JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Co wy macie do Pekinu? Krótka historia powstania Pałac Kultury i Nauki - "daru" Stalina dla Polaków

38 740  
267   137  
Wojna domowa od wielu wieków trwa... Kiedy powoli zaczął opadać kurz wywołany bitwą z okazji święta 11 listopada, rzucono nam kolejny ochłap, abyśmy się o niego pożarli, poobrażali na siebie i pognali na manifestacje, ażeby wściekle machać łapami.


Tym razem źródłem narodowej napiny jest Pałac Kultury i Nauki – wysoki na 237 metrów symbol komunistycznego terroru, pustych, sklepowych półek i typowego dla socrealizmu przerostu formy nad treścią.

Dar dla narodu od wujka Stalina

Na pomysł postawienia w Warszawie takiego kolosa wpadł sam Józef Stalin. Miał to być „dar od narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Nie był to jakiś szczególnie oryginalny prezent, bo w tamtym czasie, czyli w latach 50., tego typu budowle wąsaty dyktator fundował na lewo i prawo. W samej Moskwie wzniesiono tzw. Siedem Sióstr. "Wieżowce Stalina”, podobnie jak nasz pałac, były niemalże kalką stylu budownictwa amerykańskich drapaczy chmur z pierwszej połowy XX wieku.
Mimo że komuniści gardzili zachodnią degrengoladą, to monumentalny styl art deco wyjątkowo przypadł im do gustu.


Komuniści obdarowywali tymi koszmarkami wielu swoich minionów. W chwili, gdy u nas trwała budowa pałacu, równocześnie w Bukareszcie stawiano Dom Wolnej Prasy (he, he…), w Pradze wznoszono hotel Drużba, w Rydze powstawał Dom Kołchoźnika, a mieszkańcy Kijowa patrzyli, jak rośnie pierwszy wieżowiec w mieście – hotel Ukraina.
Mało brakowało, a mielibyśmy jeszcze więcej do burzenia. Zgodnie z pierwotnym pomysłem na placu przed Pałacem Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina wznieść miano potężny pomnik fundatora tego przedsięwzięcia. Ogłoszono nawet konkurs na najlepszy projekt takiej rzeźby. Żadna ze zgłoszonych prac nie przypadła do gustu warszawskim decydentom. Jury odrzuciło nawet propozycję Xawerego Dunikowskiego, który stworzył bardzo ładny, równie klockowaty co pałac, model Stalina.


Pałac Kultury czy może Wieża Niepodległości?

Skoro już wspomnieliśmy o stylu art deco, to warto tu przywołać Juliusza Nagórskiego – polskiego architekta, wielkiego zwolennika monumentalnego budownictwa neoklasycystycznego oraz art deco. W 1936 roku stworzył on projekt postawienia w okolicach ronda Waszyngtona w Warszawie olbrzymiego drapacza chmur zwanego Wieżą Niepodległości.


Plan budowy przedstawiony został Stefanowi Starzyńskiemu – ówczesnemu prezydentowi stolicy. Zarówno on, jak i prezydent Polski Ignacy Mościcki bardzo entuzjastycznie zareagowali na ten pomysł. Nieruchomość miała liczyć ok. 200 metrów i być zwieńczona iglicą z umieszczonym na jej czubku nadajnikiem radiowym.
Wiele wskazuje na to, że realizacja projektu doszłaby do skutku. Niestety, wybuch II Wojny Światowej zaprzepaścił te ambitne plany. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego Juliusz Nagórski złapany został przez Niemców i wraz z grupą innych mieszkańców stolicy trafił przed egzekucyjny pluton.

Jak dają za darmo, to bierz! Wyżej, ku chwale socjalizmowi!

Głównym architektem, który zajmował się realizacją mokrego snu Stalina, został Lew Rudniew – zasłużony dla socrealizmu fachowiec, autor jednej z siedmiu rosyjskich „Sióstr” - bliźniaczo podobnego do naszego pałacu Uniwersytetu Moskiewskiego.
Jeszcze w 1951 roku Rudniew i kilku innych zaangażowanych w projekt inżynierów obwiezieni zostali po Polsce. Odwiedzali miasteczka, muzea, teatry – wszystko po to, aby poznać cechy polskiej architektury i wpleść niektóre z jej elementów w projekt pałacu. Już przy pierwszym spotkaniu ze stroną rosyjską nasi emisariusze domagali się, aby pałac nosił w sobie wyraźne cechy narodowe.


Wycieczka radzieckich architektów po Polsce też okazała się bardzo dobrym pomysłem – po zobaczeniu Krakowa, Kazimierza, Torunia czy Chełmna, Rosjanie zebrali sporo materiałów zdjęciowych, a co za tym idzie – inspiracji, którą później mieli wykorzystać podczas tworzenia ostatecznego projektu. I tak na przykład natchnieni architekturą i przestrzenią krakowskich zabytków, projektanci postanowili trzasnąć monstrualnej wielkości attyki, w których niejedna osoba mogłaby dostać lęku przestrzeni. A elementy ludowe? Upstrzono nimi sporą część elewacji. Większość znawców sztuki zgodnie przyznała, że te ornamenty tak pasują do tego wielkiego klocka, jak pięść do nosa. Niektórzy złośliwcy nazywali Pałac Kultury i Nauki „wielkim słoniem w koronkowych gatkach”.


Początkowo planowano, aby „radziecki dar” miał ok. 100 metrów wysokości, jednak grupa polskich architektów z Józefem Sigalinem na czele forsowała ambitniejszy plan wzniesienia się ponad wstępne projekty Rudniewa. Nad wyznaczonym miejscem budowy latał sobie radziecki dwupłatowiec Po-2, czyli tzw. kukuruźnik. Do maszyny przyczepiony był balon. To on miał określać ostateczną wysokość budynku. Mimo że główny architekt powiedział „basta!”, kiedy maszyna znalazła się na 100 metrach, to polska ekipa darła się do nadajnika radiowego: „Wyżej!”. Pilot wykonywał polecenia.


Ostatecznie, razem z iglicą, Pałac Kultury i Nauki kończy się na wysokości 230 metrów i do dziś pozostaje najwyższym budynkiem w Polsce! Do jego zbudowania zużyto 40 milionów cegieł i 26 tysięcy ton stali. Prace trwały ponad trzy lata i w lipcu 1955 roku, otoczony wojennymi zgliszczami, „dar” był już gotowy.


Komunistyczny – owszem, ale z polskimi elementami

Realizowany za radzieckie pieniądze projekt w dużej części oparty był o materiały przywożone ze Związku Radzieckiego. Fasady wykonano na przykład ze spieków ceramicznych zwożonych z fabryki na Uralu. Tymczasem niektóre elementy można było całkiem tanio produkować u nas. I nie mówimy tu tylko o takich podstawach jak cegły, gips czy kamienie, ale np. o marmurze i granicie, co do których Rosjanie postawili bardzo dokładne wytyczne. Ze Strzegomia sprowadzano więc granit w kolorze jasnoszarym, natomiast ten różowy i czarny trzeba było ściągać ze Szklarskiej Poręby.


Kwestią sporną okazał się tzw. wapień pińczowski – porowaty materiał złożony z okruchów skorup prehistorycznych mięczaków oraz glonów, od wieków stosowany w polskim budownictwie. Architekci planowali wykorzystać tenże wapień do budowy kolumn przy wejściu do pałacu, jednak wcześniej trzeba było przeprowadzić kilka doświadczeń jakościowych. Materiał poległ na testach, w których sprawdzano jego wytrzymałość na mrozy. Wapień zaczął kruszeć po 10 cyklach, więc został zdyskwalifikowany. Cóż, zbudowana z tego właśnie budulca kaplica świętej Anny w Pińczowie liczy sobie ponad 400 lat i ma się całkiem dobrze…

Wzorowi budowlańcy

Potężny gmach już w pierwszych miesiącach swego istnienia był naczelnym elementem socjalistycznej propagandy trąbiącej o „miłości łączącej dwa narody”. Najwięcej z realizacji tego projektu wynieśli polscy budowniczowie, którzy mieli okazję podpatrzeć kilka nowatorskich rozwiązań stosowanych przez radziecką ekipę.


A skoro już o nich mowa – specjalnie dla robotników postawiono całe osiedle na Jelonkach. Ochrzczono je mianem „Drużba” i szybko uczyniono zeń kolejny element absurdalnej propagandy. Dzielni, harujący w pocie czoła mężczyźni stali się nieskazitelnym wzorem do naśladowania. Dzięki mediom utrwalano ich wizerunek jako ludzi, którzy po pracy spotykali się w osiedlowych świetlicach, aby czytać rosyjską literaturę piękną i wygłaszać przed kamerą płomienne przemówienia na temat potęgi socjalizmu.
Robotnikom oddano do dyspozycji bardzo dobrze zaopatrzony sklep. Warszawiacy, którzy mieli znajomości i parę groszy na łapówkę dla pani ekspedientki, chętnie zaopatrywali się tam w różnego typu dobra, mniej lub bardziej procentowe…

Raj samobójców

Panorama. Z wysokości 30 piętra pałacu Warszawę widać jak na dłoni. Z tego miejsca 114 metrów dzieli nas od twardego chodnika. Ten fakt, jak się okazało, był bardzo dobrą informacją dla samobójców. W 1956 roku, czyli rok po zakończeniu budowy, „dar” Stalina stał się modny wśród osób chcących zakończyć swój nędzny żywot. Większość z nich decydowała się na efektowny skok zakończony lądowaniem po stronie ulicy Marszałkowskiej lub Świętokrzyskiej, chociaż jak w jednym z wywiadów wspomniała kronikarka PKiN – Hanna Szczubełek – wszystkie kierunki zostały już „oblatane”.


Dziewiąty z samobójców nie mógł się zdecydować i dość długo wahał się, czy skoczyć. Ostatecznie patrol milicji przywiózł na 30 piętro jego rodziców, aby ci przemówili mu do rozumu. Okazało się, że zaszła pomyłka i to jednak nie był ich syn. "Matka" desperata zemdlała i od razu trafiła pod czułą opiekę sanitariuszy jednej z karetek, które zjechały pod pałac.
Ostatecznie chłopak dał się namówić i z pomocą taterników został zdjęty z gzymsu. Aby oszczędzić mu upokorzenia ze strony tłumnie zebranych na dole gapiów, którzy bardzo liczyli na kapkę makabry, zgaszono wszystkie światła w pałacu i w zupełnych ciemnościach ściągnięto samobójcę w bezpieczne miejsce.

Rolling Stones w Pekinie

Pekin, bo taką nazwą ochrzcili pałac mieszkańcy Warszawy, odwiedzany był przez zarówno polityków, jak i artystów światowej sławy. Koncertował tam Leonard Cohen, Marlena Dietrich, Ella Fitzgerald, Louis Armstrong, a nawet the Rolling Stones. Ten ostatni zespół przyjechał do Polski w 1967 roku tylko dlatego, że odwołano im występ w Moskwie, gdzie władze postanowiły ostentacyjnie zmienić plany i nie dopuścić do koncertu symbolu zgniłego Zachodu.


W tej sytuacji Stonesi, wiedząc, że nad Wisłą mają mnóstwo fanów, wpadli z wizytą do Warszawy i zagrali praktycznie za darmo. Przez cały czas pobytu w naszym kraju muzycy byli śledzeni przez agentów i zakamuflowanych funkcjonariuszy MO.


Przed Pałacem Kultury i Nauki zebrały się dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Tylko mały procent z nich miał szansę zobaczyć Stonesów na żywo. W Sali Kongresowej, gdzie mieści się ok. 2,5 tysiąca osób, upchnięto ich 5 tysięcy! Nagłośnienie było fatalne, a cały koncert obstawiony był przez milicję i funkcjonariuszy wojskowej żandarmerii, których zadaniem było przywoływanie do porządku melomanów wstających z siedzeń czy klaszczących. Podczas gdy w budynku odbywał się występ wielkiej gwiazdy rocka, przed pałacem trwała regularna bitwa 10 tysięcy fanów rocka z milicją wspieraną przez oddziały konne i opancerzone pojazdy z armatkami wodnymi.


Stonesi po koncercie wrócili do hotelu, zabrali ze sobą do samochodu kartony płyt z ze swym najnowszym materiałem i przejechali się po mieście, zatrzymując wszędzie tam, gdzie kręciły się grupki młodzieży. Muzycy wręczali im winyle, które teraz muszą być warte majątek.
Legenda głosi, że kasa z występu była tak mała, że zespół postanowił wydać całość na wódkę. Ta jednak została cofnięta na granicy i wróciła do Polski, gdzie przez dłuższy czas grzała gardła osób związanych z Polską Agencją Artystyczną.

I na koniec parę słów na temat wyburzania Pekinu i trwającą w związku z tym dyskusją. Ból dupy jeszcze nie osiągnął apogeum, ale już teraz wszyscy skaczą sobie do gardeł. Tylko patrzeć, jak zwolennicy zrównania warszawskiego kolosa z ziemią zrzeszą się w zorganizowaną grupę, aby odpierać ataki pikietujących przed budynkiem członków Komitetu Obrony Pałacu. Potem ktoś wpadnie na pomysł kompromisu – zburzmy to cholerstwo, ale na jego miejsce postawmy coś równie wzniosłego, ale odwrotnie zwróconego ideologicznie, na przykład 300-metrowy pomnik polskiego papieża z punktem widokowym w tiarze i muzeum kremówek w prawym bucie. Papież Kultury i Nauki…
Problem w tym, że zanim politycy zaczęli o swoim pomyśle przebąkiwać, a media rzuciły się na ten temat niczym wygłodniały gołąb na spleśniałą bułkę, wszyscy mieliśmy słodko wywalone na to, czy pałac coś symbolizuje czy nie. Przez lata ten przysadzisty, szpetny kloc wrósł w stolicę i stercząc ponad dachami innych nieruchomości, stał się centralnym punktem warszawskiej topografii.
Według wstępnych kalkulacji rozpierdzielenie pałacu pochłonęłoby ok. 900 milionów złotych. Taka jest cena efektownego zamanifestowania naszej pogardy dla minionego systemu, ale jakby tak spojrzeć z nieco większego dystansu – czy taką manifestacją nie był już wspomniany koncert sprzed 50 lat, kiedy to w „diamencie” ofiarowanym Polakom przez Stalina pojawił się symbol Zachodu, który jeśli chodzi o siłę przekazu - można by porównać chyba tylko do logotypu Coca-Coli?

Oglądany: 38740x | Komentarzy: 137 | Okejek: 267 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało