Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Karygodne bzdury utrwalane przez amerykańskie filmy

138 287  
463   163  
Głupoty prezentowane w kinie amerykańskim można by wyliczać bez końca. I mimo że z absurdów i skrajnych idiotyzmów sączących się z ekranu wyśmiewają się już nawet najmłodsi z widzów, to w dalszym ciągu nic nie stoi na przeszkodzie, aby te całkiem debilne klisze powielać.


Używamy tylko 10% mózgu!

Zaczniemy od nieszablonowego, filmowego motywu. Trzeba go jednak wymienić, bo stał się on kluczowym motywem produkcji, stanowiącym wyjście do opowiedzenia historii za 40 milionów baksów. Tyle bowiem wynosił budżet filmu Luca Bessona pt. „Lucy”. W dziele tym Scarlett Johansson staje się narkotykowym mułem wywożącym z Tajwanu nielegalne leki nootropowe we własnych bebechach. Pewna część szmuglowanej substancji dostaje się do krwiobiegu bohaterki i nagle urocza Skarleta otrzymuje dostęp do pełnych zasobów własnego mózgu. No, bo przecież wiadomo, że zwyczajny człowiek wykorzystuje jedynie 10% możliwości tego organu. Zresztą na samym początku filmu mówi o tym sam Morgan Freeman, wcielający się w postać profesora akademickiego, a więc niech ktoś spróbuje w ten naukowy fakt nie uwierzyć!



Gdyby ktoś faktycznie miał tak mizerną wydajność makówki, to prawdopodobnie lekarze stwierdziliby śmierć mózgu, odłączyliby wtyczkę i zabrali delikwentowi kilka organów na przeszczepy. Mimo że nasze głowy ciągle kryją w sobie wiele tajemnic, to tzw. „mit 10% mózgu” został już dawno obalony. Większa część tego organu pozostaje na chodzie przez cały czas, w innym przypadku jego nieużywane obszary po prostu by zaniknęły, bo nieaktywne komórki naszych mózgów mają tendencję do degeneracji.

Eksplozje w kosmosie

I jeeeeebuuut! - Gwiazda Śmierci zamieniła się w wielką, głośną kulę ognia. Eksplozje zawsze są fajne, a te kosmiczne to już w ogóle wypas! A najlepiej jeśli jeszcze towarzyszy im „bzzziuuu, bzzziuuu!” latających w tę i nazad X-wingów!
Dzięki filmom utrwala się taka kosmiczna wersja syndromu paryskiego - nasze wyobrażenie o międzygalaktycznych podróżach i bitwach gwiezdnych flot ma się do prawdy tak, jak moje zardzewiałe Berlingo do Sokoła Millenium.
Oczywiście żaden statek kosmiczny nie robiłby „bzzziuuu!”, bo w próżni dźwięk się nie rozchodzi. Niestety widok bezgłośnie sunącego w przestrzeni pojazdu traci sporo na swej efektowności i zyskuje +50 do ekranowej nudy. No, dobra – a co z wybuchami w dolby surround? Te byłyby ciche niczym pierdnięcie pasikonika. Obeszłoby się też bez pierścienia ognia, bo do takiego zapłonu potrzebny jest przecież tlen…



Amnezja

Ile razy było już to przerabiane? Gość budzi się po wypadku i nic nie pamięta. Nie wie kim jest, skąd pochodzi, gdzie są pieniądze za las... – w głowie ma absolutną pustkę. Dla filmowców to takie proste – wystarczy, aby bohater dostał w łeb i już system przywraca mu się do ustawień fabrycznych, a dysk zostaje sformatowany.
I tu rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Całkowita utrata pamięci na skutek solidnego uderzenia w czerep zdarza się bardzo rzadko. Zazwyczaj powodem wystąpienia amnezji jest np. wylew, udar mózgu albo zaawansowana choroba Alzheimera.



Czasowe odłączenie zasilania

Jeśli natomiast lżej strzelisz komuś w czerep, to odłączysz mu zasilanie na kilka minut. Gość padnie na glebę, poleży dwie godzinki, potem podniesie się, otrzepie portki, zdziwi się trochę, pomyśli sobie „Pewnie mi się przysnęło” i wróci do swoich obowiązków. Normalna rzecz.



Ja kiedyś dostałem w głowę piłką od siatki. Fajnie było, bo przeleżałem nieprzytomny akurat do dzwonka i nie musiałem ćwiczyć na wf-ie. Każdemu się zdarza, nie? A jakie to przydatne! Za każdym razem przed długą podróżą proszę kogoś, żeby mi strzelił w czachę. Za cenę małego guza nie muszę się przejmować niewygodami Polskiego Busa.
W rzeczywistości cios w głowę, który na dłuższy czas pozbawiłby nas przytomności, musiałby być tak potężny, że prawdopodobnie trafilibyśmy do szpitala z uszkodzonym mózgiem, a w najlepszym wypadku – wewnętrznym wylewem.

Wybuchające samochody

No, bo w ogóle wybuchy są fajne… Filmowy świat pełen jest terrorystów mających problemy z celnością, broni z magazynkami bez dna i aut, które rozrywane są potężnymi eksplozjami przy każdej możliwej okazji. Samochód wywróci się na dach? Jeeeb! Dostanie kulkę prosto w bak? I jeeeb again! Przecież nie od dziś wiadomo, że auta to takie bomby na kółkach – kolejny element iluminackiego planu depopulacji ludzkości!



Powodem, dla którego na co dzień nie widzimy wozów, które wybuchają przy każdym mocniejszym trzaśnięciu drzwiami jest to, że każda część auta budowana jest w taki sposób, aby zwiększyć naszą szansę na przeżycie w sytuacji wypadku. Bak paliwa znajduje się pod samochodem i zaprojektowany został tak, aby zminimalizować ryzyko wycieków podczas kraksy.
Ten popularny, hollywoodzki mit był już wielokrotnie obalany na drodze bardzo konkretnej praktyki. Swego czasu nawet ekipa z Mythbusters podziurawiła całkiem ładnego cadillaca. Sukinkot ani myślał się zapalić.

Krew z komara = materiał bazowy do masowej produkcji dinozaurów

A to kolejny motyw, który stał się solidną podstawą dla serii filmów o kopalnych gadach terroryzujących park rozrywki i zebranych w nim turystów. W powstałej ćwierć wieku temu (kuria, ale ten czas zapierd@la…) ekranizacji książki Michaela Crichtona grupa uczonych pobiera materiał genetyczny z krwi zatopionego w bursztynie komara. Po uzupełnieniu ubytków fragmentami DNA żaby naukowcy mają gotowy budulec do „produkowania” tyranozaura w ilościach masowych.



Mimo że pomysł ten bardzo pobudza wyobraźnię, to mamy do czynienia z czystą fantazją. Jakiś czas temu uczeni z uniwersytetu w Manchesterze przyjrzeli się owadom zatopionym w kopalu, czyli stwardniałej żywicy niektórych tropikalnych drzew. Próbki liczyły sobie od 60 do 120 tysięcy lat, czyli przynajmniej tysiąc razy mniej niż bursztyny z „Parku jurajskiego”. Niestety z żadnego prehistorycznego robala nie udało się pozyskać nawet fragmentu zachowanego materiału DNA.

Rogate hełmy wikingów

Wizerunek nordyckiego brodatego wojownika, noszącego hełm z efektownym kośćcem jakiegoś nieszczęsnego jelenia czy innego bawołu, tak bardzo wgryzł się w popularną kulturę, że zobaczenie wikinga bez tego charakterystycznego nakrycia głowy wydaje nam się wręcz podejrzane.
Jednym z pierwszych filmów, gdzie mogliśmy podziwiać rogatych synów Odyna była produkcja „Wiking” z 1928 roku. Jednak prawdziwym źródłem wyglądu hełmu Olafa czy innego Bjørna były szkice z początku XIX wieku, na których podstawie tworzono garderobę dla aktorów grających w sztuce teatralnej Ryszarda Wagnera pt. „Pierścień Nibelunga”. Wszechobecne rogate skorupy noszone na głowach bohaterów mocno utrwaliły archetyp skandynawskiego wojownika.



Tymczasem istnieje tylko jeden (!) zachowany kompletny hełm wikinga. Został on znaleziony w 1943 roku w pobliżu norweskiej miejscowości Hønefoss. Pochodzi on z 970 roku i prawdopodobnie należał do jakiegoś mniej znaczącego władcy. Tak czy siak – po głębszej analizie znaleziska uczeni doszli do wniosku, że rogów nie stwierdzono.



Źródła: 1, 2, 3

Oglądany: 138287x | Komentarzy: 163 | Okejek: 463 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.05

20.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało