Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Historie ze skoczni, czyli o rekordach i rekordzistach słów kilka

51 477  
408   41  
Jak powszechnie wiadomo, za sprawą dawnych sukcesów Adama Małysza na światowych czempionatach i Igrzyskach Olimpijskich oraz bliższych nam wyczynów Kamila Stocha, skoki narciarskie stały się naszym kraju niemal tak popularne jak niedościgniona piłka nożna.


Zdecydowana większość niedzielnych kibiców zapytana o historię tej dyscypliny opowie jedynie o największych triumfach Orła z Wisły, który za najlepszych czasów wyprzedzał rywali o całe lata świetlne. Warto jednak przyjrzeć się nieco głębiej historii skoków, ponieważ kryje ona w sobie mnóstwo interesujących ciekawostek i anegdot, sięgających nieco dalej niż skocznie i ich okolice. Dla niektórych to dyscyplina, w której ciągle dzieje się to samo, dla mnie – temat do snucia niecodziennych opowieści o ludziach, których los został nierozerwanie związany z nartami i śniegiem. A jest o czym opowiadać, ponieważ historia tego sportu obfituje w niecodzienne przypadki, które warto przytoczyć. Zatem bierzcie kubki czegoś rozgrzewającego w dłonie i zaczynamy.

Moralny mistrz świata



Stanisław Marusarz, znany jako „Dziadek”, to nie tylko prawdziwa legenda skoków narciarskich, ale także przykład człowieka wielkiej klasy. Wyróżniony m.in. Orderem Wojennym Virtuti Militari oraz Orderem Odrodzenia Polski zakopiańczyk oprócz zasług czysto sportowych ma na swoim koncie również działalność w Armii Krajowej. Dziadek znany był jako przykład niezłomnego sportowca, patrioty i propagatora sportu. Był on także jednym z pierwszych polskich skoczków, który osiągał wielkie sukcesy za granicą. Miał na swoim koncie rekordy kraju i świata w długości skoku narciarskiego. Wielokrotny olimpijczyk, wzór dla wielu pokoleń sportowców. Legendarny człowiek, który na zawsze pozostanie w sercach Polaków, swój największy sukces na skoczni osiągnął w 1938 roku podczas Mistrzostw Świata w fińskim Lahti. Na treningach prezentował wyborną dyspozycję, która pozwalała mu oddawać najdalsze skoki z całej stawki. Podczas mistrzowskiego konkursu dwukrotnie bił rekord obiektu, osiągając odpowiednio 66 i 67 metrów w I i II serii zawodów. Po finałowym skoku Dziadka wśród sędziów nastał spór o rzeczywistą odległość, którą osiągnął. Fiński arbiter wskazywał na 67,5 m, z czym nie zgodził się sędzia z Norwegii. Ostatecznie Marusarzowi uznano 67 m. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że decyzja Norwega była podyktowana świetnymi skokami jego rodaka, Asbjorna Ruuda. Jeśli Polakowi zgodnie z prawdą uznano by 67,5 m, zostałby bezapelacyjnym mistrzem świata.
W protokole wpisano jednak dystans krótszy o pół metra. Ta manipulacja wynikiem sprawiła, że pierwsze miejsce zajął Ruud, pokonując Dziadka minimalną różnicą 0,3 pkt. Decyzja spotkała się z oburzeniem nie tylko kibiców, ale także samych zawodników, którzy uznali, że prawdziwym mistrzem został Stanisław Marusarz. Co ciekawe, ostateczny wynik zbojkotował również sam Ruud. Chcąc zachować się honorowo, wręczył puchar zwycięzcy Marusarzowi, jasno pokazując, kogo uważa za mistrza. Jak na dżentelmena przystało, Polak wykazał się taktem i nagrody nie przyjął. Zachowanie Ruuda jasno wskazuje, że doszło do sfałszowania wyniku na korzyść zawodnika, który na zwycięstwo nie zasługiwał. Było to jedno z największych oszustw w historii skoków narciarskich i sytuacja bez precedensu. Mimo że sam Marusarz oczywiście zdawał sobie sprawę z jakości swoich prób, wiedział też, że drugie miejsce w czempionacie to jego życiowy sukces. Cieszył się zatem z chwili triumfu. Kibice i działacze sportowi z Finlandii i Norwegii uważali, że to on jest najlepszym skoczkiem globu, przez co nazywano go wówczas „moralnym mistrzem świata”. Ponadto w plebiscycie Przeglądu Sportowego został wybrany przez kibiców najlepszym polskim sportowcem roku 1938. Niewątpliwie był to najlepszy rok w jego karierze, a także największy sukces, który mógł i powinien być jeszcze większy. Zawiniła nieuczciwość i pazerność, lecz w tej sytuacji i tak wygrała zwyczajna ludzka przyzwoitość, która cechowała dwóch najlepszych skoczków tamtych mistrzostw.

Zasada 191 metrów



Zakończone właśnie Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich w Oberstdorfie przebiegły wyjątkowo spokojnie. Poza odwołaną ostatnią serią zawodów indywidualnych, pogoda nie wpłynęła w dużym stopniu na ostateczne wyniki, pozwalając na sprawiedliwą rywalizację. Nie zawsze tak było. W 1986 w Kulm, miejscu do dziś uważanym za jedną z najbardziej niebezpiecznych skoczni świata, aż trzech skoczków spadło na zeskok podczas lotu. Sytuacja stała się na tyle poważna, że od razu przetransportowano ich do szpitala. Był to czas, kiedy zawodnicy usilnie starali się bić kolejne rekordy świata w długości lotu, co miało bezpośredni wpływ na tak niebezpieczne wypadki. Międzynarodowa Federacja Narciarska zareagowała natychmiast. Uznano, że 191 metrów osiągnięte przez Andreasa Veldera to wystarczająca odległość i ze względu na bezpieczeństwo zawodników kolejne rekordy nie będą już oficjalnie notowane. Żeby ostatecznie zniechęcić skoczków do podejmowania niepotrzebnego ryzyka, uznano, że w przypadku prób dłuższych niż 191 metrów kolejne punkty za odległość nie będą doliczane do noty. Oznaczało to, że nawet jeśli zawodnik przekroczy tę granicę, nie dostanie ani jednego dodatkowego punktu. Pomysł sam w sobie był kuriozalny, a jego konsekwencje, jak wkrótce się okazało, ośmieszyły działaczy FIS na całej linii.

Przełom lat 80. i 90. w skokach narciarskich był czasem dynamicznych zmian. Szwed Jak Boklov pokazał światu skuteczność stylu V, który stopniowo zdobywał uznanie kolejnych zawodników. Kiedy Mistrzostwa Świata w Lotach w 1994 przyznano największej na świecie skoczni w Planicy, można było przypuszczać, że nowy styl zaowocuje znacznie dłuższymi skokami niż dotychczas. Już na treningu przed mistrzostwami złamana została magiczna bariera 200 metrów. Jako pierwszy ponad dwustumetrowy skok ustał Toni Nieminen, osiągając 203 metry, wkrótce jego osiągnięcie poprawił Espen Bredeen, lądując na 209 metrze. Okazało się wówczas, że pokonanie nie tylko wyznaczonej przez FIS granicy 191 metrów, ale także 200 i więcej metrów jest zupełnie bezpieczne, co kłóciło się z założeniami działaczy. Co więcej, gdyby takie skoki oddano w konkursie rangi mistrzowskiej, zawodnikom z noty łącznej obcięto by punkty aż za kilkanaście metrów i mogłoby dojść do ogromnego skandalu. W cieniu takich dywagacji na Velikance rozpoczęły się 13. Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich. Przepisy nie zostały zmienione, lecz FIS jako formę rekompensaty dla skoczków przekraczających 191 metrów nakazał sędziom przyznawanie wysokich not za takie skoki niezależnie od faktycznego lądowania. Wyglądało na to, że działacze pogrążają się coraz bardziej. Już w pierwszej serii Japończyk Takanobu Okabe osiągnął 194 metry, lądując brzydko, na dwie nogi. Nie dość, że policzono mu odległość 3 metry mniejszą od rzeczywistej, to sędziowie obdarowali go hojnie 19-punktowymi notami. Nota łączna nie odzwierciedlała zatem w żaden sposób jego rzeczywistego wyczynu, co tylko ujawniało jak bardzo głupim pomysłem była reguła Federacji. Ponadto w drugiej serii Roberto Cecon skoczył 199 metrów z chwiejnym lądowaniem. Jemu także przyznano świetne oceny sędziowskie, ale ostateczny rezultat punktowy odzwierciedlał skok o 8 metrów krótszy. Wpłynęło to na wyniki zawodów znacząco – gdyby Włochowi policzono rzeczywistą odległość, zająłby 2 miejsce za plecami Jaroslava Sakali. Jako wicemistrz sklasyfikowany został jednak Espen Bredesen, a Cecon musiał zadowolić się trzecim miejscem. Podczas ceremonii medalowej skoczkowie w jasny sposób pokazali swój stosunek do reguły 191 metrów. Bredesen z Ceconem wymienili się swoimi medalami, najlepiej podsumowując bezsens reguły, która po tym wydarzeniu została zniesiona i odtąd skoczkowie przy długich lotach otrzymywali odpowiednią ilość punktów za osiąganą przez siebie odległość.

Najpiękniejszy skok w historii

W ponad stuletnich dziejach skoków wielu zawodników wyróżniało się pod względem stylu oddawanych prób, co oczywiście owocowało uznaniem sędziów w postaci najwyższych, dwudziestopunktowych punktów za wizualną stronę skoku. Jednak jak właściwie sklasyfikować piękny skok? Wedle dzisiejszych standardów zawodnik powinien po wyjściu z progu przybrać stabilną pozycję, nie wykonywać żadnych jej korekt, w miarę możliwości pokonywać nieruchomo kolejne metry w powietrzu, by swój skok zwieńczyć lądowaniem z tzw. telemarkiem – wysunięciem jednej narty do przodu, przy jednoczesnym zachowaniu prostej sylwetki z rękoma wyciągniętymi prosto, wszerz skoczni. Takie skoki uznaje się za najładniejsze. Od 1998 roku i Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które tamtego roku gościły w Nagano, wielu kibiców za najbardziej perfekcyjny skok w historii tej dyscypliny uważa drugą próbę ówczesnego mistrza z dużej skoczni, Kazuyoshiego Funaki, który osiągając 132,5 m, zapewnił sobie nie tylko złoty medal, ale także najwyższe oceny (20) za styl od wszystkich pięciu sędziów. Trudno wyobrazić sobie bardziej perfekcyjną próbę, co zresztą dobitnie widać na poniższym materiale:



Najmłodsi vs najstarsi

Jak w każdej dyscyplinie, także w skokach można odnotować prawdziwe ewenementy, jeśli chodzi o wiek zwycięzców ważnych imprez. Zawodnicy zazwyczaj osiągają dojrzałość sportową w wieku powyżej 20 lub nawet 25 lat, jednak historia zna przypadki zwycięzców kilkunastoletnich lub przeciwnie - daleko przekraczających wiek, w którym większość sportowców postanawia odłożyć narty na kołek i udać się na zasłużoną sportową emeryturę. Jeśli chodzi o młodzież, we współczesnych dziejach skoków najbardziej nieprawdopodobnym wydarzeniem zdaje się być konkurs na dużej skoczni w Courchevel podczas igrzysk olimpijskich rozegranych we francuskim Albertville w 1992 roku. Mistrzem olimpijskim został wówczas 16-letni Toni Nieminen, który złoto zdobył także w drużynie. Sezon 1991/1992 był dla młodego Fina przełomowy – zwyciężał również w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni, wyprzedzając Martina Hollwarta oraz w całym cyklu Pucharu Świata z dorobkiem punktowym śmiesznym z dzisiejszego punktu widzenia, bo wynoszącym zaledwie 269 oczek. Co ciekawe, ten znakomicie zapowiadający się zawodnik, poza wyżej wspomnianym sezonem, nie zrobił wielkiej kariery. Wprawdzie startował w Pucharze Świata aż do 2003 roku, jednak bez większych sukcesów. Dość powiedzieć, że w latach 1993-2003 jego najlepszym osiągnięciem w całym sezonie PŚ była 11 pozycja w sezonie 1994/1995. Wprawdzie zajmował miejsca w pierwszej dziesiątce MŚ w Falun w 1993 roku oraz MŚwL w Planicy w 1994 (odpowiednio 5 i 7), lecz to by było na tyle w kwestii godnych odnotowania osiągnięć skoczka, który zapowiadał się na znakomitego zawodnika. Mimo wybitnych osiągnięć, które ma na koncie, trudno nie myśleć, że podczas swojej kariery mógł osiągnąć znacznie więcej, zwłaszcza po tak udanym wejściu w świat dorosłych skoków. Być może było to dla niego po prostu za wcześnie, a młody umysł nie poradził sobie z tak dużą presją, która na nim ciążyła.



Jeśli chodzi o Puchar Świata, najmłodszym zwycięzcą z historii tego rozgrywanego od 1979 roku cyklu do dziś pozostaje Kanadyjczyk Steve Collins, który zwyciężał w wieku 15 lat w Lahti już w debiutanckim dla PŚ sezonie – dokładniej 9 marca 1980 roku. Oprócz tego, na podium wspiął się jeszcze zaledwie dwa razy. Rok później w rodzimym Thunder Bay zajął 3 miejsce, a 1985 wyrównał ten wyczyn w amerykańskim Lake Placid. Kolejne miejsca w rankingu zajmują prawdziwe sławy: 2. Thomas Morgenstern (16 lat i 2 dni, Liberec 2003), wielokrotny mistrz i medalista MŚ oraz IO; 3. wspomniany Toni Nieminen (16 lat i 6 dni, Thunder Bay 1991); 4. Janne Ahonen (16 lat i 7 dni, Engelberg 1993), 5-krotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, wielokrotny mistrz świata oraz medalista IO. Jak widać, młodzi zwycięzcy kończyli dwojako: albo mieli sezon życia, albo - jak wymienieni wyżej mistrzowie - kontynuowali pełną sukcesów karierę przez wiele lat.

Jak powszechnie wiadomo, najstarszym zwycięzcą w konkursie PŚ jest Noriaki Kasai. Długowieczny Japończyk dokonał tego w fińskim Kuusamo w 2014 roku. Lista rekordów zaczynających się od „najstarszy...” w przypadku Kasaiego jest już niemal nieskończona. Jest on najstarszym medalistą IO (Soczi 2014), MŚ (Falun 2015), najstarszym uczestnikiem PŚ, najstarszym zawodnikiem, który osiągnął w PŚ top 30, top 10... I tak dalej, i tak dalej. Dość powiedzieć, że Japończyk, mimo niemal 46 lat na karku, dalej potrafi przeskakiwać zawodników, którzy mogliby być jego synami. Różnica pokoleniowa jest jeszcze bardziej widoczna, jeśli uświadomimy sobie, że Nori w Pucharze Świata debiutował w 1988 roku. Stefan Kraft, największy zwycięzca poprzedniego sezonu, obecny podwójny mistrz świata, urodził się w roku 1993. Kasai debiutował więc pięć lat wcześniej, w czasie, gdy rodzice Krafta mogli się jeszcze nawet nie znać.



Gdy większość skoczków z jego pokolenia od dawna odcina kupony od dawnych osiągnięć, Kasai dalej skacze i osiąga całkiem przyzwoite rezultaty. Kolejną interesującą statystyką jest różnica w czasie między jego pierwszym a ostatnim podium w zawodach Pucharu Świata. Pierwszy raz na „pudle” Noriaki stanął 29 lutego 1992 w Lahti, ostatnim razem udało mu się to 26 marca 2017 w Planicy. Wydarzenia te dzieli aż 25 (!) lat i 26 dni. Niesamowite, prawda? Ponadto Kasai jest oficjalnym rekordzistą Guinnessa jako zawodnik, który m.in. brał udział w największej ilości konkursów PŚ (559), sezonów PŚ (27) oraz największej ilości miejsc zajętych w czołowej trzydziestce konkursów tego cyklu (428). Można by wymieniać dłużej, ale nie ma to większego sensu. Noriaki Kasai to symbol długowieczności, wspaniały sportowiec i sympatyczny człowiek, łamiący znane dotychczas reguły, rządzące światem skoków. Na liście najstarszych zwycięzców konkursów PŚ kolejne pozycje dzierżą zawodnicy, którzy nie przekraczali 40 lat, ponadto albo już skończyli karierę, albo nie wydaje się, by mogli mieć szanse na kolejne sukcesy. Pozostaje pytanie: Jak długo Japończyk będzie w stanie igrać sobie z czasem, który, zdaje się, nie ma na niego większego wpływu?

Tym pytaniem zakończymy pierwszą część Historii ze skoczni, cyklu, w którym postaram się pokazać skoki narciarskie z nieco innej perspektywy. Mam nadzieję, że zaciekawiła Was taka forma przedstawiania historycznych ciekawostek z przebogatych dziejów tego sportu, którego tradycje sięgają połowy XIX wieku. Do przeczytania...

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5

Oglądany: 51477x | Komentarzy: 41 | Okejek: 408 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało