JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

RPA: Kilka powodów dla których warto zwiedzić ten kraj

34 332  
149   35  
Dotąd gdy pisałem o RPA nieuchronnie dawałem się złapać w pułapkę „ciekawostek”. Stara zasada linii lotniczych mówi: nigdy nie używać słowa „problem”. Bo nawet jeśli powiesz: „Nie ma żadnego problemu”, to ludzie usłyszą tylko „Problem, zginiemy!”..

Podobnie musiało być ze mną. Nawet gdy starałem się opisywać RPA z dużą dozą kontekstu dla problemów kraju, musieliście chyba mieć wrażenie, że piszę o strasznym miejscu. Strzelaniny, napady, protesty i próby morderstw. W komentarzach – oprócz uroczych teorii spiskowych – niektórzy pisali nawet, że nigdy by tam nie pojechali. Błąd!

Trzy miesiące, które spędziłem w Kapsztadzie były wspaniałe. Widziałem i przeżyłem rzeczy, które innym nie są dane przez lata. Nie, że się chwalę, naprawdę.

Kapsztad jest takim miastem, w którym w sobotę bawicie się w klubie na trzydziestym piętrze wysokościowca, pod wami meandrują światła autostrady, a alkohol spływa do gardła przyjemnym chłodem kostki lodu. Cztery godziny później koleżanka odmawia opuszczenia klubu zaczepiając ochroniarzy (why so serious, guys?), musicie wynosić ją więc do windy, a tymczasem jakiś palant z przerysowanym brytyjskim akcentem próbuje poderwać wam dziewczyny.

W niedzielę jesteście w townships, gdzie bawicie się w czymś na wzór „dyskoteki”, którą dawniej otworzono przy myjni samochodów. Myjni już dziś nie ma, ale zostały imprezy – jedzenie jest nieprzyzwoicie tanie, wszystkie kultury bawią się razem, acz gospodarzami są Xhosa – ci, którzy w klubie z wczoraj mogliby robić co najwyżej za ochronę.

Kilka kilometrów dalej zaczyna się protest taksówkarzy. Zaraz zapłoną autobusy linii miejskich – lokalni przywódcy zrzeszenia taxies opłacili bezrobotnych, żeby dokopać konkurencji. W gazetach będą jednak przedstawiać to jako poparcie dla walki o usunięciu władz na szczeblu prowincji. Ale o tym dowiecie się dopiero za kilkanaście godzin.

Nad wami lata helikopter z turystami, a gdzieś w zatoce ludzie moczą zadki nurkując z rekinami. Przyjaciele tymczasem pocą się na szlaku Signal Hill albo Góry Stołowej.

Miasto i kraj żyją na wiele sposobów.

Pozwólcie, ze zabiorę was na małą wycieczkę.


Widok z Lions Head na Signal Hill. Góra dosłownie rozcina centrum miasta.


Góra Stołowa także rozcina miasto – ale inaczej. Na tych, którzy mają pieniądze i tych którzy nie mają, trzymani są więc za nią, niewidziani przez turystów.

Kapsztad ma problemy. Republika Południowej Afryki ma problemy. Miała ich bardzo wiele już bardzo dawno temu. Na swojej stronie na FB próbowałem zrobić mały eksperyment: spytałem kiedy było lepiej: dziś czy kiedyś (za apartheidu). Głosów nie było bardzo wiele, ale te które się pojawiły mówiły wyraźnie: kiedyś.

A jednak statystyka temu przeczy. Gospodarka, nie licząc ostatnich dwóch lat, rozwija się wyraźnie szybciej niż w okresie apartheidu (kiedy to przez większość czasu stała i to jeszcze przed międzynarodowym bojkotem). Liczba zabójstw jest na poziomie podobnym do tego z lat siedemdziesiątych. Weryfikowalne dane nie świadczą wyraźnie na niekorzyść współczesnej sytuacji w kraju (może poza bezrobociem).

Oczywiście żaden to raj, w poprzednich artykułach nie opisywałem nieprawdy. Kontekst jest jednak znacznie szerszy, a ja byłem wolontariuszem w jednym z najbardziej dotkniętych problemami townships kraju, bo nawet nie miasta. Z turystami będzie inaczej.


Na przykład na tym zdjęciu problemy RPA są niemal niedostrzegalne.

Sporo pisałem tu o apartheidzie, ale – tak między nami – mało kto porusza tu ten temat. Ludzi trzeba raczej ciągnąć za język i choć oczywiście baczny obserwator pewne rzeczy dostrzeże sam, to wasze doświadczenie kraju – paradoksalnie – może na tym zyskać. Bo tam, gdzie rzeczy kontrastują ze sobą, widać je najlepiej.


Problem pingwina polega na tym, że jest jednocześnie czarny, biały i napływowy – trudno mu się więc zdecydować, po której stronie stoi w dyskusji o apartheidzie.

RPA jest krajem ogromnej ilości kultur, które czasem napędzają się, czasem współistnieją, a czasem zderzają ze sobą. To fascynujące poznać w ciągu jednej podróży tradycje Burów, Xhosa, Zulusów, czy koloredów. Tym bardziej, że mimo ciężkiej historii, łączy ich znacznie więcej niż dzieli. Owszem, to Burowie wykorzystywali Xhosa do pracy na farmach, nie tak łatwo o tym zapomnieć, ale koniec końców u jednych i drugich znaleźć można jedną cechę wspólną: miłość do ziemi.

Xhosa do dzisiaj praktykują tradycyjną inicjację – nawet na obrzeżach miast ich młodzieńcy muszą wyruszyć w busz, by tam porozumieć się z przodkami (a przy okazji stracić kawałek przyrodzenia) – i nie wszyscy z tej inicjacji wracają. Nie ma jednak innego sposobu, by zostać mężczyzną. Władze kraju szanują tradycję. Dbają tylko, by nie była bardziej brutalna niż musi – każdy chłopiec ma więc przydzielonego opiekuna, który w razie „problemu” (przypadkowe ucięcie penisa zasługuje chyba na to miano) trafi do więzienia. I wiecie co? Ilość wypadków drastycznie spadła.

Podobnie ma się sprawa z lokalnymi szamanami: „sangoma”.


Jednym z pomysłów na prezenty w mojej kampanii na Polakpotrafi miał być szczur przynoszący szczęście w finansach. Niestety nie mam pewności, czy w transporcie nie tracą one magicznych właściwości.

Sangoma z jednej strony posiadają ogromną wiedzę o tradycyjnej medycynie, a z drugiej nie brak wśród nich szarlatanów, oferujących aborcje z pomocą ziółek, które prędzej zabiją matkę niż dziecko, czy proponujących klientom magiczne szczury, które zapewniają powodzenie w finansach. RPA zamiast ich delegalizować, kazało im się zorganizować. Dziś „porządni”, zrzeszeni sangoma są w zasadzie na równi z lekarzami – szarlatanów wciąż nie brakuje, ale przynajmniej łatwo ich odróżnić.

Tradycja spotyka się w RPA z nowoczesnością. Nierzadko obie wychodzą na tym nie najgorzej. Jedno też łączy w RPA wszystkich – nieważne skąd jesteś i z jakiej kultury się wywodzisz, wszyscy tutaj w wolnym czasie robią braai. Czyli grillują.

Gdy mowa o jedzeniu: w zasadzie nie ma zasad. Burgera zjesz na każdym kroku, nierzadko z mięsem strusia w środku, nieco dalej będzie to samosa, popularna czakalaka, a przy odrobinie samozaparcia i mocnego żołądka nawet smiley. Nieśmiertelne są też biltongi – gdzie indziej spróbujecie antylopy kudu?


Dopiero czakalaka nauczyła mnie, że warzywa bez mięsa można traktować jako posiłek, nie wynaturzenie.


A smiley kazał zastanowić się, czy wegetarianizm to aż taka zła opcja.

Południowa Afryka ma coś jeszcze. Piękno natury, które wyrywało mi powietrze z płuc za każdym razem, gdy zdążyłem pomyśleć, że już się przyzwyczaiłem. Jest to morze, góry, góry spotykające się z morzem, a nawet pustynie i sawanny. Niezwykłe w nich wszystkich jest to, że zachwycą nawet, gdy tylko przejedziecie obok samochodem. Ale jeśli macie pięć dni na mały hiking – wtedy zachwycicie się jeszcze bardziej.


Otter trail.


Nature valley.


Czołgasz się na kolanach i łokciach, jedne i drugie są otarte, zanurzone w wodzie. Szczypią maleńkimi igiełkami. Skała naciska na twoje ramiona, na skórze głowy czujesz twardą fakturę kamienia. Jest klaustrofobicznie. A potem widzisz to i masz wrażenie, że Jezusek właśnie postanowił posmyrać cię po główce. Jaskinie niedaleko Kapsztadu.

No i zwierzaki.

Miło jest zobaczyć zwierzęta, które nie wyglądają, jak gdyby miały ochotę się powiesić (jak w ZOO). Oczywiście rezerwaty całej Afryki są podobne, a te w RPA nie są szczególnie wyjątkowe. Ale są tu. I owszem, pamiętamy o tym, że słonie zwykły podróżować tysiące kilometrów, a tu mają ich raptem kilkanaście, drapieżne koty zamknięte są w mierzących hektary, ale jednak klatkach (prawdziwy Jurassic Park z podwójnym ogrodzeniem pod napięciem) i tak dalej. Jednak w dyskusji „śmierć z rąk kłusowników albo dziesięć metrów kwadratowych w ZOO” konsensus tutaj wydaje się całkiem sensowny.


Plattenberg Game Reserve. Mruczek ma dziś kiepski dzień.


Nosorożec na żywo przypomina wielkiego, szczęśliwego prosiaka. Aż chce się przytulić.


Znam masę osób, które opowiadały mi najstraszniejsze rzeczy przed wyjazdem do RPA. Druga wolontariuszka też usłyszała ich wiele. Ona nie pojechała.

Ja nie spotkałem jednak nikogo, kto by tu był i żałował. A przykład mój i Ethordina pokazuje, że nietrudno zakochać się w RPA. I owszem, jest niebezpiecznie. Zwykle, jeśli usłyszycie „pieprzone RPA” to będzie to kontekście napadu albo rabunku. Większość niebezpieczeństw zostaje jednak w konkretnych miejscach, jak townships, w które nie zapuszczą się turyści.

To zagrożenie ma jednak pewien interesujący efekt. Ogromną otwartość ludzi. Chętnie pomagają sobie, chętnie cię ostrzegą i chętnie pomogą tobie – bowiem turysta to dla nich ktoś ważny, ktoś wobec kogo jest się jako gospodarz zobowiązanym. I nie mówię tu tylko o okolicach hosteli. To samo spotykało mnie w townships, gdzie ludzie bardzo chętnie zostawiali mi swój numer telefonu albo wręcz oferowali podwiezienie na przystanek autobusowy, bo to dla umlungu (czyli białego) „niebezpieczne”. I nieważne, że mieszkałem tam już miesiąc, pokonując tę trasę codziennie.

Po trzech miesiącach mieszkania i pracowania tu mogę powiedzieć jedno: W RPA oddychałem inaczej, szybciej, bardziej żywo. Żyłem bardziej. Nie mówię, że doświadczenie to czeka każdego turystę, ale na pewno łatwiej o nie tutaj niż w egipskim hotelu przy plaży.

W RPA każdy ma własne zdanie, a perspektyw jest tyle ile – nawet nie grup – ale ludzi. I to też jest piękne.


Nie bez powodu w tej piosence nie ma ani słowa o RPA.

Moje artykuły o RPA niniejszym się kończą (acz nigdy nie mów nigdy), ale niezbyt zachęcają mnie śniegi Radomia. Dlatego wyruszam w nową trasę. Wspólnie ze znajomymi pokonamy drogę z Wodospadów Wiktorii przez Botswanę i Namibię do mojego ulubionego miejsca: Kapsztadu. I z tego postaram się zdać wam relację.


Wygląda niepozornie, ale to jakieś trzy i pół tysiąca kilometrów. W trzy tygodnie.
Będzie nas czwórka, przy okazji następnego artykułu postaram się przedstawić ekipę.


* * * * *

Jeśli chcecie być na bieżąco z relacjami z RPA, zajrzyjcie na fanpage Tadeusza pod tym linkiem: https://www.facebook.com/Tadek-Vblog-1420461228022850/

<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 34332x | Komentarzy: 35 | Okejek: 149 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało