JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Same przyjemności, czyli poniedziałkowy poranek w gabinecie lekarza rodzinnego

53 765  
263   96  
Każdy z nas ma swojego lekarza rodzinnego, który zna nas od lat, ma w swojej kartotece całą historię naszego zdrowia i choroby. To w teorii.


W praktyce każdy z nas ma swoją kartotekę u jakiegoś lekarza rodzinnego, który mógł nas widzieć raz, mógł nie widzieć wcale albo widuje nas w ostatecznej ostateczności, gdy choroba zmusza do spędzenia poranka w poczekalni. Niektórym lekarzom chce się prowadzić pełną dokumentację i zbierać od nas papiery z prywatnych wizyt u specjalistów (albo tych wyczekanych na NFZ, jeśli o nich przez rok czekania nie zapomnimy), innych interesuje tylko wklepanie do komputera/ przepisania na papier tego, co od nich chcemy i „Do widzenia, powodzenia”.
Tak czy inaczej czasem nadchodzi ten moment, gdy potrzebujemy pójść do lekarza rodzinnego. Przychodzimy przed pracą najwcześniej jak się tylko da, żeby nie musieć brać urlopu albo L4. Niestety! Na ten pomysł wpadły również wszystkie sąsiadki z osiedla. Przecież później muszą odebrać emeryturę i pójść wymacać wszystkie owoce na placu (tutaj przepraszam wszystkie urażone panie, które nie macają owoców na placu – to nie o was).
Czekamy i czekamy... Co ktoś robi 40 minut w gabinecie?! A może on już wyszedł, a lekarz ma przerwę? A może lekarz sobie poszedł?
Też nie wiedziałam, co można robić tyle czasu u lekarza rodzinnego – aż nie spędziłam miłego miesiąca z jednym z nich.
Poniedziałek, ósma rano, wchodzimy na korytarz: „Pani doooooktor!!!” starsza pani koło osiemdziesiątki podrywa się z krzesełka i leci do nas korytarzem. Pozostali czekający się obudzili - patrzą, co się będzie działo. Aż podskoczyłam, co robić, pani ma zawał (ale nie, przecież biegnie), mąż ma zawał, może ktoś umiera u niej w domu...
Pani doktor nie zmienia surowego wyrazu twarzy, nie wydaje się przejęta. Kobieta dobiega do nas. „Mam wnuczka!!!”. Z wrażenia zostawiła laskę na końcu korytarza. Odprowadzam panią na miejsce, tak na wszelki wypadek.

Ósma zero dwa.

Szybko się zbieramy, bo zaraz będzie opóźnienie. Wołamy pierwszego pacjenta. Wchodzi pan koło siedemdziesiątki, grzecznie siada na krzesełku. „Dzień dobry, pani doktór, bo ja bym chciał zaświadczenie o chorobach”.

Wygląda na schorowanego, więc choroby na pewno ma. Co to jest zaświadczenie o chorobach? Nie wiem, ale szukam chorób. Kartoteka prawie pusta.
Pani doktor marszczy czoło. „Pan się niedawno przeprowadził, ja pana widzę drugi raz, musi pan nam pomóc, nie mamy tutaj żadnych dokumentów, nie wiemy, co panu jest”.
Pan wyciąga jakąś pomiętą kartkę. Wypis ze szpitala! Eureka, na wypisie zawsze są choroby!
Próbujemy się dowiedzieć coś więcej, pan nie ogarnia co z nim robili w szpitalu, leków nie bierze, bo zapomniał, jakie miał brać.

- A na co panu zaświadczenie o chorobach?
- Bo ja chciałbym mieć tę naklejkę na samochodzie.
Naklejka... Hmm.. Pewnie chodzi o niepełnosprawność! Tylko po co mu zaświadczenie o stopniu niepełnosprawności?
- A prowadzi pan samochód? Bo coś pan niepewnie chodzi, to może niebezpieczne być dla pana i otoczenia.
- Nie, ja nie mam samochodu. Córka ma...

Sezon grypowy w pełni, poczekalnia pełna wirusów i bakterii, idealny czas na wysłanie schorowanego ojca do lekarza, żeby móc parkować na kopercie.

No nic, przeglądamy papiery, piszemy cholerne zaświadczenie jak umiemy. Przy okazji damy panu skierowanie na podstawowe badania, rozpiszemy mu leki.
Może za tę naklejkę na samochód córeczka pozwoli tatusiowi zostawić zasiłek dla siebie, będzie miał przynajmniej za co leki kupić.
I tak minęło pierwsze 45 minut. Oznacza to, że mamy 35 minut opóźnienia, bo na pacjenta jest 10 minut.

Ósma pięćdziesiąt.

Wchodzi pani od wnuczka.
- Pani doktor, jaki on ładny! Oczka ma po tatusiu, a nosek...
- Dzień dobry, pani Kowalska, proszę usiąść, bo się pani przewróci.
- O, tutaj, zdjęcie mi syn wydrukował, jak wyjdą ze szpitala, to zaraz jadę go zobaczyć!
Pokazuje zdjęcie. Pani doktor w milisekundzie patrzy na zdjęcie, uśmiecha się do pani, otwiera kartotekę i przechodzi do rzeczy.
- A co panią dzisiaj do mnie sprowadza?
- Ja tylko po recepty.
Wręcza woreczek opakowań po lekach. Ja przystępuję do napisania recept na to wszystko. Jedna recepta będzie mało, ręka mnie boli po tej epopei z niczego na zaświadczeniu, ale daję z siebie wszystko.
- Wszystko się pani skończyło? Ostatnio się całkiem niedawno widziałyśmy.
- Nie, ja jeszcze mam na miesiąc. Ale tak pomyślałam, że przyjdę wcześniej...
W poniedziałek pomyślała. W poniedziałek rano pomyślała.

Dziewiąta zero dwa.

Mamy wołać następnego pacjenta. Wpada do gabinetu facet koło pięćdziesiątki, wielki, aż się trzęsie ze złości, a za nim starsza pani w bereciku z grymasem na twarzy.
- Ja nie będę tu siedział z tymi babami! Stare mohery, nic do roboty, wszystkie w poniedziałek, *$#9^&8*%, wszystkie chore w poniedziałek rano, ja muszę iść do pracy!
- Teraz moja kolej! Niech pan poczeka na swoją!

Dziewiąta zero osiem.

Starsza pani już siadła na stołeczku, zdjęła płaszczyk. Beret został na miejscu (nie mam nic do beretów, ale uroczo wygląda taki beret bez płaszczyka).
Kartoteka taka gruba, że się zaraz rozleci. Pani podaje wyniki badań. Nie są dobre.
Anemia (niedobór krwinek czerwonych) głęboka jak Rów Mariański, zastanawiam się, jak ta pani jeszcze chodzi. Najwidoczniej się organizm przyzwyczaił, bo pani ustawicznie odmawia pójścia do szpitala na leczenie. A lekarz rodzinny niewiele może.

Na dodatek nerki poleciały. Do specjalisty pani poczeka z pół roku, piszemy oczywiście skierowanie, ale musimy na te pół roku ustawić jej na nowo leczenie. Patrzymy na wszystkie choroby. Tego nie może, tego też nie, to jest za drogie, tego nie ma w tabletkach... W końcu coś wybieramy, najmniejsze zło.

Możecie nie zdawać sobie z tego sprawy, ale wybranie leków dla seniora często jest jak chodzenie we mgle. Część leków się wyklucza nawzajem, część chorób wyklucza stosowanie leków na inne choroby, część leków kosztuje pół emerytury, części leków senior sam nie jest w stanie sobie dawkować. Ogólnie jak trafisz, to fajnie, jak nie trafisz, to nie pomoże albo mogą się pogorszyć wyniki badań (jak zupełnie nie trafisz, to może być gorzej, ale doświadczony lekarz tego nie robi).

Dziewiąta trzydzieści trzy.

Ponad pięćdziesiąt minut spóźnienia.
Wchodzi młoda dziewczyna. Lubimy młodych, bo zwykle są rzeczowi i nie wymagają więcej niż te 10 minut. Ściąga płaszczyk.
Ciężarna. O nie, o nie, o nie, tylko nie ciężarna!
- Dzień dobry, pani doktor, ja chciałabym coś na bóle głowy.
Lek. Dla ciężarnej. To jest pole minowe. Jak się pomylisz, to koniec.
- Ja pani niewiele mogę dać. Nie jestem ginekologiem, nie wezmę odpowiedzialności za panią i dziecko.
- Ale ja mam do ginekologa dopiero za miesiąc, a nie stać mnie na prywatną wizytę...
Ja się trochę cieszę w głębi serca, bo posłucham sobie serca i płuc ciężarnej. Pani doktor wzdycha.
- Paracetamol, tyle mogę pani dać. Bez żadnych dodatków. I niech pani bierze tylko w ostateczności...

Dziewiąta czterdzieści osiem.

Wchodzi pan koło pięćdziesiątki – ale nie ten, co się awanturował. Ten ma podziurawiony kolorowy sweterek, uśmiecha się od ucha do ucha, zapach mocno średni.
- Stasiu, czego ty ode mnie chcesz...?
Dziwię się, czemu pani doktor zwraca się do pacjenta na ty.
- Pani doktor, ja wiem, ja pamiętam, te badania... Ja je zrobię, ale nie mogłem, no nie mogłem, czasu nie było...
- Stasiu, ile dzisiaj?
- Nic, pani doktor, no nic!
- Stasiu...
- No jedno wypiłem, ale takie małe, żeby się pani doktor nie denerwowała...
Stasiu zdrów jak ryba był. Ale pojawiło się nadciśnienie. Stasiu przejął się nadciśnieniem i nawet leki kupił. Popija je piwem, bo wódką nie wolno.
Ciśnienie nie najgorsze, 145/80.
- Widzi pani doktor? Ja mówiłem, że jedno piwko mi na dobre wychodzi...

Dziesiąta.


Wchodzi pan od awantury sprzed godziny.
- Ja przepraszam, ale te baby, one na złość, no normalnie na złość wszystkie muszą!
- Ja wiem, ale NFZ to NFZ, kolejka to kolejka.
Pan w ciągu trzech minut dostał ode mnie skierowanie, od pani doktor skierowanie i poszedł.

Dziesiąta cztery.

Następny pacjent. Sterta kartotek na dzisiaj niewiele się zmniejszyła. Chciałabym iść do WC, ale nie chce mi się jeszcze na tyle, żeby stawić czoła wszystkim poirytowanym pacjentom na korytarzu. Wzdycham z myślą o kanapce, od której dzieli mnie cała poczekalnia i zabieram się dalej do roboty.

Jak widzicie, kochani, przyczyny waszych maratonów kolejkowych są złożone, to mieszanka nieludzkiego NFZ (10 minut na pacjenta), przyczyn losowych, starzejącego się społeczeństwa i... owoców na placu.

Oglądany: 53765x | Komentarzy: 96 | Okejek: 263 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało