JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Bramkarscy ekscentrycy, których dziś już nie zobaczycie na boisku

109 041  
229   59  
Choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, stereotypy dosięgają nas w każdej dziedzinie życia – nie inaczej jest w przypadku futbolu. Jako jeden z najbardziej oczywistych przykładów piłkarskich komunałów należy przytoczyć tezę, że dobry bramkarz musi być – żeby nikogo nie urazić – solidnym oryginałem.



Trzeba jednak przyznać, że jest w tym sporo prawdy – poniższe przykłady dobitnie potwierdzają autentyczność tej etykietki, szczególnie uwzględniając beztrosko wesołe czasy, którymi dla piłki nożnej były lata dziewięćdziesiąte. Zapraszamy w sentymentalną podróż do epoki, gdy na boiskach królowały czeskie fryzury, a zawodnicy błyszczeli nie tylko świetną grą, ale i złotymi kajdanami na szyi.

Kierunkiem, który należałoby obrać na samym początku, jest oczywiście Ameryka Południowa. Pierwszy przychodzący do głowy przykład bramkarskiego ekscentryka to José Luis Chilavert (1965) – Paragwajczyk, który nawet w czasach boiskowej kariery posturą przypominał bardziej wojownika MMA niż piłkarza. O legendarnej dziś porywczości Chilaverta przekonał się chociażby opluty przez niego w twarz gwiazdor Realu Madryt i reprezentacji Brazylii Roberto Carlos.


Grozę budziła jednak nie tylko masywna sylwetka Paragwajczyka, ale też jego bluza bramkarska, na której złowrogo szczerzył się buldog (taki pseudonim miał zresztą sam José). Zawodnik, który w Europie grał tylko w barwach przeciętnych Realu Saragossy i Strasbourga, dla swoich chciał być niczym współczesny Robin Hood – budował swój wizerunek romantycznego rewolucjonisty, głośno wypowiadając się też o zepsuciu polityków. W ramach protestu zbojkotował nawet Copa America, które odbywało się w 1999 roku w jego ojczyźnie. Chilavert, pomimo wielu kontrowersji, był jednak charyzmatycznym golkiperem, pewnym punktem swoich drużyn dodającym sporo od siebie – w reprezentacji Paragwaju strzelił 8 bramek, jeszcze skuteczniejszy był na poletku klubowym – przez 10 lat występów w argentyńskim Vélez Sarsfield aż 36 razy pokonał swoich kolegów po fachu. Zdarzyło mu się nawet kończyć mecz z hat-trickiem (co prawda z karnych, ale zawsze) na koncie.

Można postawić dolary przeciwko orzechom, że każdy entuzjasta futbolu kojarzy scorpion kick – chyba najbardziej spektakularną (choć równie bezsensowną) paradę bramkarską w historii, która miała miejsce w trakcie towarzyskiego meczu z Anglią w 1995 roku na Wembley – więc w całkiem poważnych okolicznościach. Jej autorem był kochający ryzyko Kolumbijczyk René Higuita (1966) – piłkarz, którego biografia przypomina materiał na niezły film.


Już sama ksywka – „Wariat” – doskonale oddaje charakter gościa, który został wybrany ósmym najlepszym golkiperem w historii Ameryki Południowej. Podobnie jak Chilavert, Higuita nie poprzestawał na bronieniu, a zadania ofensywne bardzo mocno brał sobie do serca. Czasami z tego powodu zdarzały mu się jednak spektakularne wpadki – jak chociażby głupia kiwka podczas dogrywki meczu z Kamerunem na Mistrzostwach Świata w 1990 roku, która zakończyła się stratą piłki, bramką Rogera Milli i odpadnięciem Kolumbii z rozgrywek. Pozaboiskowe perypetie Higuity to jeszcze inna bajka – w 1993 roku trafił na siedem miesięcy do więzienia za pomoc w odzyskaniu porwanej córki narkotykowego barona (otrzymał za to 64 tysiące dolarów), co przypłacił opuszczeniem Mundialu w USA. Jak przystało na Kolumbijczyka, René lubił też przypudrować nosek – w trakcie występów w ekwadorskim Aucas przeszedł pozytywnie badania na obecność kokainy. A jeszcze w trakcie kariery (którą zakończył dopiero w 2010 roku w wieku 44 lat) „Wariat” zdecydował się na radykalną metamorfozę – przeszedł operację plastyczną, po której nawet najbardziej zagorzali fani piłki mogli mieć problem z rozpoznaniem tego charakterystycznego przecież (bynajmniej nie z powodu swojej urody) bramkarza.



Niesztampowym przykładem golkipera jest też Jorge Campos (1966), który piłkarski multitasking wniósł na zupełnie nowy poziom. Chyba każdy w trakcie swojej podwórkowej przygody z piłką miał rozterki, na jakiej grać pozycji. Niektórym – tutaj najlepszym dowodem jest nasz bohater – zostało to jednak na zawsze, nawet w świecie profesjonalnego futbolu. Campos, który jako bramkarz reprezentacji Meksyku wystąpił na Mistrzostwach Świata w USA i Francji, równie dobrze spisywał się w polu karnym przeciwnika – zdarzyło mu się zmieniać boiskową pozycję w trakcie przerwy, czasami nawet opuszczał bramkę, decydując się na rajdy w stylu FIFY. Ekscentryczności dodawały mu też jaskrawe, niemalże odblaskowe stroje i nietypowy numer na bluzie (zdarzało mu się bronić z dziewiątką na plecach). Również wzrost zawodnika UNAM czy Chicago Fire to (szczególnie przy standardach wyznaczanych przez dzisiejszych bramkarskich dryblasów) rzecz wyjątkowa – Campos mierzył zaledwie 168 centymetrów. Nie przeszkadzało mu to jednak w skutecznym bronieniu – był pewniakiem na linii, a dzięki swojej skoczności i giętkości również na przedpolu potrafił zawstydzać napastników.



Jedną z najbardziej charakterystycznych scen Mistrzostw Świata w 1998 roku był przedmeczowy pocałunek składany przez Laurenta Blanca – kapitana późniejszych zwycięzców turnieju, Francuzów – na łysinie bramkarza tej drużyny, Fabiena Bartheza (1971). Grający w trakcie swojej kariery między innymi w Olympique Marsylia, Monaco czy Manchesterze United Barthez zasłynął z dość ekstrawaganckiego sposobu bycia oraz dość odważnego podejścia do bramkarskich obowiązków. Pomimo ogromnego doświadczenia zdobywanego między innymi na trzech Mundialach i Mistrzostwach Europy, Fabien lubił pójść w ślady swoich nieco starszych południowoamerykańskich kolegów po fachu, wychodząc z bramki nawet w sytuacjach, które zdecydowanie tego nie wymagały. Trzeba jednak przyznać, że kiwki francuskiego łysola (zdarzało mu się nawet założyć siatkę przeciwnikowi) czy jego interwencje na przedpolu – nawet jeśli czasami kończyły się spektakularnymi wtopami (a z czasem wpadki stały się jego znakiem rozpoznawczym, był to nawet jeden z jego powodów odejścia z Manchesteru United) – znacznie podkręcały emocjonalny potencjał meczu.


Nawet po zakończeniu kariery Barthez nadal serwuje sobie solidną dawkę adrenaliny – w 2008 roku rozpoczął karierę w sportach motorowych, a następnie trzykrotnie wystąpił w słynnym 24-godzinnym wyścigu Le Mans.

Jako kolejnego bramkarskiego wariata wyróżnić należy Olivera Kahna (1969), wieloletnią ostoję Bayernu Monachium i reprezentacji Niemiec. Kahn to nie tylko stabilność, pewność i odwaga między słupkami (o jego futbolowych osiągnięciach i nagrodach można napisać osobny artykuł) – równie istotnym elementem jego boiskowej obecności była bezkompromisowa postawa. A dodając do tego dość przerażającą fizjonomię, nie zazdrościmy boiskowym oponentom wychowanka Karlsruher SC. Jeśli myślicie, że to Luis Suárez wymyślił patent na boiskowe gryzienie przeciwnika, jesteście w błędzie – to właśnie Kahn w trakcie meczu dziabnął mocno zdezorientowanego Heiko Herrlicha z Borussii Dortmund. Charyzmatyczny niemiecki golkiper potrafił też dać prztyczka w nos najlepszemu strzelcowi w historii Mistrzostw Świata – Miroslavowi Klose, czy wytargać za koszulkę swojego kolegę z Bayernu – Andreasa Herzoga. Niemalże zapaśniczy chwyt zaprezentował też podczas meczu z Bayerem Leverkusen, gdy jego ofiarą padł Thomas Brdarić. Zresztą, co tu dużo gadać, poniższy filmik doskonale pokazuje, jak bardzo charakterny i nie dający sobie w kaszę dmuchać był to bramkarz:


„Oli” potrafił jednak być też świetnym kumplem – scena, gdy pociesza załamanego bramkarza Valencii, Santiago Cańizaresa, który w trakcie przegranego finału Ligi Mistrzów dowiedział się o śmierci matki, stała się już klasycznym obrazem, a sam Kahn został uhonorowany za ten gest nagrodą Fair Play.


Doskonale pamiętam wywiad nieodżałowanego Pawła Zarzecznego z Maciejem Szczęsnym (1965) z Piłki Nożnej Plus gdzieś z połowy lat dziewięćdziesiątych. Cytowanie przez bramkarza Franza Kafki, szczere mówienie o śmierci córki i kolegach z drużyny – to na wyobraźnię gówniarza ze wczesnej podstawówki działało równie mocno, co interwencje bramkarza (wówczas) Legii. Siedmiokrotny reprezentant Polski był niesamowicie utytułowanym zawodnikiem – jako jedyny piłkarz (włączając tych z pola) został Mistrzem Polski z czterema różnymi drużynami (Legia, Widzew, Polonia Warszawa, Wisła Kraków). Szczęsny nigdy nie był jednak standardowym i stereotypowym futbolistą – od integracji przy piwku z drużyną wolał słuchać płyt jazzowych ze swojej imponującej kolekcji, półprofesjonalnie zajmował się też fotografią – publikował nawet w „Jazz Forum”. W wywiadzie dla TVN mówił o kulturze z charakterystyczną dla siebie przekorą: „Istnieje coś takiego jak kultura wyższa i ta dla plebsu. Ja akurat staram się konsumować tę wyższą, ale nie dlatego, by czuć się kimś lepszym. Zwyczajnie łatwiej do mnie dociera. Albo inaczej, dociera tak samo jak disco polo, na szczęście więcej mi z tego zostaje”.

Warto przypomnieć też starcie ojca Wojciecha z Roberto Mancinim (dziś trenerem Zenita Sankt Petersburg, dawniej między innymi Interu Mediolan i Manchesteru City) podczas meczu Pucharu Zdobywców Pucharów Legii z Sampdorią w 1991 roku, które zakończyło się wyrzuceniem Szczęsnego seniora z boiska. Sam bramkarz po latach nazwał to największym kurewstwem, w jakim brał udział.


Utrzymując wątek Legii lat dziewięćdziesiątych, nie sposób nie wymienić Grzegorza Szamotulskiego (1976), którego bogate (i straszne, i śmieszne) przygody opisał w niezwykle wciągającej biografii Krzysztof Stanowski. „Szamo” przez niektórych może odbierany być jako irytujący raptus, lecz lektura jego wspomnień pozwala na spojrzenie na tego łatwo gotującego się golkipera w zupełnie innym świetle.
Szamotulski, z wygolonym z tyłu głowy L w kółeczku, prowokował kibiców drużyn przeciwnych środkowym palcem, ekspresyjnie wkurzał się po straconych bramkach – ale w gruncie rzeczy był to po prostu równy, choć lekko zwariowany, gość.
Aby zachęcić Was do przeczytania jego biografii, warto zacytować dość długi, lecz równie smaczny fragment z samego wstępu, który dobrze opisuje charakter Grzegorza:

„Ja już taki jestem, że ryj mi się śmieje, a jak nie wykręcę raz dziennie jakiegoś numeru, to wyję do księżyca. Będzie o tym, jak wygląda drużyna piłkarska naprawdę, co się dzieje w przerwie meczu albo podczas zgrupowań, jak zachowują się ci wszyscy ludzie, których znacie z gazet i telewizji. Who is who, jak mawiają Anglicy, czyli po polsku: kto jest chujem. Uspokoić muszę fanów sportu, że swojego życia opisywać w szczegółach nie mam zamiaru, za cienki Bolek ze mnie, zanudziłbym was na śmierć dokładnymi relacjami z tych wszystkich ogórkowych klubów i lig, w których przyszło mi się tarzać za coraz śmieszniejsze pieniądze”.

To sporo mówi o dystansie Szamotulskiego do piłki i swojej osoby – nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że ten bramkarski obieżyświat (grał między innymi w Grecji, Austrii, Szkocji, Izraelu i... Elblągu) swoją robotę traktuje diabelnie serio. Jedno jest pewne – niefajnie byłoby być w skórze grającego przed nim obrońcy, który przed chwilą zawalił bramkę. Na poniższym filmiku widać irytację „Szamo” (z ruchu warg łatwo odczytać swojskie ja „pierdolę”) po prawie udanej próbie obrony karnego samego Thierry'ego Henry'ego w meczu z Barceloną.


O Arturze Borucu (1980) powiedziano już chyba wszystko, gdy „Król Artur” aka „Borubar” kilka tygodni temu podczas towarzyskiego meczu z Urugwajem kończył reprezentacyjną karierę. Boruc to najmłodszy (aczkolwiek niedługo minie 20 lat od jego transferu do Legii, czas biegnie nieubłaganie) i jedyny czynny piłkarz w tym zestawieniu (choć aktualnie w AFC Bornemouth jest rezerwowym), jednak jego nietypowymi zachowaniami i doświadczeniami można byłoby obdzielić niejedną jedenastkę.
Atakowanie swoich obrońców? Nie ma problemu, przekonał się o tym boleśnie Lee Naylor, który odpuścił gonienie piłki wychodzącej na rzut rożny.


Artur, legenda Celticu Glasgow, chętnie prowokował lokalnych rywali z protestanckich Rangersów – ostentacyjnie robił znak krzyża, na brzuchu wydziarał nawet sobie wypiętą małpę z nazwą największych oponentów (swoją drogą, jeden z najgorszych tatuaży na świecie – na szczęście już zakryty).
Alkoholowy skandal na zgrupowaniu? Oczywiście, zamieszany był w to Boruc.
Druga, identyczna – choć tym razem odbywająca się w samolocie afera? Powtórka z rozrywki.
Nie sposób zapomnieć też krytyki w stronę selekcjonera Smudy – zgadnijcie, kto nazwał „Franza” Dyzmą. Rekordziście reprezentacji Polski w ilości występów na pozycji bramkarza zdarzały się też spektakularne wpadki, jak chociażby w meczu Southampton z Arsenalem, gdy sam wybrał się na karuzelę w okolicach swojego pola bramkowego.
My najbardziej jednak zapamiętaliśmy nieszczęsną kępkę trawy, która stała się jednym z powodów najbardziej bolesnego w skutkach babola Artura.


Boruc zapamiętany zostanie też z pewnej pozytywnej akcji – w 2007 roku bez wahania stanął w obronie ciężarnej Polki, która została zaatakowana przez bandytów w Glasgow. Byłoby naprawdę miło, gdybyśmy mogli jeszcze przez kilka sezonów oglądać tego oldskulowego bramkarza w akcji.

Źródła: 1, 2
Oraz: K. Stanowski, G. Szamotulski, Szamo. Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano, Warszawa 2013

Oglądany: 109041x | Komentarzy: 59 | Okejek: 229 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało