Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Sprzątanie jako praca wakacyjna - parę słów z własnego doświadczenia

42 605  
423   59  
Był tu ostatnio artykuł o pracy zarobkowej dla kogoś, kto nic nie umie, takiego np. ucznia czy początkującego studenta. Pojawiły się komentarze, że przecież taka praca to zawsze jest zapierdziel i nie powinno to nikogo dziwić.


Pozwoliło mi to powrócić do tych dawnych dni, kiedy to kończyłam liceum i szukałam jakiejś pracy na wakacje, aby sobie zarobić na moje zachcianki. Wszystko zależy od tego, czego się szuka. Przede wszystkim żadna praca nie hańbi, trzeba się po prostu szanować. Nie uważam, aby sprzątanie miało być czymś złym, ale zważając jak mało osób myśli o tym w Polsce jako pracy zarobkowej, coś musi być na rzeczy. Świeżo po odebraniu matury nawet nie śmiałam wybrzydzać, z radością przyjęłam fakt, że firma, do której napisałam, szukała dodatkowego personelu na wakacje. I nie wybierała wśród ilości chętnych do pracy, wcale ich nie było wielu. Tak wylądowałam w firmie sprzątająco-ogrodniczej zajmującej się ulicami i parkami w moim mieście. Od razu zastrzegę, że była to jak najbardziej firma prywatna.

Jak to wyglądało? Nierówno. Byliśmy podzieleni na dwie grupy: po prostu kobiety i faceci. Mieliśmy różne obowiązki i tym samym nasze zarobki w zależności od płci różniły się. Faceci zarabiali jakieś 30% więcej. Kobiety zamiatały chodniki, grabiły liście, pieliły rabaty. Faceci kosili, kopali, opróżniali kosze na śmieci na wóz zaprzęgnięty w traktor i kolekcjonowali kupy liści i chwastów, które zostawiały im kobiety. Ani jedna, ani druga strona nie chciała się ze sobą zamienić. Kobiety gadały, że by nie wytrzymały zarzucania takich ciężarów na wóz i rozumiały, że facetom należy się z tego tytułu więcej kasy. Faceci z kolei gadali, że by się wykończyli przy kucaniu przy rabatach, w dodatku za mniejsze pieniądze.

Dzień pracy w roku normalnie zaczynał się o 7, ale jeśli miesiąc był naprawdę upalny, taki lipiec, to praca zaczynała się o 6, żeby móc pracować dłużej w niższych temperaturach i zwinąć się wcześniej do domu. Z bazy rozwozili nas po różnych lokacjach na mieście. Każdy dzień był podobny. Z rana część kobiet sprzątała ulice i schody, a inna część pieliła rabaty albo grabiła. Każdy miał swój rejon. Ranki były najprzyjemniejsze, miasto widmo, przynajmniej w parkach. Święty spokój. Jedynie czasem jakiś poranny biegacz albo spacerowicz z psem się pojawiał. Przerwa na śniadanie po 10, powrót do bazy na jakieś dwadzieścia/trzydzieści minut. W bazie było tak czysto, jak my sobie nie pobrudziliśmy, ale co jakiś czas też pojawiała się tam sprzątaczka. Potem z powrotem do pracy.

Popołudnia to już duży ruch, więc częściej grabiliśmy i pieliliśmy niż sprzątaliśmy, aby np. nie wygrzebywać kipów spod ławek, kiedy ludzie na nich siedzą. Nasz kierownik był człowiekiem, w znaczeniu, że nie kazał nam zapierdzielać, ale robić po prostu co do nas należy. Tak, aby ulice były czyste i parki dobrze wyglądały. Nie latał za nami z batem. Wiedzieliśmy, że jak czegoś nie ogarniemy jednego dnia, to trzeba to zrobić następnego. Jeśli było zbyt dużo do roboty, to informowaliśmy o tym i dostawaliśmy instrukcje, która ulica czy rabata jest ważniejsza albo którą ulicę wyszczotkować miotłą, a z której tylko pozbierać poniewierające się śmieci. Kierownik brał pod uwagę pogodę, np. jeśli było bardzo gorąco, to nie wysyłał nas na nieosłonięte rabaty przy ekspresówce. Gdy lało jak z cebra, mieliśmy właściwie przerwę. Ale letni deszczyk nie stanowił żadnego problemu.

Z zalet takiej fuchy:

- Przebywa się na świeżym powietrzu, można się opalić (znaczy ramiona i twarz, ew. nogi, jeśli się przyszło w krótkich spodenkach do pracy, ale ryzykowało się wtedy bycie pokłutym od rabat).

- Można się trochę poruszać, każdy pracownik ma silne ręce w tej pracy, babki od machania miotłą i grabiami, faceci od noszenia.

- Można zdobyć kolekcję kufli i szklanek do domu. Ludzie różne rzeczy potrafią wyrzucać w krzaki, zwłaszcza jeśli w okolicy są knajpy, a czasem nawet ich nie trzeba. Nie wiem skąd ludzie znosili to wszystko. I pieniądze wyrzucali, raz udało mi się 10 zł znaleźć na ulicy, co za radość! Ponadto faceci od zbierania śmieci z koszów na wóz z nudów kolekcjonowali zakrętki od coca-coli i wymieniali je potem na szklanki. Gdzieś w kuchni mam jeszcze ową szklankę coca-coli, mój podarunek od jednego ze „śmieciarzy”.

- No i najważniejsze, pieniądze były całkiem w porządku, przynajmniej kiedy ja tam pracowałam. Z racji tego, że była to praca fizyczna, pensja była wyższa niż minimalna. Mam jednak wrażenie, że niektórzy sądzą, że to jedna ze smutniejszych prac, do jakich można trafić. Kobiety, które tam pracowały mówiły, że zarabiają lepiej, niż jakby siedziały na kasie, a przynajmniej się poruszają, i to na świeżym powietrzu, a że większość nie mieszkała w mieście, lecz na wiosce, to po prostu miały to we krwi.

Fakt, że jest to praca na dworze bywa też oczywiście wadą. Jeśli non stop jest upał, to nie ma rady, trzeba w końcu iść uporządkować tę nasłonecznioną rabatę w zgiełku ekspresówki. Ale wtedy po prostu można zaciągnąć wszystkich na jedną rabatę, aby jak najszybciej mieć ją z głowy. Gdy wieje i siąpi, również trzeba posprzątać. No i trzeba wziąć pod uwagę, że w takiej pracy w mniejszym lub większym stopniu babrze się w śmieciach.

Przede wszystkim ważne jest, aby człowiek był szanowany. Ja miałam szczęście doświadczyć tego w mojej pierwszej pracy wakacyjnej. W innej, późniejszej pracy miałam mniejsze szczęście, ale w porę to zauważyłam i wpierw rozmawiałam o tym z moim szefem, a gdy to nie pomogło, to poszukałam czegoś innego. I tak to powinno wyglądać. Nie dajcie się wykorzystywać, ale też pamiętajcie, że praca to jednak praca, trzeba czasem się narobić.

Oglądany: 42605x | Komentarzy: 59 | Okejek: 423 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało