Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Janusz w Londynie, czyli o tym, jak chciałem zapłacić bloody tax

53 416  
181   76  
Początkiem października, gdy nie miałem pracy i tułałem się z planu na plan, dostałem list z brytyjskiego Urzędu przez duże „U”. Krzysiu, współlokator, z uśmiechem wręczył mi otwartą, brązową kopertę mówiąc, że nie skojarzył, że to moje imię i nazwisko. Zdarza się. Januszów jest jak psów na tym świecie. Wyciągam list, czytam i dostaję mentalnego strzała z liścia.


150 funtów podatku do zapłaty! - Daaaaaamn! Mooootherfucker! - zaczął krzyczeć mały Samuel L. Jackson siedzący w czeluściach mojej głowy. Wspaniałe podsumowanie dnia! Nie dość, że nie mam pracy, automatycznie nie mając pieniędzy, dostaję jeszcze list z poleceniem zapłaty. Aniołki ze świetną widocznością z góry na pewno teraz srają ze śmiechu.

Okazało się, że Krzysiowi też przyszedł list uprzejmie informujący w stylu „Keep Calm and Wisisz Hajs, ciulu”. Żeby tego było mało, Patrycji, mojej lubej, która pracowała, przyszedł zwrot podatku. Tego samego wieczora utopiliśmy sprawiedliwość w butelce taniego whiskacza. Termin: 31 stycznia. Trochę czasu jeszcze zostało.

26 stycznia. Dzień Zapłaty zaczął się zbliżać bardzo szybko, więc żeby mieć to z głowy, postanowiłem zapłacić wcześniej. Jednak na liście z Urzędu nie było żadnej informacji, JAK mam to zrobić. Żadnego adresu, numeru konta, nazwiska, sposobu, jedynie kwota i termin. Przewertowałem dodatkowe papiery i znalazłem numer telefonu. Zadzwoniłem i przeprowadziłem przemiłą rozmowę z automatyczną sekretarką:

- Hello. How can I hep you?
- Hello, I’m calling about my tax calculation. I owe a tax and I don’t know how to pay – krótko wyjaśniłem.
Cisza.
- Do you calling about tax calculation? – nawet automatyczna sekretarka chyba nie potrafiła zrozumieć mojego kaleczonego angielskiego.
- Yes.
- Do you have tax return?
- No! I owe a tax!
- A tax?
- Yes, kurwa! – zacząłem tracić cierpliwość.
- OK. If you're calling about tax calculation, please visit our website www.gov.uk
- KURWA!

Rozłączyłem się. Automat chyba też stracił do mnie cierpliwość i nie był tak wytrwały jak ja, więc skierował mnie na stronę internetową. Przynajmniej zachował przy tym brytyjską cierpliwość.

Wchodzę na podaną stronę. Muszę się zarejestrować, więc klikam w odpowiedni przycisk. Na ekranie pojawia się kilka odnośników informujących, że za pomocą tych stron mogę dokonać rejestracji. Do wyboru mam Post Office, Royal Mail, Sratytaty i inne gówna. Wybieram Post Office.

Pojawia się biało-czerwona strona (jak narodowo!) z jakąś leżącą na zielonej trawce kobietą ze śnieżno-białymi zębami, cieszącą się do laptopa. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak cieszyłem się do sprzętu, zwykle bardziej byłem wkurwiony tym, że internet słabo chodzi. Komunikat: wybierz adres e-mail, za pomocą którego dokonasz rejestracji. Wybieram. Wpisz hasło, powtórz hasło. Wpisuję. Hasło jest za krótkie. Oho, pierwsze przeszkody. Dokładam parę liter i cyfr. Hasło powinno zawierać jedną dużą literę i znak. OK, spokojnie. Wpisuję ponownie z małymi zmianami. Zaakceptowane. Pewno nawet tego hasła nie zapamiętam.

Po chwili znów widzę kobietę z białymi zębami i komunikat: podaj numer telefonu do weryfikacji. OK. Podaj kod wysłany esemesem dosłownie przed chwilą. Wypuszczam powietrze i wyciągam telefon. Nie ma żadnej wiadomości. Mija minuta, dwie... Nic. Klikam wyślij ponownie. Pojawia się informacja: „wiadomość została wysłana dwie minuty temu”. KURWA, TO GDZIE ONA JEST?! Jeszcze nawet nie zdążyłem się dobrze zalogować, a już jestem maksymalnie wkurwiony. Klikam jeszcze tak z 20 razy wyślij ponownie, po czym strona zawiesza się i sama się restartuje. Wybierz adres e-mail, za pomocą którego dokonasz rejestracji. Przychodzi esemes z kodem.

Po półgodzinie nierównej walki udaje mi się przejść proces rejestracji. Wpisz swoje dane. Imię, nazwisko, adres. Podaj swój numer konta. Zaświeca się polska czerwona lampka w głowie o możliwym oszustwie, ale stwierdzam, że zaryzykuję. Włącza się „ankieta”.

- Czy masz brytyjski paszport?
- Nie.
- Czy masz brytyjski dowód?
- Nie.
- Czy masz brytyjskie prawo jazdy?
- NIE.
- Czy mieszkasz na terytorium Wielkiej Brytanii?
- Kurwa, podawałem przecież adres... Tak.
- Jak długo?
- AAAAAAAAA!
- Czy posiadasz nie-brytyjski paszport?
-

...taaaak...
- Czy posiadasz smartfona z systemem Android?
- Tak.
- Czy możesz ściągnąć aplikację?
- A co, jeśli nie mogę? Co, jeśli mam zapchaną pamięć?
- To pożycz od kogoś.
- Dobra, mam...
- Pobierz aplikację POST.

Ze sterczącymi we wszystkie strony świata włosami pobieram aplikację POST. Następnie mam zeskanować podany kwadratowy kod. Skanuję. Sterczę dosłownie 10 minut i próbuję zeskanować pieprzony kwadracik. W końcu udaje się. Zrób zdjęcie paszportu. Pstryk. Zrób selfie z przodu i z boku. Pstryk i pstryk. Chęć do życia i czegokolwiek już dawno odeszła. Ze zrezygnowaniem zacząłem zastanawiać się, czy można popełnić samobójstwo za pomocą łyżeczki do herbaty.

łacz>

łacz>

łacz>


Następnie spytali się o to, czy mam nie-brytyjskie prawo jazdy. Waląc głową w klawiaturę odpowiadam tak, mam. Dosłownie ta sama czynność, jak w przypadku paszportu. Proces dobiegł końca. Czekam na internetową weryfikację danych. Dostaję informację, że są zajęci i to może trochę potrwać. Zaczynam robić rachunek sumienia. Po chwili pojawia się komunikat: fotografie nie są wyraźne. Przejdź proces jeszcze raz.

Po kolejnej półgodzinie zakończyłem proces weryfikacji. Przede mną na ekranie wyświetlało się moje pięknie zapchane danymi konto, a nad nim uśmiechająca się kobieta na zielonej trawce. Może ten uśmiech to po prostu skurcze mięśni i tak już jej zostało? Chyba nie ma innego wytłumaczenia. No, dobra. Ale co dalej? Dalej nie wiem, jak mam zapłacić ten madafakerski tax. Zauważam czat. Mogę popisać z jakimś pinglarzem z przylizanymi włoskami, który, jak informują, odpowie mi na wszystkie pytania. Po skrupulatnej selekcji pytań o sens istnienia wybrałem to najważniejsze: jak mogę zapłacić pieprzony podatek? Po dwóch minutach ziomek pod krawatem (tak sobie to przynajmniej wyobrażam) odpisał.

- Jak mogę ci pomóc?
- Chciałbym zapłacić podatek.
- Świetnie! Czy jesteś samozatrudniony?
- Nie.
- Czy oczekujesz zwrotu podatku?
- Nie. Po prostu wiszę hajsik rządowi i chcę to uregulować.
Cisza. Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Może sytuacja, w której ktoś chce zapłacić coś rządowi jest dla niego zbyt absurdalna.
- OK. Chcę się tylko upewnić. Chcesz zapłacić zaległy podatek?
- Taaaak.
- OK. Zaraz wyślę ci krok po kroku, co masz zrobić.

Dostałem listę zadań.
1. Wejdź w podany link. Wszedłem
2. Kliknij w to, co masz kliknąć. To takie oczywiste. Kliknąłem.
3. Powinieneś teraz być na stronie rządu. Czyli tam, gdzie byłem na samym początku.
4. Kliknij, że byłeś już zweryfikowany. Kliknąłem.
5. Kliknij za pomocą jakiej strony dokonałeś weryfikacji. Kliknąłem.
6. Zaloguj się na stronę. Kurwa... Przecież jestem zalogowany...

Znów podałem maila, hasło, które na szczęście pamiętałem (nie wiem, jakim cudem), znów wysłali mi kod na esemes, tym razem poprawny i po tej całej gehennie w końcu wylądowałem na stronie, na której była podana kwota do zapłaty. Kliknąłem zapłać, znów podałem dane do zapłaty, ściągnąłem PDF z potwierdzeniem. Czułem się starszy przynajmniej o 2 lata. Sprawdziłem, czy nie wyrosła mi mojżeszowa broda i czy w szafie mole nie pozjadały mi ubrań. Poczułem się wolny, dosłownie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Gdy opowiedziałem Krzysiowi, jak się uporałem z brytyjskim systemem płacenia podatku, stwierdził krótko: „Mam to w dupie, nie chce mi się przez to przechodzić”. Aż trudno uwierzyć, że ktoś, kto chce ZAPŁACIĆ podatek, musi przejść taką drogę. Jakby chcieli mu to wyperswadować. Czy nie wiele prościej byłoby podać dane w liście? Numer konta? Adres, na który możesz wysłać czek? W Polsce taką sprawę załatwiłbyś w pięć minut. Co innego, gdybyś chciał dostać pieniądze.

łacz>

Oglądany: 53416x | Komentarzy: 76 | Okejek: 181 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało