JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

O tym, jak psujemy świat, pomagając sierotkom w Kambodży, o złych i dobrych wolontariatach oraz jak pojechać na te drugie

65 384  
335   53  
Tadek pisze: Na początek muszę poprosić was o odrobinę zaufania. Bajka, którą za chwilę przeczytacie ma znacznie więcej sensu, niż się z początku wydaje.


Andrzej i Janusz pochodzą z tej samej wsi. O pracę w niej trudno, gruntową drogą dmie zimowy wiatr, a odkąd chłopaki z OSP podpalili remizę, nie ma się nawet gdzie pójść pobawić.

Ale Andrzej i Janusz to rzutkie chłopy, dwanaście lat podstawówki nie poszło na marne. Postanawiają zrobić „pieniądz”. Mają prawo jazdy kategorii B (Janusz umie jeździć jeszcze ciągnikiem, ale uprawnień nie zrobił), trochę kontaktów i nieskończone pokłady wrodzonego cwaniactwa.

Andrzej kupuje bimber od znajomego leśnika, który opiekuje się żubrami. Żubry są w dziczy, wokół bieszczadzka wręcz cisza, nikt nie patrzy, da się więc sprowadzić do nich turystów – ba! Da się nawet założyć prywatny podmiot, który będzie rozmnażał te wspaniałe zwierzęta ku chwale puszczy.

Janusz kładł rok temu tynk w lokalnym sierocińcu. Janusz wykazał się przenikliwością godną chińskiej partii komunistycznej, wykonał robotę bowiem tak, że trzy miesiące postało, a dziś już tynku znowu nie ma. Można zatem kłaść od nowa.

Co z podobnymi zasobami mogą uczynić Janusz i Andrzej? Cóż, podbić świat.

Zakładają organizację pozarządową Janusz&Andrzej Saving World Ltd. i inwestują w stronę internetową. Zamieszczają na niej całą listę certyfikatów o mądrze brzmiących nazwach. Andrzej wystawił je Januszowi, a Janusz Andrzejowi. Na stronie oferują Amerykanom, Francuzom i Niemcom o miękkich sercach, ale głębokich portfelach szansę naprawy świata. Dwa sztandarowe projekty wystarczą na początek.

„Przyjedź do Polski budować sierociniec!”; „Pomóż opiekować się ginącymi żubrami!”.

Obrazu dopełniają zdjęcia zawalonej stodoły Janusza, na której bieda aż piszczy.

(widok typowej wioski pod Radomiem – zdj. wikimedia commons)

Przyjeżdżający wolontariusze muszą opłacić lot, następnie zapłacić organizacji za swój pobyt na miejscu i wyżywienie. W końcu Polska to bardzo biedny kraj i trzeba pomagać. Praca wolontariuszy jest nieoceniona, ale Janusz&Andrzej Saving World Ltd. nie może sobie pozwolić na wspieranie ich. Inaczej zabrakłoby na sierotki.

Jean z Francji, który właśnie skończył liceum i szuka sposobu na spędzenie wakacji przed pójściem na studia to rozumie. Polska jest w końcu taaaak bardzo biedna, piszą o tym w gazetach i pokazują w telewizji. Szef ich partii rządzącej jest na przykład niewysoki – to z niedożywienia. I w ogóle trwa dyktatura, wojsko na ulicach rekwiruje pożywienie. A ponoć zimą setki bezdomnych giną na ulicach, pożarte przez białe niedźwiedzie. Jean zgadza się ponieść ten drobny koszt, by móc ratować żubry i budować domy dla sierotek.

A zatem: 5 tysięcy euro od osoby za dwanaście tygodni. W tym: spanie na karimacie w nieukończonym sierocińcu i dwa posiłki dziennie z tej samej stołówki, z której korzystają dzieci. Lub żubry.

(zdj. anonimowa organizacja oferująca płatny wolontariat)

Transfer z lotniska płatny dodatkowo 50 euro od osoby. Na pace toyoty hilux, w pięć osób. Weekendowe wyjazdy i poznawanie kultury dzikich w podwarszawskich remizach: kolejne 50 euro (alkohol i opieka traumatologiczna niewliczone). Jak przygoda, to przygoda!

Trzy miesiące kosztują Jeana 6-7 tysięcy euro. Jean głównie siedzi na tyłku, raz poderwał jedną dziewczynę na swój akcent, a kilka razy dzieci machały do niego na ulicy. I przybijały piątki. Widział też straszną wieś, w której pracuje. Ruiny stodół i zagród. Andrzej i Janusz opowiedzieli mu wiele historii o sierotkach, które bez dachu nad głową mieszkają w szałasach w lesie. Tego, że większość ruin to dawny PGR, a gdzie indziej zwierząt nikt nie hoduje, bo ludzie pracują w mieście, nie mówią.

– Tylko dzięki takim chłopom jak ty, Jean – mówi Janusz, odpalając zapałkę od gumiaka – jeszcze nam tych dzieciaczków niedźwiedzie nie pozjadały.

No i Jean wierzy. Kładzie swoimi chudymi łapkami tynk, nosi cegły i kopie dołki. Wieczorem śpi na zimnej karimacie i pisze w dzienniku. Sam mało podróżuje – Andrzej powiedział mu, że z jego akcentem to niebezpieczne. Na koniec wolontariusz wraca szczęśliwy do domu, świadom, że ratował przed wyginięciem bezcenne żubry albo budował domek dla sierot w dalekich kresach dzikiej Polski.

Janusz i Andrzej liczą zyski i zamieniają gumiaki na lakierki. Dodatkowa kasa wpada za postawiony budynek, w którym Janusz otwiera sklep. Wyhodowane przez wolontariuszy żubry przynoszą ogromne pieniądze z polowań. Ich liczbę wpisuje się jako niższą niż faktyczna, a pozostałe oferuje się na safari chętnym myśliwym z zagranicy. Żubry te idealnie nadają się na ten cel – obyte z ludźmi chętnie podchodzą do samochodów, wprost na strzał.

Janusz i Andrzej kupują dom na Majorce.

I żyją długo i szczęśliwie.

Czy taka bajka jest możliwa? Nie. Nie w Polsce. Nikt nie uwierzyłby, że Polska aż tak potrzebuje pomocy. Że jest tak niebezpieczna.

A jednak te historie są prawdziwe. Żubry są wzorowane na historii afrykańskich sanktuariów dla lwów.

(zdjęcie za change.org)

Historię sierotek zaś i tak uczyniłem łagodną. 80% dzieci przebywających w sierocińcach w Kambodży ma co najmniej jednego rodzica, który jest zdolny się nimi opiekować. W Nepalu jest to 85%. Ale opieka nad sierotkami to kwitnący biznes i lokalni biznesmeni zrobią wszystko, żeby nie zabrakło dzieci dla wolontariuszy z Zachodu. Płacą więc rodzicom za oddawanie ich do sierocińca.


Do tego dochodzi głupota rachunku ekonomicznego. Czemu ktoś płaci kilka tysięcy euro za pobyt w spartańskich warunkach w kraju, w którym miesięczny czynsz za pokój wynosi trzydzieści euro, a posiłek kosztuje dwa?

Nawet jeśli przyjąć by polskie ceny, to wciąż projekt, w którym Amerykanin czy Kanadyjczyk wydają dwadzieścia pięć tysięcy złotych za trzy miesiące przerzucania krowiego gówna na Mazowszu jest kopalnią złota. Ba, prawdopodobnie nawet w Bawarii dałoby się to zrobić z zyskiem.

Ale wbrew oczywistej opłacalności niemal wszędzie, da się to zrealizować tylko w Afryce, Azji. W tym, co lubimy nazywać trzecim światem. A to dzięki sekretnemu składnikowi: dziecku z muchą na ustach.

Popkultura i organizacje pomocowe karmią nas obrazami umierających z głodu dzieci, skazanych na nędzę tubylców i wszystkim tym, co każe wierzyć, że bez naszej pomocy finansowej, a najlepiej osobistej, ludzie tam na miejscu zwyczajnie sobie nie poradzą. Nawet to nieszczęsne dziecko nie umie samo odgonić muchy z ust bez pomocy z zewnątrz.


Chodzi bowiem o pieniądze.

Nie wyciągniesz dziesięciu złotych z portfela, jeśli nie będziesz myślał, że są one absolutnie niezbędne do tego, żeby ktoś przetrwał. Musisz uwierzyć. Musisz uwierzyć w opowieść, która mówi, że gorzej już nie będzie. I nieważne, że odrobinę przekłamujemy. Przecież cel jest szczytny. Weźże więc dorysuj tę muchę na ustach i pokoloruj tak, żeby nie było widać zegarka na ręce typka w tle.

Cel jest szczytny, ale konsekwencje nie. Dlaczego ludzie w Afryce mieliby być mniej zdolni poradzić sobie w życiu niż my? Są biedniejsi, owszem. Gorzej wyedukowani. Znaczy to jednak tyle, że potrzebują wykształcenia i szansy, dotacji, sensownych programów, bardziej uczciwej gospodarki, ale nie białego hippisa, który w dwanaście tygodni spieprzy im ścianę sierocińca, kiedy oni stawiają ją lepiej w miesiąc.

Bo na obrazie dziecka z muchą w ustach żeruje wielu ludzi takich jak Janusz i Andrzej.

Płyniesz luksusowym jachtem i masz ochotę spędzić dzień w portowym miasteczku opiekując się dziećmi? Dwieście dolców i już jesteś białym zbawcą.

Nie masz żadnego doświadczenia, ale znasz angielski? Dawaj, dzięki pozytywnemu wizerunkowi białego w Chinach ktoś zarobi fortunę, oferując twoje usługi wolontariusza dzieciom biznesmenów. A że przy okazji odbierzesz pracę nauczycielowi z piętnastoletnim stażem? Cóż. Jest spora szansa, że nawet się nie zorientujesz.

Albo, w najlepszym wypadku, pojedziesz i zrobisz swoje. Na przykład stronę internetową. Nawet dobrze. A po tobie przyjedzie kolejny wolontariusz. I kolejny. W efekcie organizacji nie będzie opłacało się wyszkolić żadnego „lokalsa”, bo ktoś z zagranicy zawsze przyjedzie i zrobi robotę za darmo. Potem zaś łatwo narzekać, że „ci czarni to nic nie potrafią”.

Wolontariat to większa odpowiedzialność, niż się wydaje. A turysta udający wolontariusza to coraz popularniejsze zwierzę. Granica jest bardzo cienka.

Mit naprawiania świata

Osobiście nie wierzę w to, że wolontariusze komuś pomagają. Sam mówię, że współpracuję z organizacją, pracuję dla niej, ewentualnie pomagam przy konkretnym projekcie. Słowem nie mówię czegoś, czego nie powiedziałbym o zwykłej pracy w Polsce. Mam alergię na ludzi, którzy brandzlują się tym, że robią coś „dla świata”.

Bo zwykle właśnie tego nie robią. Ale mają potrzebę przekonywania siebie i innych, ze Bóg kocha ich bardziej.

(któż z nas nie marzy o podobnym wdzianku – zdj. wikimedia commons)

Wolontariat jest – moim zdaniem – wymianą. Mój pobyt w RPA jest moim drugim wolontariatem, za pierwszym razem spędziłem 9 miesięcy w ramach Europejskiej Służby Wolontariatu na Teneryfie. Za każdym razem podchodziłem do tego jak do oferty pracy. W pracy wynagrodzenie jest na ogół finansowe, tu było to miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć, doświadczenie w konkretnej organizacji (też zawodowe), język (nauczyłem się hiszpańskiego) i czysto emocjonalna sytuacja wyrwania się z własnego środowiska i postawienia przed określonym wyzwaniem.

Ale to wciąż kalkulacja, nawet jeśli nie całkowicie chłodna. W skrócie: nie jadę na wakacje. Ja korzystam i korzysta ktoś, kto mnie przyjmuje. Czasem to będzie moja praca na miejscu, a czasem artykuły, jak ten, które mają zwracać uwagę na konkretne postawy.

(cóż, są gorsze miejsca na kiepski projekt – zdj. Tadeusz Michrowski)

Wydaje mi się to zdrowym podejściem. Ma też jedną, wielką zaletę. W obu tych wyjazdach doskonale wiedziałem, czego chcę. Gdy więc okazało się, że mój projekt na Teneryfie służy głównie zapełnianiu portfela naszego szefa unijną kasą, poradziłem sobie z tym faktem lepiej od większości z piątki wolontariuszy. Starałem się realizować moje potrzeby sam, gdy zawodziła organizacja i samemu wykazywać inicjatywę. Ci, którzy szukali wyjazdu, który ich „poprowadzi”, znieśli to dużo gorzej.

Myślę też, że dlatego całkiem nieźle poradziłem sobie w RPA, gdy okazało się, że pojadę sam.

Jak wybrać projekt

(zdj. ze strony zanimpomożesz.pl – ludzi, którzy z kiepskim wolontariatem mają do czynienia na co dzień)

Zasada niestety jest banalnie prosta. Generalnie im niższe wymagania, tym na ogół słabszy i bardziej syfiasty projekt. Wolontariusze ONZ zarabiają nawet kilka tysięcy dolarów miesięcznie, ale w większości to specjaliści z kilkuletnim doświadczeniem. Już kilkakrotnie próbowałem pojechać gdzieś z ONZ i nigdy nie udało mi się nawet dostać do etapu rozmowy kwalifikacyjnej. To jednak wolontariat, który jest tak naprawdę pracą, większość z nas ma szansę najwyżej na konkretne projekty.

Na Teneryfę pojechałem po rozmowie kwalifikacyjnej – wybrano mnie spośród kilku kandydatów, wcześniej zawężonych na podstawie CV. By dostać się do projektu GLEN i pojechać do RPA, musiałem uzupełnić długą na kilka stron aplikację, wysłać CV, wykonać przydzielone zadania, przejść wstępną (0,5h) rozmowę na Skypie, przedstawić pomysł projektu, a potem pojechać (na własny koszt) do Torunia, gdzie maglowano mnie dobre półtorej godziny.

Dobry projekt jest też często sprzężony z pieniędzmi. Generalnie jeśli ktoś zamiast zarabiać pieniądze na twoim pobycie sam zamierza zainwestować w wysłanie cię gdzieś, to znaczy, że musi przynajmniej liczyć na to, że okażesz się przydatny. Z oczywistych względów, jeśli zamiast płacić za wyjazd, dostajesz na niego stypendium, odpada szansa, że wspierasz firmę a la Janusz&Andrzej Saving World Ltd. Oczywiście projekty wspierane rządowo mają masę wad, ale i tak o głowę z ramionami wystają ponad oferty komercyjne. W przypadku projektów prywatnych warto pokusić się o sprawdzenie, czy organizacja na pewno działa non profit. I to jednak da się obejść, bo nawet organizacje non profit płacą swoim pracownikom i teoretycznie można na to poświęcać choćby i 90% środków.

Wreszcie: internet. Nie brakuje dziś stron opisujących odpowiedzialny wolontariat i jak go wybrać. Warto też wpisać projekt w wyszukiwarkę Google. Sprawdzić, co robi akurat ta organizacja, a bardziej ogólnie ocenić, czy w ogóle ten rodzaj działalności przynosi komukolwiek korzyść, czy może robi krzywdę. I tu smutna refleksja: już samo osiągnięcie tego drugiego będzie wielkim sukcesem. Czasem trzeba wybrać jak najmniej krzywdy.

Dobry projekt będzie też niósł coś jeszcze. GLEN, w którym teraz biorę udział, był silnie poparty szkoleniami (Wolontariat Europejski też).

Tu pozwolę sobie przejść do dłużej opowieści o tym, jak pojechałem do RPA i co to w ogóle jest ten GLEN.

GLEN

Jak oszukałem Angelę Merkel

Na wolontariat (zwany także stażem) wysłał mnie do Republiki Południowej Afryki program GLEN. To skrót od Global Education Network, które zrzesza kilka organizacji w różnych krajach. U nas takim ciałem jest Polska Akcja Humanitarna. Od razu muszę się wytłumaczyć, aby „kumaci” wiedzieli, że można ten artykuł wrzucić do folderu „żydokomuna”.

Otóż płacą za mnie Niemcy.

(rzadkie zdjęcie z okazji dorocznego spotkania wszystkich, którym wiszę obecnie pieniądze – wikimedia commons)

Nie do końca to tak, że RFN sama się do tego rwała. Dotąd za Polaków płacił polski rząd, ale w tym roku uznał, że szkoda kasy na takie głupoty. No więc zapłacili za mnie Niemcy. Zrobili to we własnym interesie, bowiem program jest obmyślony w ten sposób, że na każdy projekt kraju jedzie też jeden uczestnik z Niemiec.

Ale nie ja.

Bardziej zaangażowani w czytanie moich relacji pamiętają może, że moja tandem-partnerka zrezygnowała z wyjazdu z racji obaw o bezpieczeństwo (acz przy jej ostrożności, najgroźniejsze co by ją tu spotkało to skok do basenu). A zatem rząd niemiecki zapłacił za mnie, mimo że nie skorzystał na tym ich obywatel.

Żeby było jeszcze bardziej uroczo, moja niedoszła partnerka była Słowaczką. Od kilku lat rząd RPA gryzie się z rządem Niemiec, a mój program to bardziej staż niż wolontariat, więc musimy mieć specjalny typ wiz. Dumni synowie Południowej Afryki odmawiają wydawania ich niecnym Niemcom.

W efekcie program dalej trwa, a Niemieckie Ministerstwo Współpracy Ekonomicznej i Rozwoju siłą rozpędu płaci za dwoje uczestników spoza własnego kraju.

Zatem, rozważając to w kategoriach myślenia Jana Chryzostoma Sebixa, jest 1:1. Niby źle, bo to lewackie i niemieckie. Ale z drugiej strony spoko, bo wyciągnął od Angeli dwa tysiące euro.

Tak, dostaję pieniądze na mój wolontariat. Opłacono mi lot i ubezpieczenie oraz dano 1100 euro stypendium – nie miesięcznie, całkowicie. Szczepionki musiałem opłacić sam. Noclegi, wyżywienie i transport do pracy to też mój kłopot.

Nie, te pieniądze nie wystarczają. Przez pierwsze dwa miesiące pracowałem w mojej organizacji, a potem na nocne zmiany w hostelu w zamian za jedzenie i nocleg (acz w pracy tej pisałem dużą część tekstów, które tu widzieliście). Ostatni miesiąc mieszkam w townships, gdzie ceny są niższe. Tam, gdzie wolontariusze z Zachodu dorzucają pieniążki rodziców, ja musiałem kombinować.

Wart jednak wspomnieć, że GLEN wysyła ludzi do kilkudziesięciu krajów i w większości z nich stypendium spokojnie pokrywa koszty.

Jak zostałem lewackim żydem i zdrajcą białej rasy

GLEN jest tak naprawdę programem skierowanym do wewnątrz i to podoba mi się w nim najbardziej. Otóż ja nie pojechałem do RPA naprawiać tamtejsze problemy. Pojechałem się tam uczyć i obserwować. Po to, by po powrocie do Polski móc uświadamiać tych, którzy nie mieli okazji znaleźć się w podobnej sytuacji, że świat jest bardziej skomplikowany niż lubimy w to wierzyć, Afryka to nie „bambusy z dzidami”, a apartheid nie był lepszy, bo „był porządek” (acz w tym ostatnim, mam wrażenie, ponoszę na razie spektakularną porażkę).

(kultury, która stworzyła tę pizzę nie jesteśmy w stanie nic nauczyć – zdj. Tadeusz Michrowski)

Myślę też, że to swego rodzaju inwestycja. Każdy uczestnik programu nosi w sobie to doświadczenie przez całe życie. Ci, którzy będą piastować kiedyś ważne stanowiska mogą faktycznie zmienić świat.

Jednym z uroków GLEN-u jest to, że stara się całkowicie „wyprać” mózg wolontariusza. Przygotować go na kontekst, w którym się znajdzie, na sytuację i odpowiedzialność, z którą się zmierzy. Wszystko to po to, żeby właśnie nie psuć świata bardziej i nie tworzyć kolejnych kampanii z muchami na ustach. Nie bawić się też w białego mesjasza, którym ja w RPA i tak nie mogę być, ale już znajomi z Kamerunu czy Ugandy, przy odrobinie samozaparcia, jak najbardziej. Bo ja jestem pierwszym Polakiem, którego spotyka większość moich rozmówców.

Ale niektórzy z moich znajomych są pierwszymi (albo jednymi z pierwszych) Europejczykami i białymi. To odpowiedzialność, bo popkultura pokazuje nas jako dużo mądrzejszych i bardziej wykwalifikowanych niż jesteśmy w rzeczywistości.

Odbyłem więc dwa tygodniowe szkolenia. Pełne wykładów za dnia i piwnych uczt wieczorami. Poglądy, które prezentowali wykładowcy określiłbym jako wpisujące się bardzo mocno w ideę współczesnej liberalnej demokracji.

Miałem na przykład warsztaty (acz do wyboru) z krytycznej męskości, gdzie zastanawialiśmy się nad rolą i pozycją faceta w społeczeństwie. I też nad własnymi, samczymi grzeszkami. Nie zabrakło gender studies, czy wykładu (znów do wyboru) analizującego rasizm, podczas którego padały bardzo kontrowersyjne stwierdzenia a propos relacji biali-kolorowi.

(zdj.- Petra Spikova, GLEN 2017)

Wszystko to miało jednak kilka cech wspólnych. Raz: najbardziej wymagające tematy przeznaczono dla ochotników (kilka wykładów jednocześnie, z których wybiera się jeden – zawsze był jakiś delikatny). Dwa: ja postrzegałem te zabiegi jako intelektualne wyzwanie, nie pranie mózgu. GLEN nie jest programem dla dzieci, tylko świadomych ludzi. A przed świadomymi ludźmi można postawić czasem myśl radykalną nie tyle po to, żeby ją przyjęli, ale żeby spojrzeli na świat z innej perspektywy.

Wieczorne rozmowy z pozostałymi uczestnikami utwierdzały mnie też w przekonaniu, że nie ja jeden tak uważam.

Credo

Muszę tutaj zdradzić agendę, która przyświecała mi, gdy pisałem o RPA i myślę, że jest dobrym punktem wyjścia dla każdego, kto zastanawia się, czy chce wziąć udział w podobnym programie.

(spoglądam na ruiny Kapsztadu, który nie poradziłby sobie bez mojej pomocy – zdj. ktoś z moich znajomych)

Otóż jestem przekonany, że wszyscy ludzie – niezależnie od rasy i płci – powinni mieć równe prawa, że nie dzielą się z założenia na lepszych czy gorszych. Są przede wszystkim inni. To ich czyny ich definiują, nic więcej.

Niektórzy z racji cech zewnętrznych mieli historycznie pod górkę i wypada o tym pamiętać. Wypada też wykazać się na to wrażliwością, tak jak my, Polacy, pragniemy wrażliwości ze strony niemieckiej, gdy mówimy o czasach, w których panowie zza Odry nazbyt się rozpędzili.
Koniec końców jednak człowiek to człowiek i ma w sobie taki sam potencjał zła i dobra, niezależnie, gdzie i kim się urodzi.

Różnorodne kultury – dopóki nie nawołują do krzywdzenia człowieka – są jedną z największych wartości, jakie posiadamy jako ludzkość. Nawet jeśli elementy niektórych z nich niemożebnie mnie wkurzają.

Nie zmienia to też jednak faktu, że świat jest tragicznie skomplikowanym miejscem, w którym nie ma rozwiązań i zasad, których kategoryczne stosowanie zawsze przyniesie dobry efekt. Kategoryczne trzymanie się jakichkolwiek zasad prawie zawsze przynosi złe efekty.

I jeszcze, że trzeba próbować zrozumieć. Zrozumienie nie oznacza usprawiedliwiania, ale próbować zrozumieć trzeba zawsze.

Spotkałem w RPA wiele osób, z różnych grup etnicznych, tła kulturowego i różnych kolorów, które myślą podobnie. A nie musieli kończyć do tego studiów czy przechodzić szkoleń. Bez przerwy też dowiaduję się czegoś nowego i staram się patrzeć na sprawy oczami moich rozmówców, nawet jeśli nie zawsze się z nimi zgadzam.

Prawdopodobnie to jest dobra postawa, jeśli interesuje was wyjazd na wolontariat. Jeśli już wszystko wiecie, lepiej zostać w domu.

* * * * *

Jeśli chcecie być na bieżąco z relacjami z RPA, zajrzyjcie na fanpage Tadeusza pod tym linkiem: https://www.facebook.com/Tadek-Vblog-1420461228022850/

Rekrutacja do programu GLEN rozpocznie się pod koniec tego roku, warto spojrzeć tutaj: www.pah.org.pl

<<< W poprzednim odcinku: RPA: Gdzie firmy ubezpieczeniowe odmawiają polis volkswagenowi polo, czyli o bezpieczeństwie


Oglądany: 65384x | Komentarzy: 53 | Okejek: 335 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało