JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Bojownik Husgudboj przedstawia - Życie jest nobelon I

33 458  
93   17  
Husgudboj pisze: Siema, leci świeża historia sprzed paru dni. Do Gdyni zawitały Młodzieżowe Mistrzostwa Europy i zdecydowałem się z rodzinką wybrać na jedyny mecz, który miał szansę zaprezentować jakiś znośny poziom na tym śmiesznym turnieju, czytaj derby malowniczego Półwyspu Iberyjskiego, Portugalia – Hiszpania.


Wietrznego, chłodnego, wtorkowego, późno-wiosennego wieczora władowaliśmy się do samochodu w pięć osób - ja, zgrany duet moich rodziców oraz moja Luba wraz z bardzo małym Orzeszkiem wirującym radośnie gdzieś na wysokości jej pępka, gibko ruszyliśmy w stronę stadionu i bez większych problemów się doń dostaliśmy, mimo przymusowego zostawienia samochodu jakieś miliard kilometrów od areny zmagań z powodu absolutnego kataklizmu parkingowego, jaki się przez okolicę przetoczył.

Nie byłoby w tej całej historii nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że inżynierowie projektujący system stadionowych zabezpieczeń na wejściach nie przewidzieli sytuacji, w której będzie próbowała się przez nie przedostać moja matka. Jest to kobieta wyjątkowo atechniczna, nie do końca rozumiejąca choćby podstawowych kwestii mechaniki, dynamiki, czy jakiejkolwiek innej -iki. Z tego też powodu, stojąc przed stadionowym kołowrotkiem, zeskanowała swój bilet, ujrzała zielone światełko, po czym postanowiła poczekać, aż ów kołowrotek przekręci się sam. Niestety, kołowrotek miał zły dzień i się nie przekręcił; do czego swoją drogą nie miał prawa, bo został tak zaprojektowany, by otwierał się od pchnięcia ręką; a do jego focha solidarnie przyłączył się czytnik, który drugi raz tego samego biletu odczytać już nie chciał. Tym samym nasza czteroipółosobowa ekipa została brutalnie rozbita, po jednej stronie krat załamany nieporadnością swojej życiowej wybranki ojciec oraz ja i Luba, bowiem my wszyscy sobie ze skomplikowaną sortującą ludzi maszynerią chwilkę wcześniej poradziliśmy, a po drugiej stronie moja skołowana mamusia. Szybka akcja ratunkowa, podbijam uprzejmie do Stewarda kręcącego się gdzieś niedaleko z czego wywiązał się dość szybki i platoniczny dialog

Dobry, widzi pan, moja mama nie zdążyła przekręcić kołowrotka na wejściu a drugi raz nie chce już jej zeskanować biletu, czy mógłby pan…
Nie.

Zamarłem. Matka przepadła. Rodzinny wypad przemienił się w selekcję, najsłabsze ogniwo odrzucone od stada, można wracać do domu i żyć dalej.

Po chwili otrząsnąłem się i postanowiłem podbić jeszcze raz. O matkę jednak warto zawalczyć. Tym razem, nauczony doświadczeniem, zadałem pytanie, którego starszy, siwiejący pan w oczojebnej żółtej kamizelce nie zdążył mi przerwać

CO ROBIĆ?!
Przed kołowrotkami, pani w czerwonym.

Ok. coś już wiemy. Podchodzę do płotu z siatki między dwoma kołowrotkami i wypatruję w morzu ludzi stojących w kolejkach naszej zguby. Na szczęście moja matka posiada ficzer, dzięki któremu w takich sytuacjach bardzo łatwo ją zlokalizować. Gdy jest w patowej sytuacji i nie wie co robić, staje w miejscu i zaczyna się nerwowo kręcić dookoła siebie, rozglądając się za… nie wiadomo w sumie za czym.

Widzę ją.
Dzieli nas jakieś 20 metrów. Czyli w tych warunkach około 700 osób. Wszyscy jazgoczą. Gdzieś tam niedaleko kibice Hiszpanii śpiewają, tańczą, podrzucają się. Gwar jak cholera. Ale chuj. Wołam ją.

MAAAAAMOOOOOOO!

Access denied, matka dalej zbugowana kręci się jak na rożnie, tylko że w pionie.

MAAAAAAAAMOOOOOOOOOO!

Ryknąłem jeszcze głośniej. Równo z ostatnim „o”, które wydobyło się z moich ust, zrozumiałem, że dla tych wszystkich ludzi to musi być niezły spektakl, gdy gość w moim wieku żałośnie nawołuje matkę. Jedyne, co mnie jakoś ratowało w tej sytuacji, to to, że nie ja się zgubiłem, tylko ona.

W każdym razie, warto było zaprzepaścić sobie moją reputacje w całym sektorze, jak i nie dwóch sąsiednich, bowiem mamusia usłyszała, zlokalizowała moją gębę i zaczęła się przeciskać w moją stronę. Gdy już dobrnęła do ogrodzenia, przekazałem jej instrukcję uzyskaną u przemiłego pracownika obiektu

Gdzieś tu się powinna kręcić jakaś babka w czerwonym, chyba tylko ona może Cię wpuścić.
Czym czerwonym?
Śpiworze.
Czym?!
Nie wiem, idź jej szukaj, jak ją zobaczysz to się jorgniesz na pewno że to ona.

W głębi serca wątpiłem, że się jorgnie.

No i tak stoimy. Czekamy. Matka wyruszyła na poszukiwania, zniknęła na dobre z pola widzenia. W międzyczasie jakiś sześcioalbosiedmiolatek również sobie z kołowrotkiem nie poradził, więc jego rodzicielka, której udało się przejść sąsiednim urządzeniem, w te pędy poleciała do Stewarda

Przepraszam, czy…
Nie.

W oczach kobiety rozgościła się ta sama nagła i krótka panika, którą sam przeżyłem parę minut wcześniej w trakcie rozmowy z tym samym kutafongiem. Widzę, że kobieta zbiera w głowie myśli, jak dalej poprowadzić tę namiastkę międzyludzkiej interakcji, postanowiłem jednak się wtrącić

Niech pani syn poszuka jakiejś babki w czerwonym tam przed wejściem, podobno się kręci i wpuszcza tych którym nie czyta drugi raz biletu.
Czym czerwonym?
Kamizelce - strzeliłem.
Ok, dziękuję panu bardzo.

I poszła w to samo miejsce, gdzie ja rozmawiałem przez kraty z mamą, i w którym na swoją mamę czekał już gapowaty, lekko wystraszony 7-latek ze łzami w oczach i zużytym biletem w dłoni. Przekazała mu uzyskane ode mnie wytyczne i wysłała młodego wojaka na poszukiwania mitycznej Pani W Czerwonym.

Mama się znalazła, chłopczyk również, dobroduszna Pani W Czerwonym otworzyła furtkę im oraz jakimś 10 innym życiowym pierdołom, które sobie z wejściem na stadion same poradzić nie potrafiły.

W przerwie matka zgubiła się drugi raz. Ojciec miał na nią czekać przed toaletą, z której korzystała, ale poczuł zapach kiełby dobiegający z baru mieszczącego się poziom niżej, a jako, że z niego niesamowicie zaawansowany pasibrzuch, to postanowił opuścić wartę i pójść na hotdoga. Szukaliśmy jej do końca przerwy i jeszcze przez parę pierwszych minut drugiej połowy. Gdy masa ludzka w większości już przemieściła się z powrotem z korytarzy na trybuny, zauważyliśmy ją kręcącą się w kółko przy wejściu na sąsiedni sektor. Nigdy więcej. Ona się na takie iwenty nie nadaje.

Tak jak się spodziewałem, mecz okazał się nawet przyjemny do oglądania i ogólnie wszyscy bawiliśmy się nieźle, w dodatku mimo przeciwności losu wróciliśmy do domu w tym samym składzie, w jakim z niego wyszliśmy, ale najlepsze i tak jest to, że nikt kurwa nie wie, że myśmy się w pięć osób z czterema tylko biletami na stadion wjebali.


***
Zapraszam na mój świeżo utworzony fanpejdż - tego typu tekstów będzie na nim się pojawiało dużo więcej.
Historia autentyczna, tekst autorski.


Oglądany: 33458x | Komentarzy: 17 | Okejek: 93 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało