Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Głupie wersy polskich piosenek A.D. 2017

80 012  
66   178  
Zewsząd atakują nas wszechobecne świąteczne reklamy, ciężarówki Świętego Mikołaja wyjechały już na ulice, po raz kolejny miasta zalała błotna breja zamiast śniegu, a sklepy przekonują nas o kolejnych niezwykle atrakcyjnych promocjach – to znak, że nieubłaganie zbliża się koniec 2017 roku i nadchodzi czas wszelkich podsumowań. Dziś czas na parę, dość gorzkich, słów dotyczących polskiej muzyki.


Czy to był dobry artystycznie rok? Na pewno należy 2017 uznać za taki, który może dawać nadzieję. Były momenty zarówno w mainstreamie – żeby wymienić tylko dojrzałe „Zmartwychwstaniemy” Dr. Misio, świetny metafizyczny featuring MC Silka ze Stanisławem Lemem (sprawdźcie koniecznie, do tej pory wyrobiło zaledwie nieco ponad 250 tysięcy wyświetleń) i nowocześnie intrygujący koncept album Quebonafide. Dobrze bywało też w (szeroko pojętym) undergroundzie – trzeba wyróżnić chociażby najnowszy, miażdżący album posthardcore'owców z Guantanamo Party Program, składankę z uwspółcześnionymi coverami Guerniki Y Luno – jednej z najważniejszych punkowych ekip w historii, czy wznoszących się coraz wyżej metalowców z Mgły czy Batushki. Na plus trzeba też zapisać spektakularne koncerty zagranicznych wykonawców – a mamy tu całkiem niezłą plejadę gwiazd: zagrały u nas takie sławy jak Nick Cave, Depeche Mode, Guns N' Roses, Red Hot Chili Peppers, Radiohead, czy Linkin Park występujący tuż przed samobójczą śmiercią wokalisty Chestera Benningtona, o którym więcej przeczytacie tutaj.

Zaczęło się dosyć optymistycznie, więc teraz czas na małe narzekanie. Nie trzeba być wyjątkowo bystrym, żeby zauważyć, jak bardzo poziom muzyki (w szczególności tej nastawionej stricte na rozrywkę) pikuje – i tutaj Polska zdecydowanie nawiązuje do „standardów zagranicznych”. Epoka nieco bardziej ambitnego popu minęła bezpowrotnie (gdzie te czasy, kiedy z Justyną Steczkowską współpracował Grzegorz Ciechowski), a słuchając również i gatunków (wydawałoby się) dalekich od komercji, mielizny słowne same rzucają się w uszy. Jasne, napisać dobrze brzmiący tekst po polsku to dość trudne zadanie, jednak wielu artystów – aktualnie najbardziej dobitnym przykładem jest chyba Spięty z Lao Che – udowadnia, że i w języku Słowackiego da się tworzyć rzeczy niestereotypowe. Kazik Staszewski, którego dzisiejsza dyspozycja w tej kwestii też zresztą nie powala, już dwie dekady temu w „12 Groszach” zapowiadał, co zrobi każdemu, kto spyta o sposób powstawania jego tekstów. Teraz trzeba byłoby raczej zadać pytanie „dlaczego” zamiast „jak”. Załóżmy zatem odzież ochronną i pochylmy się zatem nad fragmentami świeżych (i całkiem znanych, przez co nie sposób je przemilczeć) utworów, których warstwa liryczna wywołuje reakcje zupełnie inne od oczekiwanych.

Hejtowanie Popka w pewnym momencie stało się już passé, a nawał tworzonych przez niego piosenek skutecznie utrudniał i zniechęcał do, żartobliwej nawet, selekcji kolejnych kokainowych rozkmin. Samozwańczy Król jednak jakby nieco ostatnio wyhamował. Jest znacznie bardziej powściągliwy w mediach (czyżby rzeczywiście zbierał się do kariery politycznej?) i mniej ekspansyjny twórczo. I widać tego odbicie w rzeczywistości – płyta „Trzech Króli”, którą nagrał razem z Sobotą i Matheo, trafiła tylko na piąte miejsce OLiS-u (co w porównaniu ze spektakularnym sukcesem Gangu Albanii należy chyba rozpatrywać w kategoriach porażki), bardzo szybko zniknęła też z tego zestawienia, a singlowe „Nigdy Nie Mów Nigdy” na YouTube osiągnęło trochę więcej niż 6 milionów wyświetleń – jasne, to nadal bardzo dużo, ale uwzględniając proporcje wcześniejszych produkcji taki wynik nie może robić wrażenia. Popek jednak cały czas udowadnia, że potrafi tworzyć koszmarki jeżące włos na głowie – tak jak w numerze „Jeszcze Jeden Raz”. Pogromca Hardkorowego Koksa przyznawał w wywiadach, że nie myśli podczas pisania tekstów – i również i tutaj można zaobserwować zbiór luźno i bez większego konceptu połączonych pijackich przemyśleń nie dających się odebrać w żaden poważny sposób:

Wyjebunda, wyjebunda znowu dziś dopadła mnie,
jeszcze tylko jedna runda i do domu zwijam się.
Wyje kurwa, wyje kurwa mordę tu na cały ryj,
że jej znowu nie uciekłem, do rana żem z suką pił.


W utworze „Tron Pasuje Mi” pochodzącym z tego samego projektu także i Sobota rzucił kilka żartobliwych rymów, które pomimo zapewnień o luzie nie wyszły zbyt wiarygodnie. Cóż, podkreślanie swojego dystansu zazwyczaj nie ma zbyt naturalnego wydźwięku – i podobnie było tym razem. A to, że rap to kultura na wskroś amerykańska, nie upoważnia wcale do (niby ironicznego) wplatania angielskich słówek, które nie dość, że brzmią maksymalnie kwadratowo, to jeszcze w ogóle nie tworzą razem większego sensu. Aż można zatęsknić za lekko pretensjonalnymi „X Przykazaniami”.

A do siebie z luzem dystans mam,
dokąd jeszcze nie wiem, ten wózek pcham.
Zamiennych części brak, mnóstwo chęci, patrz,
pociąg pędzi tak, chociaż to już wrak.
Suck my super swag i to koniec language.
W sumie nie, jeśli tylko chcę,
życiu w mordę krzyczę „Yeah bitch”


Rapowa ryba zdecydowanie psuje się od głowy. To ironia losu, że sarkastyczny „Ten Bit Jak Mobb Deep (199X)” to najlepszy kawałek Tedego od dawna. I wcale nie trzeba być zakutą truskulową głową, żeby męczyć się jęczeniem, autotunem i mechanicznym szczekaniem do trapów. Płyta „Skrrrt” to zbiór kosmicznie wtórnych frazesów. Gość, którego wkład w rozwój polskiego rapu wydaje się nie do ocenienia (nie tylko fetyszyzowany „S.P.O.R.T”, ale też „Esende Mylffon” czy „Ścieżka Dźwiękowa”), dziś przymila się do małolatów mogących śmiało być jego dziećmi. Może to nieco zbyt dużo słuchania ziomków z Atlanty, może to celowa zagrywka marketingowa, ale na formę liryczną Tedego lepiej byłoby spuścić zasłonę milczenia. Ale skoro TDF zapewnia, że to jego najfajniejsza płyta, to może rzeczywiście sam autor zauważa w niej jakąś wartość dodaną? Ale coś musi być nie tak, skoro typ, który jeszcze kilka lat temu był niezwykle sprytnym obserwatorem, zaczyna bawić się w przewózkę, jak w numerze „Traphałs”. O oklepanych metaforach życia będzie jeszcze niżej, ale zestawienie egzystencji z densflorem brzmi niczym niezamierzona śmieszność. No ale przecież jebać te kurwa mądrości.

Powiedzmy było tęgo, król bawi się, płaci pęgą
Zawsze zyskasz jak trafi się dyszka, nieważne ile pękło
Mówią, że życie to densflor i bywa śliskie jak rapgra
Jebać te kurwa wszystkie mądrości, jedziemy na traphałs


Rap o tekstyliach nie jest niczym nowym w przypadku Tedego – w końcu takie kawałki jak „Airmax Classic” czy „Modopolo” po latach wywołują uśmiech i kojarzą się z wesołymi wspomnieniami, gdy nagle wszyscy zachorowali na Airmaxy z Allegro; nie sposób też nie pamiętać beki związanej z obuwniczym beefem z Borixonem. Kolejne poruszanie i wałkowanie tego tematu to już jednak gruba przesada. Spoko, Tede, masz dużo butów, gratulacje. Ale czy to na pewno aż tak wartościowy materiał na nowy kawałek? Do tego mówienie o Jordanach „Jordy” – to brzmi równie nienaturalnie co „bangry”. Ale przecież stado małolatów naciągających rodziców na te (skądinąd całkiem fajne i będące powiewem klasyki w epoce grubo przekombinowanych LeBronów) kicksy i tak to łyknie – kto przecież nie chciałby mieć butów takich jak swój idol? Inna kwestia, że pewnie mało kto z nosicieli tych sneakersów widział choćby jeden cały mecz Jego Powietrznej Wysokości.

Jordany mamy na nogach, Jordy na mych nogach
Znajomy sklep sportowy, tylko dobry towar
I znowu: mam, doszły i znowu: unboxing
Robię tu man przeplot sznurówkami gra mi trap z Rosji


Niesmak wywołuje spore prawdopodobieństwo, że Tede wszystkie te koszmarne wersy na płycie „Skrrrt” położył z pełną świadomością. Puszczenie oka do mało wymagających słuchaczy jest przecież prostsze (i znacznie bardziej opłacalne) niż staroszkolna walka z wiatrakami. No i jaskrawe stroje stylizowane na przedział wieku 15 – 18 też zdecydowanie lepiej wyglądają na Instagramie niż niemodne już baggy. Naprawdę jestem daleki od jakiegokolwiek ejdżyzmu, ale jeśli czterdziestojednolatek nawija o snapach, sztosach i czikach – powstaje pewien dysonans. Co prawda Tede już na płycie „Note2” prawie 10 lat temu przekonywał, że nie ma sensu wypruwać się z każdym tekstem, to jednak ordynarna seksualizacja oraz nawiązywanie do przereklamowanej Ameryczki w rurkach, z dużą ilością dziar i farbowanymi dredami są równie autentyczne co Eugen Polanski w koszulce reprezentacji Polski.

Nagle dostajesz te snapy, pyta czy dajesz do japy
Żadne, że płyta to sztos i tak dalej od razu przechodzi do sprawy
Te stare sprawdzone tematy mają tu poustawiane radary
Te cziki to mają techniki tu, ich usta już nas namierzały


Pozostając w klimatach masochistycznych kalek, nie sposób nie odnieść się do innego małolata, który pierwotnie zasłynął z tworzenia filmików dotyczących gier. YOUNG MULTI, jeszcze niedawno psychofan Tedego, skutecznie podzielił (i tak mocno spolaryzowaną) scenę rapową. Z jednej strony Paluch i Szpaku dosłownie skrytykowali tę wyskakującą niczym filip z konopi postać w numerze „Kontrola Jakości”, z drugiej wspinający się coraz wyżej Bedoes nagrał z YouTuberem (prywatnie swoim kuzynem) kawałek „Diamenty”, który osiąga w doskonale znanym serwisie kosmiczne liczby (znowu odwołuję się do liczb, ale te przecież nie kłamią – ponad 12 milionów). Nie da się ukryć, że jest fejm dojebany, cytując klasyka. Co z tego, skoro młody (nie tylko z nazwy, bo urodzony w 1997 roku) wykonawca (słowa raper i artysta nie przechodzą mi mimo wszystko przez klawiaturę) serwuje solidną dawkę tekstowych gniotów. „Plecak”, który stał się fenomenem internetu (niedługo stukną 23 miliony wyświetleń) to nieuzasadnione bragga z oczywistymi nawiązaniami do sieci na niczym niewyróżniających się cykaczach. Oprócz koszmarnego tekstu na (nie)uwagę zasługuje też stylówa oryginalna niczym kompakty na giełdzie – cytując Bisza, kopie kopii kopii. Cóż, każdy raper opowiada o swoim środowisku naturalnym, a że w tym przypadku to internet...

Piszą na mnie typy rzeczy niestworzone w necie
Siedząc w swoim golfie, albo w starej becie
Nie mam na to wpływu przecież, chłopak mnie blokuję w necie
Mercem ja się wożę wszędzie, taki jest mój styl


Trzeba przyznać, że nie każde zjawisko akustyczne można nazwać muzyką, a poniższy przykład przedstawia nieco wyższy poziom abstrakcji. Jak widać, modne stało się bycie kalką kalki. Ale jeśli nawet największy paździerz osiąga miliony wyświetleń i prowokuje do dyskusji dotyczącej przyszłości rapu (innych gatunków zresztą też), to jednak należy zatrzymać się przy tym na dłużej. Fenomen rapujących YouTuberów postępuje i pomimo braku skilli, pomysłu na siebie i – w dużym skrócie – wiarygodności, małolaci budują swoją (złudną) sławę, chwaląc się swoimi (złudnymi) osiągnięciami. O tym, że istnieje ktoś taki jak YOUNGCZUUX dowiedziałem się podczas przeglądania Glamrapu. Moją uwagę zwróciła od razu gównoburza towarzysząca utworom tego gościa. Postanowiłem sprawdzić – jestem przerażony. Piętnastolatek w kodeinowych kolorkach stęka o niczym, a jego „rymy” to nawet nie Częstochowa. Najbardziej przerażające jest to, że tych kilka spisanych na kolanie i podobnie brzmiących zdań w przeciągu kilku tygodni wykręciło ponad cztery bańki odsłon! Wers o robieniu sosu – zaiste pyszny. Poprosimy zatem o spaghetti z bolońskim. Łatwo jest się śmiać z kompletnie nieuzdolnionego dzieciaka, jednak – o zgrozo – pokolenia, które w przyszłości będą rządzić naszym krajem, mogą oglądać to całkiem na serio. Uwaga – słuchacie na własną odpowiedzialność. Ilość łapek w dół dobitnie świadczy jednak o jakości tego materiału. Oczywiście, warstwa treściowa nie odbiega zbytnio od tematyki internetowej.

O co ci chodzi ej ziom?
Czy jestem raperem czy też YouTuberem
Czy serio tak boli cię to
Wolę nie być zerem w przyszłości menelem
Wolę teraz robić tu sos
Nie zwracać uwagi na wszystkie te hejty
I kozak film wstawiać co noc


Jeśli macie nieprzyjemność regularnego słuchania kilku głównych rozgłośni komercyjnych, z pewnością zauważyliście swoistą taśmowość popowych banałów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy polskich ckliwych love songów korzystają z dziwnego algorytmu, w którym przeplatają się słowa życie, miłość, los czy chwila. Poletko bezpłciowych, radiowych hitów o miłości w polskim popie zazwyczaj jest zarezerwowane dla pań – tym razem jednak Grzegorz Hyży okazał się dżentelmenem, ponieważ jego wydana w maju płyta „Momenty” (która momentami przekracza delikatną granicę inspiracji Dawidem Podsiadło) pełna jest lirycznych banałów. W utworze „Droga” pojawiła się oklepana metafora życia jako podróży – myśl „gdzieś to już słyszałem” pojawia się automatycznie. Może i tekstowo nie są to jakieś radykalne bzdury, ale za zdeklarowany brak oryginalności – całkowicie zasłużone miejsce w zestawieniu.

Plan mam i wiem coraz więcej
Autostradą życia podążam przed siebie
Wiem, że chcę znać życia sedno
W swoich rękach los trzymać muszę na pewno

Jeśli uważacie, że szczyt naiwnego przedstawienia miłości w polskim reggae osiągnął Mesajah utworem „Każdego dnia”, możecie być zdziwieni. Kamil Bednarek banalną historyjkę o seksie ubrał w okrągłe słówka i miałkie epitety. Spróbujcie zresztą wyobrazić sobie pochodzący z identycznie zatytułowanej płyty „Talizman” byłego wokalisty Star Guard Muffin w towarzystwie discopolowego bitu – tekst wydaje się skrojony na miarę festiwalu w Ostródzie – i nie mam tu wcale na myśli Ostróda Reggae Festival. Delegalizacja raczej się nie uda, choć mając w pamięci takie składy jak Izrael, twórczość Bednarka po prostu nie może przekonać. Cóż, może ktoś chce słuchać o ciałach płonących jak słońce, szczęściu i ekstazie namiętności – trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to równie odkrywcze i interesujące co cała współczesna okołojamajska stylistka. Sorry Matheo za uwzględnienie kolejnej twojej produkcji, ale w kwestii tekstu nie miałeś nic przecież do powiedzenia.

To ta noc, w której nasze ciała płoną jak słońce.
Trzymając się za ręce, prowokujemy szczęście
Jedną z tych chwil.
To ta noc, w której nasze zmysły proszą o więcej.
W świetle niezliczonych gwiazd.
To ekstaza namiętności,
czujesz ją ty, czuję ją ja, czujemy ją my,
Ze mną chodź, w pełnej radości nauczmy świat kochać na nowo.


A Waszym zdaniem które wersy z polskiej muzyki wydanej w ostatnich dwudziestu miesiącach należałoby dołączyć do tej listy?

Oglądany: 80012x | Komentarzy: 178 | Okejek: 66 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało