JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak Czelabińsk stał się Czelabińskiem

42 765  
289   39  
29 września 1957 r. był dniem pogodnym i ciepłym. Chwilę po godzinie 16 mieszkańcy Oziorska – jednego z tzw. miast zamkniętych, gdzie skoncentrowany był przemysł zbrojeniowy lub wojskowe ośrodki badawcze (i których to miejscowości w zasadzie nie powinno być na mapach) – usłyszeli huk eksplozji.


 Ci, którzy zwrócili na nią uwagę, sądzili, że to więźniowie wysadzają skały pod fundamenty nowego obiektu przemysłowego.

Źródłem wybuchu nie były jednak kamieniołomy, lecz pobliskie zakłady produkcji plutonu. Nikt – poza zakładem – nie zdawał sobie sprawy, że właśnie eksplodował podziemny zbiornik ze skażonymi odpadami radioaktywnymi.

Siła wybuchu była tak duża, że położoną 7 metrów pod ziemią i ważącą 160 ton pokrywę wyrzuciła na wysokość 23 metrów. Kolumna radioaktywnego pyłu i dymu wystrzeliła na kilkaset metrów i przybrała kształt grzyba. Mieszkańcy patrzyli, jak szary obłok z wolna opuszcza teren kombinatu. Niecałą godzinę później na ziemię zaczęły spadać dziwne drobinki przypominające sadzę.

Gdy w mieście zdano sobie sprawę, że stało się coś niedobrego, zaczęły się dyskusje, czy to sabotaż albo wręcz atak Amerykanów... Tylko nieliczni przypuszczali, że skutki wybuchu będą katastrofalne.

Plutopia

Dwanaście lat wcześniej, w 1945 r., Józef Stalin przyjechał w odległy zakątek obwodu czelabińskiego, aby odwiedzić plac budowy nowego ośrodka badań nad bronią jądrową. Miejsce wydawało się idealne: najbliższe duże miasto (Czelabińsk) znajdowało się w bezpiecznej odległości, a pobliskie rzeki i jeziora zapewniały dostęp do wody niezbędnej do chłodzenia reaktorów. Związek Sowiecki właśnie zaczynał nuklearny wyścig ze Stanami Zjednoczonymi.

„Miejsce nie miało nazwy, a jedynie kod pocztowy: najpierw znane było jako Czelabińsk-40, później Czelabińsk-65. Zakład przetwarzania plutonu z czasem otrzymał nazwę »Majak«” – pisze amerykańska dziennikarka Anne Garrels w książce „W kraju Putina. Życie w prawdziwej Rosji”. Ośrodek nuklearny położony był zaledwie kilka kilometrów od niewielkiego miasta Oziorsk, a teren w promieniu kilkunastu kilometrów stanowił tzw. strefę zamkniętą – próżno byłoby go szukać na jakichkolwiek mapach.

Pierwszy reaktor uruchomiono w 1948 r. Z czasem przy elektrowni powstały zakłady chemiczne, gdzie z napromieniowanego w reaktorach uranu pozyskiwano pluton. Była też fabryka, w której ze stężonego roztworu plutonu wytwarzano czysty metaliczny pluton do produkcji sowieckiej bomby atomowej.

Do budowy kombinatu kierowano głównie poborowych oraz więźniów – wielu z nich zostało napromieniowanych. Sowieckie obiekty atomowe przejęły cechy charakterystyczne dla Gułagu – systemu tutejszej odmiany obozów koncentracyjnych – i stanowiły jego swoiste ukoronowanie. Kate Brown, amerykańska historyczka i autorka książki „Plutopia”, pisze o nich, że były „fortecami zdyscyplinowanego, surowo karzącego, opartego na przymusie stalinowskiego państwa policyjnego”.

Dostarczający siły roboczej do pobliskiego kombinatu Oziorsk był oczkiem w głowie władz. Dokładały one wszelkich starań, by codzienne życie mieszkańców zony zbliżyło się do utopijnej wizji. Na tle podnoszącego się po II wojnie światowej kraju Oziorsk – pomyślany jako „idealne” socjalistyczne miasto – przypominał luksusową enklawę. Robotnicy cieszyli się wyższymi niż przeciętne pensjami, sklepy były lepiej zaopatrzone, a każdy przyjezdny, który tu się osiedlił i zdecydował założyć rodzinę, mógł liczyć na samodzielne mieszkanie – podczas gdy wielu mieszkańców Związku Sowieckiego gnieździło się w przepełnionych, odartych z intymności „komunałkach”.

„Tu jest front”

Niewielu mieszkańców Oziorska miało świadomość, że grozi im niebezpieczeństwo.
W latach 50. XX w. w energetyce atomowej pokładano wielkie nadzieje. Uczeni byli podekscytowani możliwościami, jakie oferują technologie nuklearne. Śmiercionośne promieniowanie i zanieczyszczenie środowiska nie spędzały im snu z powiek, a katastrofa na miarę Czarnobyla wydawała się niewyobrażalna. Sowiecka propaganda rozwodziła się za to nad wykorzystaniem potęgi atomu do celów medycznych i energetycznych; dzięki niemu kraj miał błyskawicznie odrodzić się z wojennych zniszczeń.

Uruchamiając kolejne reaktory, Związek Sowiecki przedstawiał się też jako kraj postępowego i nowoczesnego atomu „pokojowego” – w odróżnieniu od „śmiercionośnego” atomu amerykańskiego.

W samym Oziorsku wszyscy – od dyrektora kombinatu po szeregowego pracownika – mieli być przekonani, że miasto jest bogate dzięki plutonowi. Taka atmosfera nie sprzyjała roztrząsaniu kwestii bezpieczeństwa czy wizji hipotetycznej katastrofy.

Tymczasem proces produkcji plutonu okazał się nie tylko kosztowny i skomplikowany, ale również „brudny”: w reaktorach i laboratoriach powstawały ogromne ilości radioaktywnych odpadów. Władze przez lata kazały wylewać je do pobliskiej rzeki Tiecza, później składowano je w jeziorze Karaczaj. Z kolei niska jakość i wszechobecny pośpiech przy budowie sprawiały, że niemal od początku na terenie kompleksu „Majak” dochodziło do mniej lub bardziej poważnych wypadków. Władze konsekwentnie je tuszowały, a na ewentualne skargi odpowiadano: „W czasie wojny ludzie umierali na froncie. Tutaj też jest front”.

Wezwani do sprzątania

W pierwszych godzinach po katastrofie w Oziorsku nikt nie wiedział, co się stało ani co należy robić. Dopiero później okazało się, że przyczyną eksplozji była awaria układu chłodzenia w jednym ze zbiorników, wypełnionym tonami radioaktywnych odpadów.

Nie istniała żadna procedura na wypadek takiej eksplozji, nie było też rozdzielnika obowiązków. Wezwani na pomoc żołnierze nie wiedzieli, że pracują z materiałami promieniotwórczymi, nie mieli więc do dyspozycji ani dozymetrów, ani pastylek jodu. Kilka dni wcześniej kierownictwo zakładów wyjechało służbowo do Moskwy – dopiero po wielu godzinach poszukiwań dyrektora znaleziono w moskiewskim cyrku.

Brak jasno określonych procedur, a szczególnie sztabu antykryzysowego sprawił, że setki osób krzątały się po terenie kombinatu. Większość nie zdawała sobie sprawy, że są narażeni na śmiertelne dawki promieniowania. Dopiero po ok. 10 godzinach, gdy na teren katastrofy wezwano wojsko, nadszedł rozkaz ewakuacji cywilnych pracowników zakładów. W tym momencie wszystko pokrywała już warstwa radioaktywnego popiołu.

Kate Brown przywołuje relację Galiny Pietrowej, pracownicy pogotowia w Oziorsku: „Widok żołnierzy wzbudził w niej przerażenie. Młodzi ludzie byli bladzi, wymiotowali, krwawili, niektórym zaczęły już wypadać włosy”. Wedle relacji świadków wszystkie łóżka szpitalne były zajęte przez chorych i konających likwidatorów. W pobliskiej jednostce wojskowej nie utworzono nawet punktu sanitarnego, w którym można byłoby zmyć z siebie radioaktywny pył. Żołnierze czyścili się mydłem.

Wedle różnych szacunków do akcji sprzątania po katastrofie wezwano co najmniej 20 tys. żołnierzy. Później nikt nie monitorował stopnia napromieniowania, jakiemu zostali poddani. Po zakończeniu operacji po prostu zwalniano ich do cywila.

„Kłody pod nogi”

Władze okręgu zadecydowały, że teren trzeba uprzątnąć. Radioaktywnych izotopów nie da się jednak zlikwidować, można je tylko przenieść do miejsca, gdzie wyrządzą mniej szkód. Członkowie brygad likwidacyjnych usuwali popiół z dróg, polewając je wodą, ciężkimi drucianymi szczotkami skrobali ściany i dachy, przekopywali grunt, żeby wierzchnia napromieniowana warstwa znalazła się pod spodem. Gruz z roztrzaskanego przez wybuch zbiornika wrzucano do pobliskich bagien. Zadania te, poza żołnierzami, wykonywali też więźniowie.

Poza najwęższym kręgiem wtajemniczonych nikt nie miał świadomości, że nieuchwytnych izotopów promieniotwórczych nie można po prostu zmyć. Tak więc ledwie kilka dni po tragedii w miejskiej stołówce na skażonych talerzach podawano skażone jedzenie, a klienci jedli je skażonymi sztućcami.

Brak oficjalnej informacji o zagrożeniu nie oznaczał, że ludzie nie starali się wyjechać. Członkowie partii, choć nie mogli zwolnić się z pracy na własne życzenie, specjalnie naruszali regulamin, aby ich wyrzucano. Niektórzy oddawali legitymację partyjną.

Komunikatu o wypadku nadal jednak nie wydano. Szef wydziału budowlanego kombinatu martwił się, że panika opóźni, a być może nawet zaprzepaści projekt wybudowania nowego zakładu radio- chemicznego. Zdaniem władz miejskich byłoby to równoznaczne z „rzucaniem kłód pod nogi produkcji plutonu, a tym samym obronności narodowej”.

Pięć miesięcy po eksplozji przedstawiciele partii ogłosili, że miasto jest oczyszczone. W ślad za tym podjęto propagandowe kroki obliczone na sprowadzenie z powrotem mieszkańców, którzy wyjechali. Lekką ręką wydawano zgody na powrót, nikogo przy tym nie trzeba było zmuszać. Na tle wszechobecnej biedy Związku Sowieckiego życie w skażonym Oziorsku, gdzie sklepowe półki uginały się podobno od towarów, opieka medyczna stała na wysokim poziomie, a mieszkania czekały na lokatorów, jawiło się jako racjonalny wybór.

Czarny śnieg

Podczas gdy w mieście trwała nerwowa krzątanina, radioaktywna chmura oddalała się od Oziorska w stronę okolicznych pól uprawnych i kołchozów. „Mieszkańcy wsi Tatarskaja Karabołka wspominali, że następnego dnia po wybuchu spadł lekki deszcz, który wyglądał jak czarny śnieg – nikt wcześniej nie widział tak wielkich płatków spadających z nieba” – pisze Kate Brown.

Kilka dni po eksplozji do miejscowości położonych na trasie radioaktywnej chmury przybyli radiolodzy. Mieli zmierzyć poziom napromieniowania gruntu, zwierząt i ludzi. W pobliżu dzieci liczniki GM tykały na poziomie 40–50 mikrorentgenów na sekundę. Bardziej od ludzi napromieniowane były kury. Ale rekordy biły krowy, jedzące skażoną trawę. Większość wykazywała wyraźne objawy choroby popromiennej.

W tej sytuacji dowództwo miejscowego okręgu wojskowego otrzymało rozkaz ewakuacji najbardziej skażonych wsi. Ludzie nie chcieli o tym słyszeć. Właśnie zaczynały się żniwa, a miejscowi Baszkirzy i Tatarzy byli nieufni wobec władzy sowieckiej. W ich oczach najazd żołnierzy, wyrzucających z domów ich ubrania i pościel oraz wybijających bydło, był kolejną akcją pacyfikacyjną.

W sumie z terenów wokół kombinatu przesiedlono na stałe 30 wiosek. We wsiach i przysiółkach, których nie ewakuowano, środki bezpieczeństwa były prowizoryczne. Przy studniach stawiano znaki „Brudna woda – zakaz picia!”. Ale jeśli w okolicy nie było innych źródeł wody, ludzie dalej korzystali z tych studni. Rolnicy wykopywali ziemniaki ze skażonych pól i sprzedawali na targach. Zgodnie z restrykcyjną ustawą o ochronie tajemnicy państwowej medykom, którzy brali udział w akcji, zabroniono informowania pacjentów o zagrożeniu i przyczynach nękających ich chorób związanych z napromieniowaniem.

Ale życie stopniowo wracało do normy. W latach 60. i 70., gdy katastrofa w Oziorsku nadal była państwową tajemnicą, inżynierowie z tamtejszego kombinatu wciąż cieszyli się reputacją wybitnych ekspertów od technologii jądrowej. Gdy władze sowieckie postanowiły zbudować elektrownię jądrową w pobliżu sennego ukraińskiego miasteczka Czarnobyl, do zaprojektowania reaktorów skierowano specjalistów z zakładów „Majak”...

Ciąg dalszy trwa

Rozmiary katastrofy z 1957 r. wciąż są trudne do oszacowania. W siedmiostopniowej skali skutków wypadków jądrowych eksplozja otrzymała 6. stopień. Historycy szacują, że w wyniku skażenia zmarło co najmniej 200 ludzi, 10 tys. ewakuowano, a 470 tys. zostało narażonych na wysokie dawki promieniowania.

Dla Zachodu tamtejsze wydarzenia pozostawały tajemnicą aż do 1979 r., gdy ujawnił je Żores Miedwiediew – sowiecki biogenetyk, który wyemigrował z kraju. Dopiero w 1989 r., pod presją rodzącego się ruchu na rzecz ochrony środowiska, Ministerstwo Średniego Przemysłu Maszynowego (sprawujące kontrolę nad przemysłem nuklearnym) wydało obszerną broszurę na temat wypadków w Oziorsku.

Ale tragiczna historia terenów skażonych w 1957 r. i ich mieszkańców nie zakończyła się wraz z rozpadem Związku Sowieckiego. Okolice Czelabińska należą do najbardziej skażonych miejsc na świecie. „Majak” jest obecnie jedynym w Rosji zakładem przetwarzającym zużyte paliwo nuklearne z reaktorów atomowych w całej Europie. Wśród obrońców środowiska tamtejsze zakłady zasłużyły na miano „biologicznej bomby zegarowej”. Do ostatniego wypadku doszło tu w 2007 r.: w wyniku awarii zaworów nastąpił wyciek ze zbiornika z odpadami radioaktywnymi, zanieczyszczając półtora kilometra kwadratowego. Greenpeace twierdzi, że „Majak” utylizuje tony nuklearnych odpadów pochodzących m.in. z niemieckich, węgierskich czy fińskich reaktorów, co jest źródłem gotówki dla budżetu Federacji Rosyjskiej.

Długoletnią działalność na rzecz zadośćuczynienia i poprawy jakości życia mieszkańców tego regionu prowadziła Nadieżda Kutiepowa, szefowa organizacji Planeta Nadziei. Zdaniem Kutiepowej, która urodziła się w Oziorsku, ponad 25 tys. osób wciąż ma poważne problemy zdrowotne ze względu na promieniowanie, a w całym regionie może ich być nawet 700 tys. W 2015 r. rosyjskie władze oskarżyły ją o szpiegostwo, a Planetę Nadziei zakwalifikowano jako „obcą agenturę”. Aby uniknąć więzienia, Kutiepowa uciekła do Francji.

Oglądany: 42765x | Komentarzy: 39 | Okejek: 289 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało