JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Ciemna strona podróży kosmicznych. O czym nie mówią astronauci

108 964  
388   65  
Wsiąść do wahadłowca, pochodzić po Księżycu i wrócić na Ziemię ze spełnionym marzeniem, do końca życia mając co opowiadać. Cóż, nie o wszystkich aspektach kosmicznych podróży astronauci mówią równie chętnie.


Lot w kosmos to wyjście poza naturalne środowisko (poza strefę komfortu, jak powiedzieliby współcześni „specjaliści” od motywacji). Wszystkie ziemskie reguły przestają obowiązywać. Powietrza jest tylko tyle, ile zabrało się ze sobą.



Dłuższe przebywanie w przestrzeni kosmicznej odbija się negatywnym piętnem na mięśniach człowieka. Te, przyzwyczajone do nieustannej walki z siłą ciążenia, nagle nie mają co robić. Powiedzenie o zanikaniu nieużywanego organu nie jest bezpodstawne. Ale przyjrzyjmy się wszystkiemu po kolei.

Choroba kosmiczna



W misjach kosmicznych udział biorą nieliczni spośród nielicznych. Osoby o szczególnych kwalifikacjach i predyspozycjach, znajdujące się w doskonałej formie fizycznej i mające - przeważnie - ogromne doświadczenie w lotnictwie. Mimo to większość, znalazłszy się w rakiecie, rzyga jak przedszkolak w autobusie do Lichenia. Większość przeszkód natury technologicznej udaje się prędzej czy później rozwiązać. Te natury fizycznej stanowią większy problem, a „choroba kosmiczna” jest najbardziej powszechnym z nich.

Dotyka ponad połowy astronautów; objawia się bólami i zawrotami głowy, mdłościami, wymiotami i ogólnym złym samopoczuciem, co jest dość szczególne w przypadku osób, które stoją o krok od spełnienia największego marzenia w życiu. Ale na tym nie koniec. Nie wystarczy wziąć Aviomarinu (o lekach zresztą będzie tu jeszcze słowo), tym bardziej że niektórzy astronauci objawów choroby kosmicznej doznają… jeszcze na Ziemi.



Niechlubnie zasłynął pod tym względem były senator Jake Garn. Jego kłopoty zaczęły się na długo przed zajęciem miejsca w statku. Mimo to udał się w podróż, a kiedy wrócił, trzeba go było wozić, bo nie był w stanie samodzielnie chodzić. Choć sam nie był temu winny, stał się symbolem choroby kosmicznej - do określania zaawansowania choroby kosmicznej astronauci wykorzystują nieformalną skalę Garna. Jeden „garn” oznacza początki problemów, dwa i trzy „garny” znaczą, że sytuacja się pogarsza itd.

Mimo że NASA potrafi już wysłać sondę poza Układ Słoneczny, wylądować na Marsie i postawić człowieka na Księżycu, w dalszym ciągu nie potrafi poradzić sobie z kosmiczną chorobą lokomocyjną. Jedyne, co do tej pory udało się amerykańskim naukowcom opracować w tym zakresie, to… urządzenie ostrzegające przed pojawieniem się choroby kosmicznej. Zawsze to coś - chociaż większość ludzi jest w stanie zawczasu przewidzieć, że nadciąga paw.

Podróż na trzy pieluchy



Podczas podróży kosmicznych dosłownie każdy element astronauty pozostaje pod kontrolą naukowców na Ziemi - nawet jego osobiste klejnoty. O tych ostatnich przypomniano sobie dość szybko, zaraz po tym, jak pierwszy Amerykanin w kosmosie, Alan Shepard, zmuszony był narobić w skafander. Sytuacja żenująca, ale bardziej niż godność astronauty agencję zmartwiło ryzyko uszkodzenia obwodów elektrycznych w kombinezonie. Dlatego na następny lot zainwestowano już w „oprzyrządowanie” składające się z kondomo-podobnej nakładki na wiadomo-co połączonej z rurką odprowadzającą mocz do specjalnego zbiornika.

Sukces oczywiście nie mógł trwać wiecznie, bo polecieć w niebo zapragnęły również kobiety. Jak w ich przypadku efektywnie zamontować kondom? Ano właśnie, kolejny ból głowy. Z myślą o kobietach wymyślono w latach 70. XX wieku nowy system, który ulepszono pod koniec lat 80., dzięki czemu dzisiaj przypomina ni mniej, ni więcej pieluchę dla dorosłych. Tylko znacznie droższą i znacznie bardziej zaawansowaną.



Zadbano też o komfort psychiczny astronautów (pieluchy stosowane są zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn) i tak zaprojektowano pieluchy, by bardziej przypominały bokserki aniżeli pampersy. Każdy astronauta wyruszający na misję otrzymuje trzy pieluchy. Jedną na podróż w tamtą stronę, drugą na powrót, a trzecia jest na zapas (w razie problemów z którąkolwiek z pozostałych lub astronautą) bądź na pamiątkę.

Efektywny odzysk moczu jest niezwykle istotny, ponieważ to wszystko, co astronauci mają do picia. A przynajmniej znaczna większość, jeśli chodzi o zasoby na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Od 2009 roku funkcjonuje tam zupełnie sprawny system odzyskiwania wody z moczu, potu czy nawet z parzonej kawy (tak, astronautom na ISS przysługują nawet takie luksusy).

Kosmiczny mecz seks

Natura w taki sposób zaprojektowała człowieka, by ten w sile wieku dążył do przedłużenia gatunku. Sęk w tym, że podczas misji kosmicznej nie bardzo jest co i z kim przedłużać, a tzw. „zabawy na własną rękę” jakoś tak nie licują z powagą kosmosu. Mimo to właśnie te ostatnie są wskazane - i każdy astronauta (oraz każda astronautka, sprawiedliwość musi obowiązywać!) otrzymują regularnie „czas wolny” do wykorzystania w wiadomym celu.



Ma to aspekt zdrowotny - pomaga zapobiegać trudnym do zbagatelizowania infekcjom. Boleśnie przekonał się o tym radziecki kosmonauta Władimir Wasiutin, który został zmuszony do powrotu na Ziemię po zaledwie dwóch miesiącach swojej obliczonej na pół roku misji. Problemy z prostatą, jakich doświadczył, powiązano z brakiem ejakulacji - nagromadziły się bakterie, które doprowadziły do infekcji.

Spekuluje się też, że przedłużone przebywanie w przestrzeni kosmicznej powoduje bezpłodność, a przynajmniej istotnie obniża pociąg seksualny. Obie hipotezy kilkukrotnie potwierdzono i obalono, nie ustalając ostatecznie niczego. Pojawił się pomysł, aby badać liczbę plemników u astronautów przed lotem i po powrocie na Ziemię, jednak zrezygnowano z niego dla ochrony prywatności. Zagadnienie pozostaje więc niewyjaśnione.

Liczyć na medycynę…



Najczęściej stosowanym środkiem profilaktycznym w kosmosie jest „modlitwa o to, aby nic się nie spieprzyło”. Niektórzy astronauci przebywają na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej nawet i pół roku, a to czas, przez który wiele może się wydarzyć. Zwłaszcza w tak różnych od ziemskich warunkach. Lekarzy na miejscu nie ma, środki dostępne na miejscu ograniczają się do typowej podróżnej apteczki. Kiedy więc stanie się coś złego, astronauta może liczyć tylko na to, że zdążą sprowadzić go na Ziemię (świadomość, że podróż powrotna kosztuje kilkaset milionów dolarów i nie gwarantuje bynajmniej przeżycia, wcale nie pomaga w zachowaniu dobrego samopoczucia).



Jeśli nawet na ISS znajdą się odpowiednie leki (antybiotyki, środki nasenne lub inne), wcale nie ma gwarancji, że zadziałają. Przeprowadzono eksperyment. Takie same leki wysłano na 2,5 roku w kosmos i schowano bezpiecznie w laboratoriach NASA w Houston. Okazało się, że różnica pomiędzy jednymi i drugimi - mimo tego samego okresu przechowywania - jest znaczna, a te wysłane poza Ziemię straciły znacząco na skuteczności. Naukowcy podejrzewają, że miało na to wpływ nasilone promieniowanie i nieustanne wibracje początkowo rakiety, a później stacji kosmicznej. W konsekwencji zdecydowano, że środki medyczne na ISS wymieniać się będzie co pół roku, ale i tak ich wybór i możliwości pozostają mocno ograniczone.



A co złego może się stać podczas nawet półrocznego pobytu w kosmosie? Okazuje się, że wiele. Z brakiem grawitacji wiąże się zanik mięśni, obniżenie masy kości, a wszystko prowadzi do przedwczesnego starzenia. A to z kolei może prowadzić do…

I ostatni z przypadków - przypadek (przepadek?) ostateczny

Najkrócej rzecz ujmując, ustawa nie przewiduje zejścia w kosmosie. Gdyby tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, procedury wymyślane będą na poczekaniu. A problem okazuje się poważniejszy, jako że wszystkie standardowe opcje są złe. Nie można ot tak wynieść pozostałości nieszczęśnika poza pojazd kosmiczny, pchnąć przed siebie i wysłać w wieczną podróż ku nie wiadomo czemu.



Zabraniają tego różne konwencje - głównie ta mówiąca o zakazie śmiecenia. Jakkolwiek nieładnie to brzmi, zwłoki astronauty to śmieć, który mógłby zderzyć się z pojazdem kosmicznym i narobić, cóż, kosmicznego bałaganu, do czego dopuścić nie wolno.

Alternatywę stanowi pozostawienie nieszczęśnika na pokładzie - misje trwają jednak tygodnie, a często całe miesiące. Z braku przenośnego krematorium na pokładzie, rozkładające się zwłoki stanowiłyby kolejny problem i zagrożenie dla szczęśliwie pozostającej przy życiu resztki załogi. Ale są też dobre wiadomości! Kiedy już dotrzemy na Marsa i tam zginie któryś z kosmonautów, to będzie można wykorzystać go jako nawóz. I jak tu nie przyznać, że NASA myśli o wszystkim?!



Tak czy inaczej warto mieć świadomość, jak wymarzone podróże kosmiczne wyglądają w praktyce. Wcale nie jest tak różowo, jak się wydaje - choć z drugiej strony nie zdarzył się jeszcze przypadek astronauty, który zrezygnowałby wyłącznie z powodu niedogodności, które mogłyby go spotkać w podróży. Czego się nie robi dla nauki. I czego się nie robi dla własnych marzeń…

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Oglądany: 108964x | Komentarzy: 65 | Okejek: 388 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało