Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Joe Monster rozmawia z niezrównanym Tomaszem Kopyrą: Możemy uważać się za naród piwoszy

40 089  
251   78  
„Kocham piwo” – piosenka Big Cyca z płyty „Świat według Kiepskich” może być hymnem wielu smakoszy złocistego trunku. Czy jednak wychylając kolejny kufel wiemy, co tak naprawdę pijemy? O piwną świadomość naszych rodaków spytałem Tomasza Kopyrę, autora najbardziej znanego bloga na ten temat w Polsce, który już na samym początku rozmowy zadeklarował: Jestem użytkownikiem Joe Monstera i doskonale znam tę stronę.



Czy piwo bezalkoholowe możemy nazwać piwem? Jakie są różnice pomiędzy Heinekenem i Harnasiem? Dlaczego czeskie piwo smakuje nam lepiej? Czym jest piwna rewolucja? Zachęcamy do lektury obszernego wywiadu z najbardziej znanym między Bałtykiem a Tatrami piwnym ekspertem.

W pańskim biogramie na Wikipedii czy przy okazji wszelkich aktywności internetowych podawanych jest wiele profesji, którymi pan się zajmuje – oczywiście wszystkie połączone są z piwem. A jakie jest pana największe powołanie?


Trudno podsumować to jednym słowem. Za granicą funkcjonuje określenie beer evangelist – ja czuję się promotorem kraftu i piwnej rewolucji. Nie mogę jednoznacznie nazwać się sędzią, blogerem czy pisarzem. Chcę pokazać ludziom, że życie jest za krótkie, żeby pić kiepskie piwo, które powinno dostarczać coś więcej niż tylko dawkę alkoholu do mózgu.

Bardzo często używa pan określenia rewolucja. Może pan powiedzieć o sobie, że był iskrą piwnej wolty w Polsce?



Dmucham na iskry tej rewolucji i podsycam płomień, który chcę rozpalić jak najmocniej. Nie byłem jednak pionierem – zaraziłem się tą pasją od innych osób. Wśród zasłużonych muszę wymienić takie postaci, jak Andrzej Sadownik – pierwszy prezes Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, który zaszczepił w naszym kraju domowe piwowarstwo, czy Ziemowit Fałat ze sklepu Browamator. Skala tej rewolucji cały czas jest jeszcze bardzo mała – mówimy o maksymalnie dwóch procentach rynku – jednak odciska ono piętno na całej branży. Skoro Kompania Piwowarska wypuszcza Książęce IPA, abstrahując od samego zachowania tego stylu, to z pewnością jest to dowód na trwałe zmiany, które już zaszły i są z pewnością rewolucyjne. Jeżeli producent, który nie miał w swojej ofercie nic ciekawego, zaczyna odpowiadać na tę rewolucję, to znaczy, że ma ona sens. To po prostu się dzieje i po wejściu w rewolucję – poznaniu odpowiedniego smaku i goryczki – nie chce wracać się do bezsmakowych koncernowych piw.

Często pyta się pana o ilość wypitych w trakcie życia piw. W jednym z wywiadów rzucił pan dość imponującą liczbę – 10 tysięcy. Nieco przekornie chciałbym dowiedzieć się, ile tych browarków skonsumował pan dla przyjemności, a ile w kwestiach – nazwijmy to umownie – zawodowych?


Stare chińskie przysłowie mówi „rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz musiał pracować”. I ja jestem w tym szczęśliwym położeniu. To nie jest tak, że kiedykolwiek zmuszam się do picia piwa i nie sprawia mi to przyjemności. Przez ostatnich pięć lat, kiedy to zajmuję się tym – powiedzmy – zawodowo, część z tych piw wypiłem służbowo. Ale 99 procent wszystkich piw wypijam z przyjemnością, więc nie ma tutaj żadnego syndromu pracy czy obowiązku. Do tego dochodzą miłe prezenty: najbardziej jaskrawymi przykładami są piwa będące swoistą kapsułą czasu – zdarza się, że widzowie przysyłają mi trunki, które są niczym żywe skamieliny – jak chociażby Porter z Żywca, który leżał u kogoś przez trzy dekady, czy grodziskie z początku lat dziewięćdziesiątych. To są trudne do zdobycia rzeczy.


Praca kojarzy się dość stereotypowo z etatem. A czy w przypadku pana profesji możemy mówić o jakichkolwiek normach w robocie? Jest jakaś konkretna ilość piwa, którą miesięcznie powinien pan wypić?

To jest kwestia, którą można regulować bez szkody dla mojej działalności czy przychodów – mógłbym bardzo mocno ograniczyć ilość wypijanego piwa, jednak nie do końca tego chcę (śmiech). Bardzo lubię pić piwo i nie zakładam, że w ciągu miesiąca muszę odhaczyć jakąś konkretną ilość butelek. Łatwo można zobrazować to przykładem z piwnego sędziowania. Na dużym konkursie, takim jak World Beer Cup – który w tym roku odbędzie się w Nashville – sędziowie przyjmują ponad 50 próbek zawierających od 50 do 70 mililitrów trunku. Zwykle są to po dwa, trzy łyki – tyle wystarczy, reszta zazwyczaj jest wylewana – do oceny piwa wystarczy niewielka jego ilość. Równie dobrze z półlitrowej butelki mógłbym wypijać 1/5 jej zawartości – pomimo tak małej ilości i tak mógłbym dobrze je opisać. Ale jeśli piwo nie jest wadliwe czy całkowicie nie w moim guście, to wtedy z miłą chęcią je kończę.

A dużo piw w swoim życiu pan wylał?

Nawiążę do anegdoty, której autorem jest Michael Jackson – ale nie doskonale znany wokalista, tylko brytyjski krytyk piwa, w Polsce znany z naszpikowanego błędami Vademecum Piwa, o które mam żal do Kompanii Piwowarskiej; Jackson w trakcie powstawania tej książki był już bardzo chory i użycie jego nazwiska woła o pomstę do nieba: "Jestem w sytuacji hodowcy cukinii. Każdy, kto hodował te warzywa wie, że w pewnym momencie jest ich już tak dużo, że właściwie nie ma co z tym robić – można marynować, wrzucać je do leczo czy szukać różnych wymyślnych dań, ale w którymś momencie tej cukinii jest tak dużo, że nie da się jej całej przejeść". I ja też mam też w domu mnóstwo piw – oczywiście trzymanych z założeniem, że kiedyś je wypiję. A i tak wydaje mi się, że wszystkich nie uda mi się spróbować (śmiech). Dlatego zmuszanie się do słabych piw jest bez sensu. To nie jest tak, że codziennie wylewam jakieś piwo, ale trochę ich już poszło w rury.


Wspomniał pan wcześniej o profesji piwnego sędziego. Bardzo mnie to zaintrygowało. Czy do wykonywania takiej roboty trzeba mieć jakieś supermoce? Taki talent sensoryczny można traktować, podobnie jak słuch absolutny, jako błogosławieństwo i przekleństwo?

Po prostu zauważa się w piwie więcej – podobnie jak w przypadku reżysera, który ogląda w kinie film i automatycznie widzi go oczami twórcy, wyłapując wszelkie błędy techniczne. Poznanie bogactwa piwnego świata sprawia, że trudniej też jest pić bezrefleksyjnie – coś w stylu stereotypowego zimnego piwka do pizzy – wadliwe piwa zaczynają wtedy sprawiać problem. Sędziowanie nie jest dochodowe, jednak buduje pozycję, kontakty i prestiż. Przy okazji tej pracy miałem okazję spróbować takich piw, do których nigdy bym nie dotarł.

Są jakieś obostrzenia dla sędziów?


Powinno unikać się palenia tytoniu czy – tuż przed samym sędziowaniem – jedzenia pikantnych potraw. Ale znam sędziów palaczy, którzy są dobrzy w swoim fachu.

A czy pracę sędziego można utożsamić z profesją sensoryka?

Wbrew stereotypom, profesja sędziego nieco różni się od tej sensoryka w browarze. Tę pracę często wykonują kobiety, które mają bardzo czuły węch. Sędzia piwny musi umieć interpretować to, co czuje, ale musi też odnieść to do konkretnego stylu. Sensoryk w browarze musi umieć odnaleźć wady wyłącznie w jednym gatunku piwa – międzynarodowym jasnym lagerze, czyli w typowym „złocistym trunku”. Sędzia natomiast porusza się w ponad stu bardzo różniących się od siebie rodzajach. A to, co w jednym stylu jest pożądane, w drugim staje się wadą – samo czułe powonienie tu nie wystarczy. Czytając opisy sensoryczne piw koncernowych, które w moim odczuciu są raczej bezsmakowe i pozbawione aromatu, znajduję przeróżne opowieści i elaboraty. Nie twierdzę, że taki sensoryk kłamie – dzięki ogromnej czułości nosa i języka odnajduje rzeczy niedostępne dla przeciętnego konsumenta. Brałem kiedyś udział w badaniu dotyczącym czułości węchu – okazało się, że mam ją na poziomie przeciętnym, natomiast bardzo dobrze odnajduję i przypisuję nazwy do aromatów. Ale to w dużej mierze kwestia treningu związanego ze świadomą degustacją. To żadna supermoc, jedynie wyuczona zdolność rozebrania piwa na czynniki pierwsze.

To takie pytanie pół żartem, pół serio. Polacy zazwyczaj narzekają, że wydają za dużo pieniędzy na alkohol. A jak trudno jest utrzymać się w naszym kraju z okołopiwnej działalności? Dużo jest takich ludzi jak pan?



Ludzi takich jak ja – zajmujących się piwem, ale nie produkujących go na dużą skalę – nie ma zbyt wielu. Mamy kilkudziesięciu doradców czy sensoryków, znacznie więcej jest pasjonatów, którzy od piwowarstwa domowego przeszli do założenia własnego browaru. To pokazuje, jak swoje hobby można przekuć w sposób na zarabianie. Jak już wcześniej wspomniałem, od pięciu lat zajmuję się tym na pełen etat.

Co trzeba zrobić, żeby stworzyć domową manufakturę piwną? Czy każdy może kreować smaki?

Sztuka piwowarska jest tak samo sztuką jak chociażby gotowanie. Istotna jest praktyka – jeżeli ktoś kierując się przepisem jest w stanie ugotować zupę, przyrządzić bigos czy zrobić ciasto, tak samo będzie umiał wyprodukować piwo – to nie różni się stopniem skomplikowania. Podobnie jak w kuchni mamy gotowe półprodukty, tak samo jest w piwowarstwie. Jesteśmy w stanie kupić takie same surowce jak te używane w browarach, dlatego proces produkcji piwa będzie identyczny zarówno w domu, jak i dużej firmie. Koszt rozpoczęcia tej zabawy wynosi maksymalnie 500 zł – liczę tutaj zarówno sprzęt, którego będziemy używać wielokrotnie, jak i surowce na dwie, trzy warki piwa (jedna warka to mniej więcej 20 litrów). Zwolnione z podatku akcyzowego piwowarstwo domowe daje ogromną satysfakcję ze zrobienia czegoś od początku do końca własnymi rękami i uczy cierpliwości – na efekty trzeba przecież czekać kilka tygodni. Ale satysfakcja z otwierania własnego piwa jest ogromna.


W Polsce od lat pokutuje mit „lepszego” czeskiego piwa. Sam mam znajomego, który w knajpie zawsze kupuje browary typu Krakonoš, Svijany czy Kozel, zachwycając się ich smakiem i jednocześnie krytykując polskie trunki. Rzeczywiście coś jest na rzeczy czy to tylko kolejny piwny stereotyp?

To też wielowątkowa kwestia. Rzeczywiście komuś, kto pije tylko piwa koncernowe, piwa czeskie będą wydawały się lepsze – bo tak naprawdę są lepsze, ponieważ coś się w nich dzieje. Smak piw koncernowych dąży do wspólnego mianownika – bardzo mało intensywnego, z niską goryczką, z małą zawartością słodu. Polacy często podkreślają, że dobre piwo to takie, które łatwo „wchodzi”, czyli smakuje prawie jak woda. Nawet koncernowe piwa czeskie są bardziej gorzkie i treściwsze, są też często wadliwe – zawarty w nich diacetyl powoduje maślany aromat i posmak. Ten diacetyl można zazwyczaj zauważyć dopiero po szkoleniach sędziowskich – ja po pewnym czasie przestałem pić takie piwa. Ale w niewielkich ilościach może to dodać ciekawego sznytu piwu – szczególnie jest to zauważalne w trunkach pochodzących z małych browarów.


W Czechach też ma miejsce piwna rewolucja?

Czeskie piwowarstwo ma się bardzo dobrze – jest tam około czterystu browarów na dziesięć milionów ludzi – to więcej nawet niż w Polsce, gdzie jest czterokrotnie więcej mieszkańców. Istotna jest też historia – spożycie piwa u naszych południowych sąsiadów zawsze było na wysokim poziomie. Aktualnie jednak widoczny jest brak motywacji, żeby cokolwiek zmieniać. Polski rynek był wyjałowiony przez koncerny, dzięki czemu powstało bardzo prężne piwowarstwo domowe – szacuję, że od 50 do 100 tysięcy ludzi w naszym kraju zajmuje się produkcją piwa w swoich czterech ścianach – to zdecydowanie więcej niż w Czechach czy Niemczech. Z całą pewnością muszę przyznać, że rewolucja piwa kraftowego w Polsce przegoniła nawet kraje ze znacznie większą tradycją – często słyszę głosy kolegów z innych krajów mówiące, że „u nas tego nie ma”.

Polacy nie mają takich tradycji związanych ze złocistym napojem?

U nas sytuacja poprawiła się dopiero po 1989 roku. Oczywiście, kiedyś Polska była piwnym krajem, ale okres zaborów i komunizmu sprawił, że wpływ kultury wódczanej był coraz większy. Wróciliśmy jednak na swoje miejsce w historii i jesteśmy czwartym pod względem spożycia piwa na głowę narodem na świecie! Przed nami są tylko Czesi, Niemcy i Austriacy. Śmiało możemy zatem uważać się za naród piwoszy, a nie miłośników wódki. To pokazuje też siłę umocowania geograficznego – środkowa Europa pije piwo, zachodnia i południowa wino, natomiast wschodnia i północna skierowały się ku wódce.

Wracając do piwnych mitów – co jest kwintesencją niewiedzy Polaków na temat tego trunku?

Irytujące są opowieści o dolewaniu spirytusu i bydlęcej żółci do piw koncernowych. Koncerny oszczędzają na surowcach i korzystają z zamienników, jednak bez przesady. Widzowie czasami opowiadają mi, że nawet profesorowie na uczelni mówią bzdury w stylu „kiedyś to było piwo, dziś już nawet nikt chmielu nie dodaje”. Z czegoś te stereotypy się biorą – smak rzeczywiście dąży do wyjałowienia, ale takich niecnych praktyk żaden koncern nie stosuje. Włos jeży się też od historii kropek na puszkach, które rzekomo mają świadczyć o tym, ile razy piwo wróciło ze sklepu do browaru i po zmianie daty ważności ponownie trafiło do sprzedaży. Aż mi się nie chce w tę naiwność wierzyć, ale teorie spiskowe są przecież niezwykle powszechne.


Jak powinniśmy podawać piwo, żeby czuć pełnię jego smaku?

Wiele osób uważa, że najlepiej smakuje zimne piwo, a idealna butelka jest oszroniona. W pubach podaje się przecież piwo o temperaturze od 1 do 6 stopni. To nieprawda, wtedy w ogóle nie czuć smaku i nie uwalniają się aromaty. Ja wszystkie piwa piję w temperaturze ponad 10 stopni. Owszem, piwo powinno być chłodne, ale nie tak, żeby po nim szczękały zęby. Kolejnym błędem jest to, że ponad połowę piw Polacy wypijają prosto z opakowania – w takiej sytuacji odcinamy sobie bardzo dużą część aromatów, które ujawniają się dopiero po przelaniu trunku do odpowiedniego szkła. W porównaniu z Czechami, Niemcami czy Wielką Brytanią spożywamy bardzo małą ilość piwa beczkowego – to jakieś pięć procent, co przy pięćdziesięciu procentach w wyżej wymienionych krajach wygląda bardzo ubogo. Ale totalną patologią jest dla mnie zamawianie w lokalu piwa butelkowego. Uważam, że piwo beczkowe zawsze będzie smaczniejsze.

Mieszanie różnych rodzajów kraftów w trakcie jednej imprezy, szczególnie w przypadku piwnego laika, może sprawić, że nie poczujemy pełnego bukietu smaku? Jak odpowiednio ustalić kolejność wypijanych przez siebie trunków?

Należy zachować kolejność degustacji – od mniej intensywnych, gorzkich czy alkoholowych do tych mocniejszych, patrząc przez pryzmat tych cech. Na początek powinniśmy też pić jasne piwa. Jeśli zaczynamy od lekkiego pszenicznego, potem pijemy IPA, a kończymy na Imperial Stoucie – wszystko jest w porządku. Chodzi o to, żeby nie zaburzać tła w postaci pierwszego piwa, które wpływa na odbiór kolejnych rodzajów kraftów.

W kontekście piwa kraftowego zdarzało mi się słyszeć narzekanie, że jest „za gorzkie”.



Mam dużą tolerancję na goryczkę, którą zresztą bardzo lubię. Dla osób z wrażliwym smakiem to jednak często zbyt intensywna nuta. Dużą rolę odgrywa tu doświadczenie – piwa, które kiedyś były bardzo gorzkie, dziś wydają się umiarkowane. To trochę tak, jak z pikantnymi potrawami, gdzie w miarę jedzenia zwiększa się próg tolerancji.

To teraz kwestia mocno przyziemna. Czy te mocno goryczkowe piwa kraftowe powodują większego kaca niż wodniste koncernówki?

Ja spotkałem się z zupełnie odwrotną tezą. Kac bierze się z błędów w fermentacji – nawet przy tej samej zawartości alkoholu, piwo wykonane prawidłowo nie spowoduje takiego porannego bólu głowy. Piwa kraftowe mają sporą przewagę nad koncernowymi – dają tyle wrażeń, że można poprzestać na mniejszej ich ilości. Polacy najczęściej piją piwo przed telewizorem czy do grilla i nie zastanawiają się nad jego smakiem. Próbując różnych piw rzemieślniczych najczęściej nie potrzebujemy wypijać ich czterech czy sześciu, a nawet więcej – dzięki temu w oczywisty sposób kac jest mniejszy. W tańszych markach piw koncernowych przyspiesza się fermentację, przez co efekty picia drugiego dnia bywają mało przyjemne.

Jakiś czas temu piłem Grodziskie 4.0 z browaru Pinta, którego dotychczasowe dokonania bardzo mi smakowały. Jednak już po paru łykach myślałem, że mnie wykręci – smak intensywnej wędzonki był dla mnie niesamowicie przytłaczający. Nigdy więcej nie wróciłem do tego piwa, a samo wspomnienie powoduje we mnie dreszcze. Pan na swoim blogu natomiast mówił o „delikatnej” wędzonce – aż złapałem się za głowę. Czy można nauczyć się czerpać przyjemność ze smaku, który na początku wydaje się całkowicie nieznośny?

To zdecydowanie kwestia praktyki i smaku nabytego. Temat piw wędzonych czy dymionych jest bardzo dobry, ponieważ niewielu osobom smakują one za pierwszym razem. Spotkałem może ze trzy osoby, które były totalnymi laikami i na wycieczce do Bambergu zachwycały się po pierwszy spróbowaniu Schlenkerli – słynnego piwa wędzonego, które ma posmak trochę kiełbasy, trochę szynki, trochę oscypka i jest nieco inne niż grodziskie, jednak również bardzo intensywne. Większość, w tym ja, za pierwszym razem myśli „to nie moja bajka”, dziś jednak jestem wielkim miłośnikiem takich piw. Trzeba też pamiętać, że jest kilka rodzajów piw wędzonych – są między innymi piwa torfowe, które idą smakowo dość radykalnie w rejony... spalonych przewodów elektrycznych, bandaży czy opon. Wydaje się to szokujące, jednak ludzie lubią te aromaty, o czym świadczy choćby popularność szkockiej whiskey. Większość z nas nie przepada za goryczką, która kojarzy się z naturalnymi truciznami – ci, którzy je lubili, nie przekazali dalej swoich genów (śmiech). To w dużej mierze kwestia geograficzna – na przykład Japończycy mają bardzo niską tolerancję na trudną dla nich smakowo goryczkę, co zauważyłem podczas sędziowania.


Rotacja na rynku kraftów jest ogromna. W jaki sposób można być na bieżąco z nowościami? Nie da się przecież dotrzeć do każdego pojawiającego się w sklepie piwa.

Należy pogodzić się z tym, że niemożliwym jest spróbowanie wszystkich piw – w Polsce rocznie pojawia się ponad 1600 nowości. Jeżeli nie mamy rozeznania, to kupowanie kraftów tylko ze względu na kolorową etykietkę jest słabą strategią. Najlepiej spytać sprzedawcę w sklepie specjalistycznym czy barmana w knajpie o radę. Mamy też dostęp do blogów piwnych – w Polsce jest ich okołu stu – warto zatem nieco poszperać w internecie. Oprócz tego odsyłam do portalu RateBeer, który działa podobnie jak chociażby Filmweb – jest tam też ranking polskich piw. Polecić mogę też stronę PolskiKraft.pl – wybierane tam piwa miesiąca z pewnością są warte uwagi.


Wspomniał pan wcześniej o popijaniu pizzy piwem. Czy w przypadku piw rzemieślniczych łączenie takiego trunku z jedzeniem ma sens?

Istnieje taki trend jak foodpairing, dość silny zwłaszcza na Zachodzie – w tym przypadku jest to łączenie piwa i jedzenia, co w dużej mierze nawiązuje do winiarstwa. Osobiście jednak nie przepadam za takimi praktykami – jasne, zdarza mi się popić tę przysłowiową pizzę piwem, jednak nigdy nie będzie to piwo, które będę próbować pierwszy raz. Ale oczywiście, są tacy, którzy są fanami takiego uzupełniania smaku. Można skorzystać z zasady podobieństwa – deser czekoladowy popić ciemnym Imperial Stoutem – lub kontrastu, kiedy to łączymy chociażby tłuste mięso z mocno goryczkowym IPA oczyszczającym kubki smakowe. Trzeba jednak uważać, żeby żaden ze składników foodpairingu nie zdominował tego drugiego – po co pić piwo, skoro jedzenie zabija jego smak?

W naszej rozmowie stale przewija się temat piw koncernowych. Większość konsumentów piwa zamyka swoje eksperymenty na ogólnodostępnych trunkach. Czy da się ustalić jakaś hierarchię piw kupowanych w markecie? Heineken brzmi znacznie lepiej niż Harnaś, jednak czy tak naprawdę między nimi jest aż tak widoczna różnica?

Bardzo polecam grę w ślepy test. Kupić cztery, pięć piw – zarówno te, które uważamy za najlepsze, te nieco gorsze jak i te stereotypowo kiepskie – i poprosić kogoś, żeby za naszymi plecami nalał je do ponumerowanych szklanek. Gwarantuję świetną zabawę, bo odgadnięcie tych piw jest naprawdę trudne. Jesteśmy przekonani, że Żubra, którego pijemy codziennie, rozpoznamy z zamkniętymi oczami – tymczasem miałem okazję brać udział w degustacji, gdzie dyrektor browaru, który produkował jedno ze znanych koncernowych piw, nie rozpoznał go pośród kilku innych. Zachęcam też do eksperymentów z innymi stylami piwa. Prawda jest taka, że pijemy oczami. Kupując piwo koncernowe nie wybieramy konkretnego smaku, tylko pewien wizerunek i fajną reklamę, smak w tej sytuacji jest drugorzędny. W tym przypadku kluczowa jest często pomijana kwestia świeżości. Świeże piwo, nawet jeśli tańsze, prawdopodobnie będzie lepsze niż to droższe i starsze. To częsta sytuacja, bo droższe piwa często „leżakują” na półce w sklepie miesiącami. Odpowiadając wprost na pytanie – nie zdziwiłbym się, gdyby w ślepym teście Harnaś pokonał Heinekena.


Jakie najmocniejsze piwo miał pan okazję pić?

Najmocniejsze, choć podejrzewam jednak tu oszustwo, było szkocie piwo Snake Venom – to jeden z najczęściej oglądanych filmów na moim kanale. Ale wydaje mi się, że ze względu na szeroką dostępność tej marki i stosunkowo niską cenę – około 200 złotych za butelkę w Polsce, na pierwszy rzut oka to szokująca kwota, jednak wcale tak nie jest – producenci nieco przesadzili ogłaszając wypuszczenie na rynek „najmocniejszego piwa świata”. Rzekomo zawartość alkoholu w tym piwie to ponad 60% – ale żeby to osiągnąć bez możliwości destylacji, należy wymrażać wodę z piwa; to historyczna tradycja wywodząca się z koźlaka lodowego. Żeby Snake Venom osiągnął swój poziom zawartości alkoholu, trzeba by wymrażać kilkadziesiąt razy tę wodę. To niezwykle nieopłacalny i czasochłonny proces. W ten sposób z całej warki uzyskalibyśmy jedynie kilka butelek obłędnie drogiego piwa. Informacja o najmocniejszym piwie świata poszła do mediów, jednak z czasem ludzie zaczęli dociekać, jak to w ogóle możliwe – bardzo prawdopodobne, że to fejk. Jestem za to pewny, że najmocniejsze piwo, jakie piłem, miało 27%.


Do którego z alkoholi porównałby pan takie diabelnie mocne piwa?

Na pewno nie do wódki, prędzej do whiskey, chociaż też nie do końca. W tych gęstych trunkach czuć wyraźny słód i mocny alkohol.

To teraz coś z zupełnie innej, nomen omen, beczki. Czy piwo bezalkoholowe można w ogóle nazwać piwem?

Jeżeli była w nim przeprowadzona fermentacja, w wyniku której pojawiło się trochę alkoholu, to jak najbardziej można. Piwo bezalkoholowe może mieć do 0,5% zawartości alkoholu – nie należy się tym zbytnio przejmować, bo podobnie procentowa może być kiszona kapusta, kefir czy chleb na zakwasie. Ja jestem ogromnym miłośnikiem piw niskoalkoholowych – zrobionych od początku do końca zgodnie ze sztuką, jednak mających 1 – 2% alkoholu. W Polsce pojawiło się całkiem sporo takich trunków, a prawdziwym hitem jest 1 na 100 z Browaru Kormoran. Trzeba też pamiętać, że alkohol ma negatywny wpływ na nasz organizm, dlatego czasami dobrą alternatywą może być chociażby pozbawiona cukru Woda Nachmielona z Nepomucena.

Szerszej publiczności pokazał się pan w programie „The Brain. Genialny Umysł”. Była to chyba dość skuteczna walka ze stereotypizacją piwa. Jak wspomina pan występ w telewizji?

Telewizje są bardzo sceptycznie nastawione do piwa, dlatego byłem nieco zdziwiony tą propozycją i miałem spore obawy i wątpliwości, czy brać w tym udział. Mimo wszystko wolałbym być jurorem (śmiech). Wiedziałem, że mam sporo do stracenia – zawsze mogłem nie zgadnąć tych piw, a wtedy moja reputacja ległaby w gruzach. Przeważyła jednak chęć, żeby dotrzeć w prime timie do ludzi nieznających piwnej rewolucji. Samo nagrywanie mojej konkurencji trwało kilkanaście minut, natomiast z moich wypowiedzi do programu trafiło bardzo niewiele – i tylko w związku z tym mam mały niedosyt. Ale uważam, że była to świetna promocja zarówno dla piwowarstwa domowego, jak i dla mnie – po emisji „The Brain” osiągnąłem pułap 100 tysięcy subskrybentów na YouTubie – dlatego całokształt oceniam na plus. Polecam spróbować piwa z zamkniętymi oczami – sam tego wcześniej nie praktykowałem, wzrok daje nam bardzo dużo informacji. Czasami możemy sami się oszukać, biorąc chociażby jasne piwo za ciemne.


Regularna i świadoma konsumpcja piwa wpływa na odbiór innych alkoholi? Czy dzięki analitycznemu spojrzeniu na piwo również w winie, wódce lub whiskey da się zauważyć coś więcej?

Uważam, że jak najbardziej pozwala to poznać świat innych alkoholi. Bardzo lubię wina, miałem okazję brać udział w degustacjach organizowanych przez importerów, z którymi natychmiast znalazłem wspólny język. Może niektóre pojęcia są dla nas nieco inne, ale pasjonat piwa szybko dogada się z pasjonatem wina. Do świata whiskey również można przejść ze świata piwnego i znaleźć tam wiele ciekawych nut. Na boczny tor schodzi w tym momencie wódka – zdarza mi się słyszeć głosy, że nieco deprecjonuję ten trunek. Rzeczywiście, powstają wódki rzemieślnicze czy owocowe bimbry, które mogą mieć ciekawy bukiet, ale wódka w sensie mainstreamowym – podobnie jak piwa koncernowe – nie niesie za sobą żadnych walorów smakowych. Co ciekawe, degustacyjną wódkę należy pić w temperaturze otoczenia – czyli ciepłą. A to raczej się nie zdarza (śmiech).

Piwo w Polsce nadal budzi niesłuszne kontrowersje?

Mam nadzieję, że wkrótce doczekamy zmiany Ustawy o wychowaniu w trzeźwości, która pochodzi jeszcze z czasów stanu wojennego i zaczniemy promować odpowiedzialne picie. Alkohol w postaci piwa czy wina służy przecież nie tylko upijaniu się. W skali Europy spożycie Polaków nie jest jakieś ponadprzeciętne, a pomysły polityków chociażby o utrudnianiu działalności sklepów monopolowych są mocno prohibicyjne. A doskonale wiemy, czym skończyła się prohibicja w Stanach Zjednoczonych.

Oglądany: 40089x | Komentarzy: 78 | Okejek: 251 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało