Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

SZOK! TVN/TVP powiedział prawdę? NIE UWIERZYSZ, do czego się przyznali!

96 392  
367   112  
„Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów”, mawiał Hegel, zupełnie nieświadomie, ale bardzo trafnie opisując ostateczny upadek mediów XXI wieku.


Media dzielą się na nasze i wasze, relacje zamieniły się w komentarze, a rzetelne informacje umarły zapomniane gdzieś pod płotem. Podobno to internet doprowadził do upadku prasy, rozpoczynając wyścig na oglądalność i tabloidyzując tradycyjne media. Jednak internet to wynalazek stosunkowo nowy, a pogoń za sensacją ma znacznie dłuższą tradycję. Prawdziwa rola internetu - w kontekście mediów - sprowadza się do zupełnie czego innego. Dzięki sieci czytelnik ma wreszcie możliwość reakcji.

Dawniej można było zadzwonić do redakcji („wszystkie linie są aktualnie zajęte, pocałuj się w dupę”) albo napisać list (najlepiej prosto na Berdyczów). Można też było wyrzucić gazetę do śmieci, telewizor przez okno, poskarżyć się sąsiadowi - generalnie zrobić tyle co nic, w myśl zasady „psy szczekają, karawana jedzie dalej”. Wymarzona sytuacja i nic dziwnego, że jej zmiana nie podoba się wierzącym niezachwianie w swoją siłę sprawczą i nieomylność przedstawicieli tradycyjnych mediów. Absolutnie każdego nurtu - z prawej, z lewej, ze środka, z góry czy dołu.

Prawo nagłówków Betteridge’a


Osławione ostatnio prawo nagłówków Betteridge’a sprowadza się w zasadzie do tego, że po każdej, nawet największej bzdurze można postawić znak zapytania i „wszystko jest w porządku”. Czy polityk N przyjął kandydatkę na członka podczas służbowego wyjazdu na Maderę? Czy prezes K zapomniał nakarmić kota? Czy kosmici naprawdę pomagali zbudować Sosnowiec?

Redaktor nie sugeruje odpowiedzi. Redaktor stawia pytanie - a czytelnik ma sam wywnioskować odpowiedź. Jedynie słuszną, wszak większość i tak ogranicza się do przeczytania samego nagłówka. Zaprzeczenie pytaniu z tytułu może pojawić się gdzieś pod koniec artykułu (dokąd i tak dociera tylko pomijalny statystycznie ułamek czytelników) albo nie pojawić się w ogóle. W końcu dziennikarz nie postawił tezy - zadał tylko „niewinne pytanie”.

Odwrócone prawo Betteridge’a


Znak zapytania stał się potężnym narzędziem - można dzięki niemu uniknąć procesu sądowego, przykuć uwagę czytelników, zrobić z nudnej, nic nie wnoszącej informacji sensację na skalę światową albo po raz wtóry udowodnić, że dziennikarska wiarygodność to pies, kiedy liczą się nakład i odsłony.

Prawo nagłówków Betteridge’a mówi o pojawiających się w tytułach i nagłówkach znakach zapytania. Odwrócone - wymyślone przed chwilą, ale także coraz powszechniejsze - mówi o znakach znikających. Wiadomość nie jest pewna, ale być może dla iluś czytelników istotna? Warto zasygnalizować, że losy jakiejś kwestii stanęły pod nomen omen znakiem zapytania? Tu, gdzie słynny pytajnik mocy akurat byłby wskazany, tam… należy go usunąć.

Pojawia się sensacja, portal pierwszy przekazał istotną wiadomość. Trzeba tylko kliknąć artykuł, by poznać szczegóły relacji, a tam… a tam dla odmiany pojawia się znak zapytania; sensacja cała gównem się stała. Byle tylko oszukać czytelnika, byle wydusić od niego wart 2 grosze klik, byle ukraść mu pół minuty wolnego czasu. W imię czego?

Wiadomości z opracowaniem


Były swego czasu popularne - i zapewne nadal są - streszczenia lektur opatrzone mnogimi przypisami na marginesie, z których to przypisów czytelnik miał się od razu dowiedzieć co przeczytał i jakie z tego wnioski winien wyciągnąć. A gdyby i streszczenie lektury okazało się za długie, można było w zasadzie przeczytać same uwagi na marginesie i mieć jako taki obraz treści.

Cała ta umysłowa paraolimpiada przeniknęła do mediów, które już nie zawracają sobie głowy informowaniem o faktach - teraz liczy się poinformowanie czytelników, co o owych faktach mają myśleć.

Opinia dziennikarza w relacji z wydarzenia w ogóle nie powinna mieć miejsca - ale przyzwyczailiśmy się już, że reporter nie byłby sobą, gdyby na koniec swojej wypowiedzi nie dorzucił jednego czy dwóch zdań „ciętego” komentarza. Pal licho - wiemy przynajmniej, w którym momencie przestać słuchać. Gorzej, kiedy reporter instruuje czytelników co mają myśleć jeszcze przed tym, zanim łaskawie zdradzi im temat rozważań.

Być może faktycznie bohater relacji to cymbał, a jego wypowiedź bije rekordy głupoty - zdarza się nawet w najlepszych rodzinach. Ale to czytelnik do takiego wniosku powinien dojść samodzielnie. A jeśli nie dojdzie? A jeśli - nie daj Boże! - zacznie zastanawiać się, czy za pozornie bzdurnym twierdzeniem nie stoi jakaś logika? Być może ukryta nawet dla wypowiadającego przytaczane zdanie, ale jednak? To, co najbardziej przeraża dzisiejsze ośrodki propagandy, to samodzielne myślenie. Dzisiaj wrogiem nie są już ci, którzy trzymają z obozem przeciwnika. Dzisiaj śmiertelnymi wrogami stają się ci, którzy „są z nami, ale nie dość mocno”.

Fake news


Produkcja zmyślonych wiadomości to domena serwisów typu Aszdziennik, gdzie idea od samego początku sprowadza się do zabawy, co zresztą podkreślone jest na każdej podstronie. Problem zaczyna się wtedy, gdy zmyślone newsy zaczynają cytować media i dziennikarze chcący uchodzić za poważne. Jedna wpadka, druga, trzecia - wiele można wybaczyć, ale jeszcze więcej można wykorzystać.

Rozpoczęła się masowa produkcja absurdalnych wiadomości - nagłośniona m.in. przy okazji wyborów prezydenckich w USA. Prawda przestała się liczyć, istotny jest już tylko cel, który można dzięki kłamstwu osiągnąć. Konsekwencji za tworzenie i powielanie kłamstw nie ma żadnych - grozi najwyżej spadek nakładów czy oglądalności, ale to też nie problem, bo zawsze znajdzie się zaangażowany ideowo sponsor, który wesprze sowitym zastrzykiem gotówki „uciskane reżimem wolne i niezależne media”.

Po ataku islamistów na redakcję Charlie Hebdo, Jerzy Urban - naczelny tygodnika „NIE” - stwierdził, że sam z chęcią poświęciłby życie kilku dziennikarzy w zamian za wzrost oglądalności. I jakkolwiek po Urbanie raczej nikt nie spodziewał się wiele więcej, to jego postawa dobrze obrazuje kondycję współczesnych mediów, gdzie liczy się wyłącznie oglądalność i forsowanie własnej wizji świata. Ewentualne fakty to tylko dodatek - wcale nie niezbędny.

A co jeszcze w dzisiejszym wydaniu wiadomości? Oto skrót wydarzeń dnia:

Trzeba zobaczyć, jak celebrytki mają dość…


Wywiad ze zmarłym…

(nie tylko media, ale najwyraźniej nawet i medium!)

22 osoby nie żyją. MAMY ZDJĘCIA!!!

Wszechmocny Google’u i ty, przenajświętsza frazo kluczowa…


Każdy każdego orze jak może…


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Oglądany: 96392x | Komentarzy: 112 | Okejek: 367 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało