Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak uczyłem się otwierać konserwy w Norwegii

68 447  
362   59  
Był rok 2006, a mnie po raz pierwszy poważnie przycisnął brak kasy. Na moim koncie znajdowała się dwucyfrowa kwota. Jedna z tych niższych, która pozwoliłaby mi co najwyżej kupić studencki bilet na PKS do Aleksandrowa Łódzkiego.


Zapożyczyłem się i bilet kupiłem. Do Norwegii – lądu wikingów, tłuściutkich, bladolicych kobiet i zarobków wówczas dziesięciokrotnie wyższych niż w Polsce.

To nie była pierwsza moja wizyta w tym kraju. Wcześniej jeździłem tam trochę na stopa, zdarzyło mi się też pomalować chałupę jakiemuś sędziwemu Norwegowi, popracować na budowie, a raz nawet znalazłem zatrudnienie, jako specjalista od konstruowania mostów. Nie mam pojęcia, jakim cudem dostałem tę robotę, ale było warto, mimo że raz prawie zleciałem do wody razem z ważącą 180 kilogramów, drewnianą belą, którą pomagałem montować do stalowej konstrukcji.
Tym razem miałem inny plan. Chciałem bowiem przez parę miesięcy pobawić się w kucharza. Najlepiej w miejscu, w którym miałbym kontakt z fajnymi, młodymi ludźmi.
Udało się. W miejscowości Drammen trafiłem na fuchę, o jakiej wtedy marzyłem. Zostałem pizzermanem. Takim archetypowym, uwalonym mąką twórcą placków na grubym. Gościem, który drażni kubeczki smakowe szynką parmezańską i podżera kukurydzę z gara gdy nikt nie patrzy!



Dołączyłem do zatrudnionej tam ekipy norweskiej młodzieży. Niestety, szybko zorientowałem się, że zakres tematów do rozmów z nimi kończy się na lokalnym futbolu i seksualnych podobojach podczas weekendowych harców, ewentualnie na wymianie przepisów dotyczących domowej produkcji bimbru, po którym się nie oślepnie. Wiecie, w Norwegii funkcjonuje taka jakby prohibicja – piwo w sklepie można kupić do godziny 18 (w weekendy tylko do 15), a mocniejsze alkohole da się nabyć w kilku zaledwie, specjalnych punktach na terenie kraju. Młode i stare Norki albo kupują wódkę z nielegalnego importu od Polaka, Litwina czy Ukraińca, albo konstruują wątpliwej jakości alpagi w domowym zaciszu.
Dobra, ale mniejsza o norweskie picie – to temat na inny wywód. Zauważyłem pewną wspólną cechę dla wszystkich Norwegów, których dane mi było poznać. Tolerancja. Ale taka na maksa. W pizzerii pracowała mała blondyna, która oralnie zadowoliła chyba już wszystkich pracowników tego lokalu i absolutnie nikt nie ważył się komentować jej luźnego prowadzenia się. Obcokrajowcy? Velommen til Norge! Kochajmy się wszyscy! Szanujmy nawzajem. Empatia, bracie…

Równocześnie z tolerancją idzie też ignorancja, najwyraźniej wynikająca z jakichś edukacyjnych dziur w szkole. Ludzie niewiele młodsi ode mnie - studenta zza morza, nie mieli zielonego pojęcia o świecie, zero zainteresowań, żadnych lektur.
„Stary, jak to jest mieszkać w komunistycznym kraju?” - wiecie ile razy usłyszałem tam takie pytanie? Setki, o ile nie więcej. Nie mam zielonego pojęcia, czy ci uczniowie korzystają w szkołach z podręczników do historii drukowanych w czasach Bieruta, ale gdy mówiłem, że pochodzę z Polski to zazwyczaj widziałem te pełne współczucia i głębokiej troski oczy. I już wiedziałem co będzie dalej? „U was to bieda, prawda? Pustki na półkach. Mleko na kartki...”.
Miałem spędzić kilka miesięcy wśród ludzi, którzy sądzili, że pochodzę z dzikiego kraju pełnego niedźwiedzi, czołgów na ulicach i smutnych, biednych obywateli stłamszonych przez bezduszny system.

Drugiego dnia, szefowa pizzerii wytypowała jednego z chłopaków – Bjørna , żeby przyuczył mnie do zawodu - pokazał co i jak, wyjawił pilnie strzeżone sekrety kręcenia placków...
Gość bardzo przejął się swoim zadaniem i podszedł do niego w sposób, którego nie powstydziłby się najlepszy, współczesny kołcz z jutuba. „Tu jest ser, tu salami, tu olej, tu piec, tu chodzimy na fajkę, tu ostatnio mała blondyna zrobiła mi loda. Jesteśmy zespołem, młodą energią, siła tkwi w mące, na Odyna!”.
Kiedy Bjørn wytłumaczył mi już metodę układania krewetek na pizzy tuti frutti di mare oraz po kumpelsku podzielił się najprostszymi sposobami na wyrwanie blondyny, przeszliśmy do małego pomieszczenia wypełnionego sporych gabarytów puszkami z żarciem. Pośrodku tego magazynu stał sobie metalowy stolik, a na nim leżał otwieracz do konserw. Taki najzwyklejszy przyrząd do otwierania paprykarza szczecińskiego czy innych pasztetów.



Bjørn z bardzo poważną miną rzekł:

-Teraz słuchaj. To są puszki. W środku jest jedzenie, aby je stamtąd wydobyć trzeba puszkę otworzyć.

Przez chwilę myślałem, że trafił mi się dowcipniś, śmieszek taki, co to pod płaszczem absolutnej powagi chce sobie ze mnie zrobić jaja sugerując, że jako osoba na co dzień pracująca i mieszkająca w jakimś komunistycznym kołchozie, nigdy nie miałem kontaktu z tak wysoce zaawansowaną technologią jak pieprzona, konserwowa kukurydza. A skoro tak, to już świadomość istnienia otwieracza do puszek musi być dla mnie wielkim wstrząsem!
Spojrzałem na twarz Bjørna usiłując w jego oczach, czy chociażby kącikach ust dostrzec jakikolwiek ślad żartu. Nie. On mówił całkiem poważnie i chyba właśnie gapił się na mnie czekając na jakąś reakcję z mojej strony. Mając jeszcze cień nadziei, że jestem wkręcany, odchrząknąłem niepewnie, co zostało uznane za zgodę na kontynuowanie lekcji.

- To jest otwieracz do puszek. - mentorskim tonem przemówił Bjørn – Zwróć uwagę na to małe, ostre kółeczko. To ono posłuży nam do rozcięcia wieczka puszki. Pozwól, ze zademonstruje ci, jak to urządzenie działa.

Kiedy ja stałem całkiem zatkany z oczami szeroko otwartymi, jak u jakiegoś mocno zdziwionego puszczyka, Bjørn chwycił za konserwę z ananasem i przystąpił do jej otwierania. Robił to bardzo powoli, cały czas patrząc na mnie bardzo uważnie. Tak, jakby chciał z mojej miny wyczytać, czy przyswoiłem cokolwiek z tej demonstracji.

- Otworzę jeszcze tę konserwę z jalapeño. Patrz bacznie, bo zaraz poproszę cię, abyś samodzielnie otworzył tamtą puszkę z groszkiem. Nie bój się zadawać pytań…

Po chwili stałem nad metalowym walcem ściskając w dłoni otwieracz do konserw. Jeszcze raz zerknąłem na Bjørna. W wyrazie jego twarzy dało się wyczuć nie tylko pełną powagę, ale też jakiś dziwny rodzaj współczucia, a także i dumy, że to on – młody Norweg znad modrego fiordu, po raz pierwszy pokazał biednemu Polakowi cholerny groszek w konserwie.
Zacząłem więc niezdarnie mocować się z puszką, patrząc na mojego mistrza, tak jakbym chciał go zapytać „Czy dobrze san-sei?”. Dwa razy upuściłem otwieracz na ziemię, raz udałem frustrację z powodu mojej własnej nieporadności, ale całą tę na szybko zaimprowizowaną scenkę zakończyłem wykonaniem zadania i bardzo uważnym obejrzeniu sobie narzędzia do otwierania konserw. Badałem to urządzenie w taki sam sposób, w jaki mój włochaty przodek oglądał sobie zaostrzony patyk służący do polowania na pra-dorsze. W końcu przemówiłem.

- To naprawdę niesamowite. Ten otwieracz… Ale numer… Nie chcę, żebyś myślał, że mieszkam w tak zacofanym kraju, że nie wiem czym są konserwy. Zostało ich u nas dużo po wojnie, wiesz? Ale my otwieramy je za pomocą kamieni. To znaczy tak… Jeden taki zaostrzony kamorek kładzie się o tu, przy samej krawędzi puszki, a drugim napierdala się z góry. O, tak! - nie omieszkałem wykonać pantomimy pokazującej jak należy fachowo jebnąć głazem w konserwę - Jak dobrze się przyłoży to metal pęka. Ale, że ktoś wpadł na pomysł produkowania takich otwieraczy...? No, szok!



Na twarzy Bjørna malowała się już pełnia współczucia. Patrzył na mnie, jak na jakieś odwodnione, afrykańskie dziecko, które odkryło skład butelkowanych Cisowianek.
W pizzerii spędziłem cztery miesiące. Zarówno Bjørn, jak i cała reszta ekipy odnosiła się do mnie tak, jakbym faktycznie z racji przyjścia na świat w kraju, gdzie każdy obywatel żyje z dwudziestoosobową rodziną w lepiance bez dachu (i połowy podłogi), wymagał jakiegoś specjalnego taktowania. Ha! Już drugiego dnia, kiedy przechodziłem szkolenie z obsługi skrobarki do marchwi, mała blondyna bez większych starań z mojej strony zaproponowała mi loda, ale chyba tak z litości, więc grzecznie odmówiłem.
Przez bite 122 dni robienia placków, żodyn z pracowników nie poznał prawdy. Zgodnie z ich wyobrażeniem o Polsce, udawałem nieociosanego jaskiniowca i nawet specjalnie nie chciało mi się nikogo wyprowadzać z błędu. Bawiły mnie te ciągłe pytania o warunki życia w nadwiślańskim kraju („Ostatnio tata przyniósł nam nową lampę naftową! Pół wsi przybiegło do nas balować!"). Nikt nawet nie pofatygował się, aby zajrzeć do głupiej Wikipedii, aby uzupełnić wiedzę o kraju, z którego pochodzi facet „wymagający” nauki otwierania konserw.
Później miałem wyrzuty sumienia, że przez takie zachowanie utrwaliłem wśród dość mało rozgarniętych pracowników norweskiej pizzerii fałszywą wizję mojej ojczyzny, ale w końcu mi przeszło. Przecież to nie ja zacząłem tę żenującą grę!

Oglądany: 68447x | Komentarzy: 59 | Okejek: 362 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało