdziwymi zawodowcami. Lekko podchmielone dresiarze jak gdyby nigdy nic ściągnęli spodnie i z dyndającymi fujarkami podeszli do bardzo skupionego na wiadomej czynności mężczyzny. Otoczyli faceta i po prostu gapili się na niego. Zboczeniec szybko speszył się i zaczął dziarskim krokiem podążać w stronę wyjścia z parku. Półnagie Sebastiany ruszyły za nim sapiąc oraz ostentacyjnie pochrząkując. W pewnym momencie gość stracił resztki spokoju i zaczął biec, jakby goniła go wataha rozwścieczonych feministek.

Po wszystkim moi wybawcy wrócili po swoje spodnie i obiecali, że jeśli następnym razem zboczeniec pojawi się w parku, to roztrzaskają mu głowę za pomocą chodnikowej płyty.
Na szczęście już nigdy więcej faceta nie spotkałam. Za to przez długi czas zawsze mogłam liczyć na usługi oferowane przez zaprzyjaźnionych dresiarzy. Raz nawet pomogli mi wnieść pralkę do domu...

* * * * *

Nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, kiedy z moim chłopakiem zdecydowaliśmy się wejść na wyższy etap związku. Postanowił przedstawić mnie swoim rodzicom. Chcąc się podlizać, zaproponowałam zaprosić ich do mnie na obiad. Stresowałam się jak cholera. Porządki zrobiłam już dwa dni wcześniej. Nawet ściany umyłam…

W kuchni mam dwie lewe ręce, ale na szczęście weszłam w posiadanie przepisu na nasze rodzinne danie – zapiekanki z makaronu. Generalnie to proste jak budowa cepa – gotujesz kluski spaghetti, potem wrzucasz je do głębokiej brytfanki, posypujesz przyprawami, kładziesz na to kilka plasterków pomidora i cebulki, a całość zakrywasz plastrami sera. Pod wpływem temperatury ser się roztapia, pomidory i cebula puszczają soki i wychodzi danie takie, że hej. Pod warunkiem, że czegoś nie spier#olisz po drodze.

Ugotowałam makaron. Chciałam go odcedzić nad zlewem, ale moja nieporadność wzięła górę i… Plam! Kluchy wpadły do zlewu. Spoko, nikt nie widział – pomyślałam i za pomocą największej szpachli przerzuciłam je do brytfanki. Reszta poszła już jak po maśle (roślinnym, bo normalne drogie).

„Teściowie” przyszli i zasiedli przy stole. Ja, ubrana w najlepszą kreację, postawiłam przed nimi brytfankę z potrawą. Po chwili wszyscy się zajadali. Misja zakończona sukcesem – mogłoby się wydawać. Ale, nie… Nagle mama mojego chłopaka wydała z siebie jakiś dziwny dźwięk i trzymając się za usta pognała do łazienki. Okazało się, że obrzydziła ją gorąca, parująca, śmierdząca Ludwikiem gąbka, która w jakiś dziwny sposób znalazła się pod grubą warstwą makaronu.
Sytuację rozładował teść, który rzekł:
- Hłe, hłe, hłe. Następnym razem, młoda, zamów pizzę.

* * * * *

Gosia, dziewczyna, z którą kiedyś się spotykałem, kupiła sobie nowy plecak na nasz wspólny wyjazd w góry. Chciała się pochwalić i wysłała mi jego fotkę. Zadzwoniłem więc do niej i powiedziałem, że plecak jest bardzo ładny, ale jeszcze fajniejszy jest jej seksowny tyłek, który również znalazł się na zdjęciu. Dodałem też, że nie mogę się doczekać, aż go porządnie wymiętoszę podczas brutalnego chędożenia, które mam zamiar z nią odbyć. Ot, takie tam świntuszenie.
Nastała taka dziwna, krępująca cisza, po której Gosia powiedziała coś w stylu „Emmm… muszę spadać”.

Okazało się, że tyłek z fotografii należał do jej mamy, a rozmowa telefoniczna odbyła się w trybie głośnomówiącym. Mojej dziewczynie zależało na tym, żebym pochwalił zakup, który był prezentem od jej rodzicielki. A ja, głupi, zamiast rozpłynąć się w zachwytach nad plecakiem, dość szczegółowo opisałem to, co mam zamiar zrobić z zadem mojej potencjalnej teściowej.

Wierzcie lub nie, ale podczas każdej mojej wizyty w domu Gosi, jej mama patrzyła na mnie z taką dziwną mieszanką pogardy, pożądania i kurwika w oku. Bardzo niezdrowy klimat...

* * * * *

Jesień, piździ jak w Suwałkach. Wychodzę z pieskiem na spacer. Pimpek, po obwąchaniu kilku krzaczków, naszczekaniu na wściekłego kundla sąsiadów przyklejonego do okna na parterze, podejmuje decyzję o pozbyciu się balastu na pobliskim trawniku. Raz, dwa – sprawa załatwiona, teraz najgorsze… Wyjmuję z kieszeni plastikową torbę i umieszczam w niej psią kupę. Ciepły pakuneczek, jak zwykle, wrzucam do specjalnego kosza na śmieci.

Pimpek, pomimo zimna panującego na dworze, dochodzi do wniosku, że fajnie by było jeszcze sobie pospacerować. A, co mi tam! - myślę. – Psinie przecież nie odmówię.
I tak sobie powoli człapiemy po osiedlu, gdy nagle zatrzymuje mnie patrol młodych mundurowych. Strażnicy miejscy bardzo gorliwie sprawdzają, czy piesek na pewno nie stanowi zagrożenia. Oczy świecą im się, jakby właśnie znaleźli żyłę złota. Na pierwszy plan wysuwa się blondwłosa funkcjonariuszka. Niestety, na Pimpusiowym pyszczku znajduje się kaganiec.

- Ale wie pan, że ta smycz jest za cienka… - mówi pani strażniczka.
- Oczywiście, ale to taka tymczasowa smycz. Kowal właśnie szykuje nam taki porządny łańcuch, bo ta ważąca dwa i pół kilograma bestia ostatni przegryzła - odpowiadam spokojnie.
Pani patrzy na mnie jakby nie zrozumiała żartu. Za to blask w jej oczach jakby przygasł.

- Woreczek na odchody pan ma? - kontynuuje szarżę.
- Zawsze - mówię szczerze. – Pimpek właśnie postawił klocka, więc torebka została wyrzucona razem z kupą. Jeśli pani chce, to mogę ją wyciągnąć z kosza na śmieci. O, tego tam.

Strażniczce znowu świecą się oczęta, niczym dwie pochodnie. Wyjmuje blankiecik i długopis.
- Torebkę musi pan mieć zawsze. Pana nazwisko?
- Krzysztof Kieślowski - mówię, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów i pakując jednego do ust. – Czy są jakieś normy dotyczące wielkości torebki, którą muszę posiadać?
- Krzy...sztof… Kieźl… Kiesz… Kie… - mruczy pod nosem blondyna, bardzo zajęta próbą spisania nazwiska znanego polskiego reżysera. – Nie, nie, proszę pana. Nie ma żadnych norm.
Odpalam fajkę. Zaciągam się dwa razy, a następnie ściągam z opakowania papierosów prostokątną folijkę. Podtykam ją pod nos pani strażniczce.
- Przepraszam, przypomniało mi się, że jednak miałem ze sobą zapasową torebkę. Miłego dnia życzę.

Oddalam się niespiesznie. Nikt mnie nie goni. Chyba wygrałem tę bitwę.

>>W poprzednim odcinku m.in. wyprawa do Tajlandii i różowy Harley


Oglądany: 55251x | Komentarzy: 33 | Okejek: 231 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało