JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak oszukać system? Oni znaleźli na to sposób! II

146 080  
302   117  
I po raz kolejny bojownicy udowadniają, że trzeba walczyć z głupimi przepisami.


Dawno temu potrzebowałem wizy do UK. Wiedziałem, że są monstrualne kolejki w dniu przyjmowania wniosków. Pojechałem więc pod ambasadę w przeddzień wieczorem, żeby zobaczyć, czy kolejka się tam ustawia i czy może uda się zająć miejsce. Ku mojemu rozczarowaniu pod ambasadą nie było żywej duszy. Oczywiście nie zamierzałem tam tkwić przez całą noc, więc udałem się na pobliski przystanek autobusowy, żeby wrócić do domu. Patrzę, a pod wiatą na przystanku dwaj faceci rozwijają śpiwory. Faceci o wyglądzie turystycznym, a nie żulersko/homelesowym, więc:
- Cześć chłopaki, wy do ambasady?
- Tak, przyjechaliśmy z Lublina/Białegostoku (nie pamiętam), żeby zająć kolejkę.
- A listę kolejkową zrobiliście?
Otworzyli usta i patrzyli na mnie bez słowa, lata później zaczęło się na to mówić klasyczny karp.
- Musi być lista, bo potem przyjdą inni i nie będzie wiadomo, jaka jest kolejność.
Wyjąłem blok A4 i długopis (byłem przygotowany na tę ewentualność), napisałem na początku pierwszej kartki "Kolejka do ambasady na dzień x". Ucieszeni koledzy mówią, żebym się wpisał na początku. No aż taki to nie jestem! Wpisałem ich dwóch na pierwszych miejscach, ja byłem dopiero trzeci. Wręczyłem listę z długopisem i życząc dobrej nocy wsiadłem w nadjeżdżający autobus.

Następnego dnia zjawiłem się przed ambasadą niedługo przed otwarciem. Dziki tłum kłębił się w całej okolicy, a dobrze zbudowany koleś właśnie zaczął krzyczeć, żeby się ustawiać w kolejkę. W jego wytatuowanych łapskach z radością spostrzegłem mój długopis i już po chwili stałem na trzeciej pozycji, przyjmując podziękowania od kolegów z poprzedniego wieczora za doskonały pomysł z listą.

* * * * *

Kilka lat temu potrzebowałem załatwić coś w Urzędzie Skarbowym. Przyszedłem tam z kilkoma dokumentami i JEDNĄ czystą kartką z drukarki wiedząc, że będę musiał na miejscu napisać jakieś oświadczenie. Przy okienku dowiedziałem się jednak, że oświadczenia będą dwa i że muszę sobie jakoś załatwić drugą kartkę, bo pani z US mi jej nie da, „bo są rozliczani ze zużycia". Jak to w takich urzędach bywa, w kącie korytarza, na wydzielonych 2 m kwadratowych siedziała sobie dziewczyna z info: „Usługi Ksero - 20 gr szt.”. Podszedłem do pani z pytaniem, czy mogę dostać JEDNĄ czystą kartkę. Okazało się, ze nie mogę, bo "szefowa nie pozwala". Wymyśliłem zatem, że zapłacę jej te 20 gr za czystą kartkę, tak jak za ksero, a jeszcze zaoszczędzi, bo tonera nie zużyje. Usłyszałem jednak, że tego też nie może zrobić, bo „oni tylko ksera robią, a nie sprzedają kartek”. Ponieważ sytuacja stawała się napięta, czas leciał, a ja potrzebowałem drugą czystą kartkę, poprosiłem panią o... skserowanie mojej czystej! "Tylko dwustronnie" - powiedziałem i... Tak! Pani zabrała ode mnie moją czystą kartkę, ustawiła ksero na 2-2 (dwustronnie) i poszło! Po czym skasowała 20 gr i dała mi dwie czyste kartki - jedną moją i drugą przepuszczoną przez kserokopiarkę. Bareja by tego lepiej nie wymyślił.

* * * * *

Przypomniała mi się zagrywka, jaką stosowaliśmy kiedyś McDonald's. Mały szejk stanowił dokładnie połowę dużego jeśli chodzi o masę, natomiast kosztował mniej niż połowę. Dlatego kupując 2 małe otrzymywało się tę samą ilość napoju co w dużym, ale taniej. Tym sposobem jadąc do McDonalda nie prosiliśmy np. o 3 duże, tylko o 6 małych. Chyba jednak robiliśmy to za często, bo już to zmienili.

Oszukać system można też przy załatwianiu spraw urzędowych. Kiedy pani w okienku z jakiegoś powodu nie chce przyjąć wniosku/pisma/dokumentu, bo np. sąsiad was poprosił o złożenie, ale nie dał wam pełnomocnictwa, ten sam dokument można wysłać pocztą, wpisując jako nadawcę właśnie sąsiada. Ważne, żeby zrobić to poleconym, bo wtedy ma się potwierdzenie nadania. W takim przypadku urząd dokument przyjąć musi. Znaczek kosztuje 5,20 zł, a pełnomocnictwo 17 zł.

* * * * *


* * * * *

Swojego czasu w Katowicach w strefie płatnego parkowania opłaty za parking zbierali tzw. parkingowi. Nie wiem, czy to była jakaś niepisana zasada czy przepis w regulaminie, w każdym razie utarło się, że pierwsze 5 minut jest gratis (jeśli ktoś np. wyskoczył do sklepu czy do firmy zanieść jakieś dokumenty). Nie było jakichś wyznaczonych liniami miejsc parkingowych, po prostu stawało się na chodniku, gdzie było miejsce. No i kiedyś zaparkowałem w tej strefie i miałem czekać na żonę, która dopiero za 30 minut miała przyjść. Czekałem w aucie. Po jakimś czasie przyszedł parkingowy i mówi, że trzeba zapłacić. Ja mu na to, że do pięciu minut jest gratis.
- Ale pan stoi tu dłużej niż 5 minut.
- Nieprawda, ruszyłem się przed chwilą o parę centymetrów.
- Ale to nie starczy.
- No dobrze, a gdybym stąd odjechał i za godzinę przyjechał, to znowu mam 5 minut gratis?
- Oczywiście.
- A gdybym objechał ten plac i za chwilę tu stanął znowu?
- No to też.
- A gdybym wycofał na jezdnię i wjechał na chodnik z powrotem?
- A daj mi pan święty spokój!
I poszedł.

* * * * *

To za czasów podstawówki się jeszcze działo. W szkole były obiady, na które ja byłem zapisany i chętnie chodziłem. Problem był taki, że jak się tylko trochę po dzwonku na przerwę spóźniłem na stołówkę, to kolejka była na 10 minut czekania (przerwa obiadowa trwała 20 minut). Na szczęście prawie zawsze znalazł się jakiś kolega, który stał w miarę blisko michy. Taki kolega chętnie wpuszczał mnie do kolejki, no ale wiadomo, on nie chciał być stratny, więc musiałem stanąć za nim, a nie przed nim. Ale ten uczeń, który już za nim stał wcześniej, nie zgadzał się na to. Mówił, że jak ten mój kolega chce mnie wpuścić, to niech mnie wpuści przed siebie, a nie za siebie. Od razu zrodził się plan w mojej głowie. Wszedłem przed mojego kolegę do kolejki, po czym on rezygnował ze stania w kolejce i ją opuszczał. Po sekundzie jednak zmieniał zdanie i ja go wtedy wpuszczałem przed siebie. Teraz wszystko było OK.

* * * * *

Parę lat temu rejestrowałem zakupiony samochód. Podszedłem do okienka i podaję pani wszystkie dokumenty. Pani ogląda, ogląda i mówi:
- Ale ja nie mogę tej umowy (kupna-sprzedaży) przyjąć.
- Dlaczego?
- W pana nazwisku jest błąd, musi pan sporządzić ze sprzedającym jeszcze jedną umowę.

Auto kupiłem w Opolu, a rejestrowałem w mieście oddalonym o ponad 300 km, więc bezpośredni kontakt ze sprzedającym wiązał się z odbyciem długiej podróży. Trochę się załamałem na myśl o paru ładnych godzinach jazdy tylko w celu poprawienia literówki. Dlaczego tego nie zauważyłem? Otóż nie była to jakaś bardzo istotna literówka. W moim nazwisku występuje litera "ń", a sprzedający wpisał "n". Na pierwszy rzut oka trudno było to zauważyć. Tłumaczyłem, prosiłem, a pani w okienku dalej swoje, że nie przyjmie i nie zarejestruje, musi być nowa umowa.

- Pani pokaże mi tę umowę.
- Proszzz....

Chwyciłem "okienkowy" długopis i dopisałem kreseczkę nad "n".

- Teraz dobrze?

Pani postękała, pojęczała, ale auto zarejestrowałem!

* * * * *

Swego czasu z dwójką kolegów urządzaliśmy nocki przy Fifie i alkoholu. Zmuszony do "treningów" ;) stwierdziłem, że muszę kupić pada do PC-ta. Zakup wykonany, po jakimś tygodniu instalka Fify, instalka pada - nie czyta, nie widzi. No to zwrotka do sklepu, panowie na miejscu podłączają u siebie i pada sakramentalne "U mnie działa". I nic nie dała próba przekonania, że to u mnie ma działać, a nie u nich - nieugięci.

To atak z drugiej strony:
- W takim razie reklamacja z racji niezgodności towaru z umową.
- Ale w jakim sensie?
- Brak instrukcji po polsku.

Po dwóch tygodniach zwrot kasy.

* * * * *

Jeśli chodzi o oszukiwanie systemu, czuję się w nim naprawdę bardzo sprawny. Zacząłem oczywiście w latach młodzieńczych, gdzie zamiast zbierać jednogroszówki w ilości 400 lub 800 (4 PLN i 8 PLN), aby wymienić je za zingera lub dowolny zestaw w KFC, chodziłem do głównego oddziału banku i wymieniałem gotowe 20 PLN na wyliczone zrolowanie jedno- lub dwugroszówki.

* * * * *

Sobota. Kasa kina sieciowego.
- Poproszę dwa bilety na horror "To". Za jeden będzie wymiana punktów Vitay, a za drugi płacę kartą banku partnera sieci (10% rabatu).
- Niestety nie będzie rabatu, gdyż promocje nie łączą się...
- Aha... No to poproszę na osobne paragony.
- Proszę bardzo... Należy się...
Bałem się tylko, że ktoś mi w czasie nabijania osobnych paragonów miejsce obok wykupi, ale na szczęście nic takiego się nie stało.

* * * * *

Wezwanie do urzędu skarbowego w stolicy - mam wyjaśnić, czemu nie opłaciłem PIT (opłaciłem, ale w innym urzędzie). Jak byk napisane, że mam się stawić, więc jadę na 8, coby jeszcze do pracy zdążyć. Wchodzę do środka i pytam się w informacji co mam z takim papierem zrobić. Mam zadzwonić z telefonu na ścianie na numer wewnętrzny, bo pani nie przyjmuje w okienku, tylko siedzi gdzieś wyżej. Przy telefonie kolejka na 5 osób i każdy po kolei próbuje wybrać wewnętrzny, jak się okazuje, do tej samej babeczki. Próbuję i ja, ale nie odbiera. Może jeszcze jej nie ma? Może robi sobie poranną kawę? Wyciągnąłem wezwanie i zobaczyłem, że jest jeszcze podany pełny numer, więc wyciągam komórkę i dzwonię. Odebrała od razu, pogadaliśmy sobie, wytłumaczyła co i jak i nawet o dziwo rozmowa była miła. Telefonu ze ściany nie odebrała przynajmniej przez następne pół godziny, gdy ja pisałem i składałem oświadczenie...

* * * * *

Wracałem pewnego dnia z Polski do Czech. Dziewczyna podrzuciła mnie do Ostrawy - Dworzec Główny, ale okazało się, że mój pociąg odjeżdżał z Ostrawy - Svinov. W związku z tym nie zdążyłem na pociąg, szybko popatrzyłem na rozkład i okazało się, że pociąg czeskich kolei odjeżdża za parę minut do Pragi. Wsiadłem na pewniaka, zapominając o tym, że mam tylko 200 koron czeskich i kartę. Po chwili znalazłem konduktora i pytam, czy mogę za bilet zapłacić kartą. On na to, że tylko gotówka. Spytałem, czy jest jakiś późniejszy pociąg - nie, nie ma (w każdym razie nie ma żadnego, którym dojechałbym do Pragi przed godziną 8 rano, żeby zdążyć do biura). Za 200 koron moglem dojechać do stacji, która znajduje się jakieś 150 km od Pragi. Miałem w portfelu jeszcze 100 zł w jednym banknocie, więc zapytałem, czy mogę zapłacić w złotówkach, a konduktor wyda mi w koronach - nie, tylko euro, jeśli już ma być inna waluta. Pojęczałem trochę, że muszę do pracy rano itd., więc koniec końców się zgodził. Dałem mu 100 zł, a konduktor wydał mi 50 ojro ze złowieszczym uśmiechem na twarzy i zapytał, czy pasuje... W okamgnieniu zrobiłem rachunek pieniędzy i rachunek sumienia i stwierdziłem, że skoro typ chciał skasować mnie za bilet ponad 200 zł, a bilet kosztował max 50, grzecznie odparłem: pasuje.

System oszukiwali: KieldW, fabiothethird, guru80, Zygmuntek, THG303, grypser, Marc3l

Oszukałeś system? Opisz sytuację i wyślij do mnie. Jeśli posiadasz aktywne konto - wyślij mi Cześka, a jeśli nie masz konta - napisz do mnie maila na charakterek@joemonster.org

W poprzednim odcinku


Oglądany: 146080x | Komentarzy: 117 | Okejek: 302 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało