Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Historie ze skoczni, część II: Dziadek, rewolucja i nutka szaleństwa

27 791  
215   15  
Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongczangu zbliżają się wielkimi krokami, wracamy zatem na skocznię, by opowiedzieć kilka interesujących historii związanych ze skokami narciarskimi.


Ponownie nie zabraknie akcentów historycznych okraszonych polskimi nazwiskami, opowieści o niesprawiedliwości oraz o tym jak siła charakteru przezwyciężała trudności, które wydawały się – nomem omen – nie do przeskoczenia.

Najważniejszy skok życia



O Stanisławie Marusarzu, królu polskiego narciarstwa XX wieku, możecie poczytać także w części I, gdzie dowiecie się o kulisach zdobycia przez niego wicemistrzostwa świata. Historie z życia Dziadka mogłyby stanowić niezły scenariusz nie tylko filmu biograficznego, ale wręcz dramatu lub kina akcji. Marusarz, kiedy wybuch II wojny światowej przerwał jego karierę, okazał się prawdziwym patriotą. Zamiast szukać bezpiecznego schronienia podjął się szalenie niebezpiecznego zajęcia – został kurierem, przeprowadzał polskie wojska przez Tatry ze Słowacji do Węgier. Góry znał jak własną kieszeń, dysponował znakomitą kondycją, wydawałoby się więc, że nadawał się do tej roli idealnie. To oczywiście prawda, lecz w 1939, rok po zdobyciu wicemistrzostwa globu, Marusarz był już znanym sportowcem. Co za tym idzie, jego twarz była doskonale rozpoznawalna w Słowacji. Właśnie to było powodem jego pierwszego aresztowania w marcu 1940 roku. Słowaccy żandarmi zrozumieli czym się zajmował i mimo prób przekupienia, byli bezwzględni – natychmiast zawiadomili gestapo. Dziadek oczywiście nie zamierzał czekać na przyjazd nazistów. Ku zdziwieniu Słowaków, niemal natychmiast wyskoczył z okna komendy, w której był przetrzymywany, po drodze ogłuszając strażnika. Czmychnął w las, a zdziwieni żołnierze nawet nie zdołali odpowiednio zareagować.

To było pierwsze ostrzeżenie dla Stanisława. Wkrótce wrócił do Zakopanego, zdając sobie jednak sprawę, że wobec coraz bardziej nasilających się aresztowań sportowców, w końcu nadejdzie i jego kolej. Nie mógł żyć w spokoju, bez strachu o własne życie. Zmotywowany lękiem i brakiem innych możliwości, wraz ze swoją żoną Ireną podjął decyzję o ucieczce w kierunku Węgier. Marusarzom szczęśliwie udało się pokonać Tatry oraz niemal całą Słowację. Kiedy byli blisko celu, przy węgierskiej granicy zostali schwytani przez członków współpracującej z Niemcami słowackiej straży przygranicznej. Szybko okazało się, że Stanisław został oddzielony od swojej żony Ireny, którą ponownie spotka dopiero kilka lat później. Pomni na doświadczenia Słowacy tym razem postanowili lepiej pilnować Dziadka i oddali go Niemcom, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Po długiej podróży przez Muszynę, Nowy Sącz i Zakopane, gdzie został poddany okrutnym przesłuchaniom, wycieńczony Stanisław trafił do Krakowa. Więzienie przy Montelupich od 1940 roku było przeznaczone jako miejsce kaźni polskich patriotów i właśnie tam umieszczono Marusarza wraz z setkami innych nieszczęśników. Więźniowie byli bici, poniżani, opluwani niemal przez cały czas. Jak po latach wspominał nasz bohater, Niemcy byli niewyobrażalnie okrutni. Nie było więc mowy o najmniejszych przejawach buntu, ponieważ osadzeni nie mieli wątpliwości, że takie zachowanie skończyłoby się masowym mordem.

Dziadek już od pierwszego dnia szukał okazji do ucieczki. Wraz z Aleksandrem Bugajskim, dawnym podoficerem WP, z którym się zaprzyjaźnił, od samego początku bacznie obserwował strażników, szukając możliwych luk z zabezpieczeniach lub ich słabych punktów. Po pewnym czasie dostał od katów propozycję nie do odrzucenia. Miał szkolić niemieckich narciarzy, a w zamian w spokoju przeżyć wojnę. Marusarz oczywiście się na to nie zgodził. Oznaczało to, że nie jest już do niczego potrzebny i mógł spodziewać się rychłego końca. Wkrótce, razem z grupą 140 innych więźniów, Polak został przetransportowany do celi śmierci, gdzie wraz z kilkoma innymi skazańcami zaczął obmyślać plan ucieczki. Należało wygiąć kraty w oknach, następnie przecisnąć się przez powstały otwór, po czym wyskoczyć z drugiego piętra na dziedziniec. Do pokonania pozostałby wtedy czterometrowy mur zakończony drutem kolczastym. Ostatnim etapem miał być jak najbardziej mylący strażnika bieg poza ogrodzeniem, tak by sprawne oko snajpera nie posłużyło do oddania celnego strzału.

Kiedy plan wszedł w życie i więźniom udało się odgiąć kraty, wszyscy zaczęli bezgłośnie przepychać się do okna, walcząc o życie. Stanisławowi ta sztuka udała się jako szóstemu. Wyskakując z okna, spadał na łeb na szyję głową w dół, lecz dzięki doświadczeniu zdobytemu na skoczni udało mu się obrócić w powietrzu i wylądować na nogach. Natychmiast przebiegł dziedziniec, po czym, pomagając sobie wystającą z zamkniętych drzwi klamką, wspiął się na mur dzielący go od wolności. Nie zwracając uwagi na wbijające się w ciało metalowe druty, Dziadek znalazł się na górze, zeskoczył w dół i ruszył szaleńczym biegiem ku wolności wraz z innymi. Każdy uciekał w swoją stronę. Gdy więźniowie byli na murach, rozległy się pierwsze syreny alarmowe, zaterkotały karabiny. Marusarzowi oraz Bugajskiemu udało się przeżyć, reszta osadzonych zginęła z rąk esesmanów podczas rozpaczliwej próby ucieczki od nieludzkiego okrucieństwa.

Był to bez wątpienia najważniejszy skok w życiu Stanisława Marusarza. Człowiek o niesamowitej woli życia, zwyciężył z niesprawiedliwym losem, swoją pogodą ducha zachęcając towarzyszy niedoli do podjęcia ryzyka. Mimo że nie wszyscy mieli tyle szczęścia, niewątpliwie woleli zginąć próbując odzyskać wszystko co stracili, niż zostać bestialsko rozstrzelani przez znienawidzonego wroga.

Co działo się dalej z Marusarzem? Po wojnie kontynuował karierę skoczka. Młodzi z szacunkiem chylili przed nim czoła, nazywając Dziadkiem. Cały narciarski świat szanował go zarówno za dokonania sportowe, jak i wszystko co zrobił podczas wojny. Stanisław karierę sportową oficjalnie zakończył w 1957 roku w wieku 43 lat. Niecałą dekadę później został zaproszony w charakterze gościa specjalnego na 15. Turniej Czterech Skoczni rozgrywany w 1966 roku. W wieku 53 lat jako przedskoczek na Große Olympiaschanze w niemieckim Garmisch-Partenkirchen osiągnął ponad 60-metrową odległość, udowadniając, że „Dziadek” to jedynie pseudonim… A także legenda, którą stał się już za życia. W 1980 roku, przy okazji rozgrywanych w Lake Placid Zimowych Igrzysk Olimpijskich, ponownie wziął udział w imprezie jako gość honorowy. W 1989 zakopiańską Wielką Krokiew nazwano jego imieniem.

Stanisław Marusarz zmarł w 1993 roku, jednak w naszej pamięci nie umrze nigdy. Dziadka zapamiętamy jako wspaniałego sportowca, człowieka, który walczył dla Ojczyzny i najtrudniejszą walkę wygrał we wspaniałym stylu. Niezłomny charakter nigdy nie pozwolił mu się poddać, co więcej – był on natchnieniem dla kolejnych pokoleń sportowców, stanowiąc bez wątpienia znakomity wzór do naśladowania. I będzie stanowił go nadal - jestem przekonany, że wszyscy młodzi narciarze myślący o rozpoczęciu kariery sportowej powinni zapoznać się z jego wielkimi dokonaniami, jeśli nie sami z siebie, to za inicjatywą trenerów.

Szaleństwo w Planicy i rekord na rauszu



Loty w Planicy w marcu każdego roku kończą sezon skoków. Najczęściej wszystkie karty są już rozdane, rywalizacja w Pucharze Świata rozstrzygnięta, a najważniejsze medale spoczywają w rękach zwycięzców. Nic więc dziwnego, że pojawia się pewne rozluźnienie. Zawody na Velikance (czy też, jak powinniśmy ją dzisiaj nazywać, Letalnicy) odbywają się wczesną wiosną, w klimacie picia piwa, grillowania i wielkiego przyjęcia, podczas którego państwa uczestniczące w zawodach prezentują pochodzące z ich stron kulinaria. Jest to wieloletnią tradycją, nic w tym zresztą dziwnego. Skoki narciarskie to wymagający sport, zatem w ten jeden szczególny weekend zawodnicy mają prawo do odrobiny relaksu i zabawy we wspólnym gronie.

Nie inaczej było w 2005 roku. Poza zwyczajową imprezą w tzw. „miasteczku skoczków”, ostatni konkurs sezonu 2004/2005 zapadł w pamięć kibicom przede wszystkim ze względu na swoją widowiskowość. Walter Hofer, dyrektor Pucharu Świata, tego dnia najwyraźniej też wypił jednego drinka więcej niż dotychczas, bo razem z resztą jury zupełnie zapomniał o bezpieczeństwie. W rezultacie pozwalano zawodnikom na oddawanie ekstremalnie dalekich, prób. Nie przejmowano się faktem, że najlepsi mogą po prostu przeskoczyć skocznię, robiąc sobie przy tym krzywdę. Dzisiaj jest to sytuacja niewyobrażalna, zwłaszcza od kiedy sędziowie mają możliwość manipulowania wysokością rozbiegu podczas konkursu.

Trzynaście lat temu jednak nikt nie chciał przerywać ostatniego konkursu sezonu, mimo że w pewnym momencie sytuacja zaczynała być naprawdę niecodzienna. Podczas całego konkursu aż czterokrotnie (!) ustalano nowy rekord świata w długości lotu. Rekordzistą został ostatecznie Norweg Bjoern Einar Romoeren, który poszybował na niebotyczną wówczas odległość 239,5. Najdalszy skok dnia oddał jednak Janne Ahonen. Fin doleciał aż do 240 metra, niestety przy lądowaniu ciężko uderzył plecami o zeskok i został zabrany na noszach ze skoczni. Wszyscy zamarli, na szczęście zawodnikowi nic wielkiego się nie stało. Później okazało się, że skakał na potężnym kacu, spowodowanym całonocną libacją alkoholową.

Ciężko spekulować, czy gdyby Janne nie miał procentów we krwi, wylądowałby poprawnie i został nowym rekordzistą czy przeciwnie – skoczył o wiele bliżej. Dość powiedzieć, że dzięki wyczynowi „Maski” (Czemu Maski? To już temat na osobną historię) ten niesamowity konkurs zyskał sporo dramatyzmu. Do tej pory pamiętam, że siedząc przez telewizorem, miałem szczękę na podłodze i długo nie mogłem uwierzyć w to co właśnie się wydarzyło w Planicy. Oglądałem setki konkursów skoków narciarskich, ale do tej pory ten jeden uważam za najlepszy pod względem czysto sportowym. Być może moją opinię nieco zniekształca sentyment oraz to, że byłem wtedy dzieckiem, ale nawet z dzisiejszego punktu widzenia było to coś absolutnie niesamowitego.

Przypadkowa rewolucja



Jan Boklöv w pierwszej połowie lat 80. był przeciętnym, niczym nie wyróżniającym się zawodnikiem. Pierwszym wydarzeniem, które sprawiło, że świat skoków zwrócił na niego większą uwagę, był upadek, którzy przytrafił mu się podczas zawodów w Lahti w 1985 roku. Boklöv obrócił się w powietrzu i spadł na plecy z dużej wysokości, stając się autorem najbardziej straszliwego upadku jaki do tej pory widziały skoki narciarskie. Półżywego Szweda natychmiast wywieziono ze skoczni, na szczęście wkrótce udało mu się wrócić do zdrowia i formy. Od razu dostrzegły go media, które wciąż skupiały się na wypadku, lecz, jak nietrudno się domyślić, tak mroczna sława Boklöva w zupełności nie interesowała.

Przełomowe wydarzenie, które odmieniło nie tylko karierę 19-letniego wówczas Jana, ale jak się później okazało, także całą uprawianą przez niego dyscyplinę, miało miejsce na treningu. W lecie 1985 roku szwedzka kadra skoczków spokojnie ćwiczyła na igielicie, przygotowując się do sezonu zimowego. Podczas jednego ze skoków Boklöv popełnił błąd. Narty rozjechały mu się w powietrzu na boki, uniemożliwiając lot w stosowanym wtedy przez wszystkich stylu klasycznym. Ku zdziwieniu samego zawodnika, który spodziewał się lądowania na buli, pomyłka ta zaowocowała odległością o 10 metrów większą, niż kiedykolwiek osiągnął na igielicie. Rewolucyjne odkrycie zostało ujawnione wyłącznie najbliższym. Szwedzi uznali, że trzeba przeprowadzić szczegółowe testy odkrytego przypadkowo rozwiązania. Sam Boklöv już wtedy słusznie przeczuwał, że stało się coś ważnego. Rok później zapowiadał, że stanie się jednym z trzech najlepszych skoczków globu. Tak śmiałe wyznanie spotkało się z kpinami i ironicznym śmiechem ekspertów, przekonanych, że młody Szwed jest niespełna rozumu.

W latach 1986 i 1987 Boklöv jako jedyny używał wynalezionego przez siebie stylu, który dziś znamy jako „V”. Zauważył to pewien norweski naukowiec, który zainteresował się niecodziennymi skokami Szweda do tego stopnia, że podjął się przeprowadzenia szczegółowych badań nowego stylu. Ich wyniki były zaskakujące – okazało się, że powierzchnia nośna zawodnika ułożonego w kształcie litery V jest aż o 35% większa niż w przypadku równoległego prowadzenia nart w locie. Rezultaty zostały przesłane do Norweskiego Związku Narciarskiego, gdzie zamieciono je pod dywan i zupełnie zignorowano całą sprawę. Tymczasem Jan nie rezygnował z nierozumianego przez narciarski świat stylu, co zaczęło przynosić wymierne rezultaty. 10 grudnia 1988 roku w Lake Placid odniósł swoją pierwszą wiktorię w Pucharze Świata. Było to także premierowe zwycięstwo szwedzkiego zawodnika w zawodach tej rangi. Członkowie FIS potraktowali to jako wypowiedzenie wojny wszystkim wyznawanym przez siebie wartościom. Niezależnie od faktu, że Szwed zaczął osiągać odległości nawet o 10 metrów lepsze od rywali, działacze ostentacyjnie oznajmiali, że w skokach liczy się nie tylko odległość, ale też styl. A jedynym, który akceptowali, był styl klasyczny. Doszło nawet do tego, że sędziom zabroniono oceniania Boklöva na 18 i więcej punktów.

Naszemu rewolucjoniście oczywiście to nie przeszkadzało. Odmówił kontaktów z ówczesnym szefem FIS, Torbjoern Yggesethem, który jako Norweg był największym przeciwnikiem nowego stylu, będącego przecież przeciwieństwem tradycjonalnego podejścia, wykreowanego właśnie w kraju wikingów. Boklöv dalej robił swoje, co więcej, osiągał znakomite wyniki. Mimo że sędziowie skąpili mu dobrych ocen, zazwyczaj przyznając 15-punktowe noty za styl, odległościami zdecydowanie wygrywał z konkurencją. W sezonie 1988/1989 zaowocowało to pięcioma wygranymi konkursami Pucharu Świata, co ostatecznie pozwoliło Szwedowi na triumf w całym cyklu, mimo wrogiego nastawienia działaczy i sędziów. Niestety, kariera Boklöva nie trwała długo. Jeszcze tego samego roku, na początku kolejnego sezonu uszkodził sobie kolano. Kontuzja uniemożliwiła dalsze skoki i ostatecznie zakończyła karierę człowieka, który zupełnym przypadkiem zrewolucjonizował skoki narciarskie.

Styl V stopniowo zyskiwał aprobatę kolejnych zawodników, nie wszyscy jednak potrafili się do niego przystosować, co sprawiło, że większość świetnych do tej pory skoczków nie błyszczało już w latach 90. tak jak w czasach świetności stylu klasycznego. Zdarzały się jednak wyjątki. Największy z nich to niewątpliwie Jens Weißflog, trzykrotny mistrz olimpijski, który swoje złote medale zdobywał zarówno skacząc w stylu klasycznym (Sarajewo 1984), jak i "V" (2x Lillehammer 1994). Można odnieść wrażenie, że wielu kolegów z jego generacji, którzy nie potrafili się przystosować, musieli czuć wyjątkowy ból… głowy, patrząc na wybitne osiągnięcia Niemca.

Ciekawostka: Ostatni rekord świata w długości skoku stylem klasycznym należy do naszego świetnego lotnika Piotra Fijasa, który w 1987 osiągnął w Planicy 194 metry. Wszystkie dalsze odległości zostały uzyskane przy użyciu stylu wynalezionego przez Boklöva.



Na tym kończymy drugą część Historii ze Skoczni, cyklu, w którym staram się pokazać skoki narciarskie z nieco innej perspektywy. Jak widać, jest o czym opowiadać, bo sport ten obfituje w mnóstwo historii wartych przytoczenia. Sezon wciąż trwa, Igrzyska za pasem, więc myślę, że nie wszystko zostało jeszcze opowiedziane. Póki co jednak odkładam pióro na biurko, bo czas na kolejne opowieści dopiero nadejdzie.

<<< W poprzednim odcinku

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5

Oglądany: 27791x | Komentarzy: 15 | Okejek: 215 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.06

19.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało