JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Krawężnik od kuchni IV - z życia polskiego policjanta

65 146  
626   77  
Dziś będą zdarzenia raczej nietypowe, czeka nas bowiem zapowiadane „zezwierzęcenie maksymalne” – zobaczymy m.in. jak poradzić sobie z owczarkiem, który ma focha i jak NIE ratować swojego czworonoga przed niebezpieczeństwem. Ale najpierw rozpieprzymy radiowóz.


Dzionek, weekend, piękna pogoda, spokój i cisza w rejonie. Ja prowadzę, jeździmy z kumplem (pozdro M!) starym klekotem oznakowanym jeszcze na niebiesko, takim co to trzyma się kupy bardziej siłą woli niż mocą materiału. Idzie jednak dziarsko, jedzie do przodu, a w razie potrzeby nawet do tyłu, jest git. Sielankę przerywa nagłe wezwanie pomocy od innego patrolu – „Ulica XYZ 77, potrzebna pilnie załoga do wsparcia!”, po czym urwanie kontaktu. Cholera wie, co się dzieje – może ktoś jest ranny, może mają problem z jakimś agresorem, a może talibowie atakują? Skoro brak kontaktu, to widać są zbyt zajęci, by gadać przez radiostację. „Zapinamy górę” (sygnały) i jazda. Akurat jazda na sygnale to - moim skromnym - jedno z lepszych przeżyć, jakie można zaliczyć w tej służbie. Sto procent koncentracji, jazda na maksimum możliwości auta i/lub kierowcy, a do tego inne spojrzenie na drogi znane z codziennej jazdy. Na te kilka minut wszystkie chwyty są dozwolone – takie np. torowisko tramwajowe z asfaltem to nie przeszkoda, a skrót. Rzecz jasna wszystko w granicach rozsądku i w zależności od sytuacji – inni kierowcy różnie reagują na jadący radiowóz, czasem wykonują kompletnie bezsensowne manewry, trzeba mieć oczy dookoła głowy i uważać, uważać, uważać. Zdarzyło mi się, że spanikowany gość na skrzyżowaniu nie ustąpił pierwszeństwa i przejechał tuż przed moim nosem (na szczęście w porę zahamowałem), gapiąc się na mnie oczami jak pięć złotych, jak gdyby nie mogąc ogarnąć sytuacji.
Tak czy inaczej gaz w podłogę, a dziadek rajdowóz ryczy i dziarsko wyrywa do przodu – w swoją, jak się wkrótce okazało, ostatnią drogę. Jedno skrzyżowanie przelatujemy na zielonym, kolejne powoli na czerwonym, pastwiąc się nad pedałem gazu dopiero wtedy, gdy zobaczyłem, że wszyscy mi ustępują, a pieszych brak. Kawał prostej, dziadkowóz daje radę trochę się rozpędzić. Jedziemy szeroką drogą o trzech pasach ruchu w każdym kierunku, aut jest na niej mało, więc wyraźnie widać i słychać naszą „dyskotekę”. Droga przecina inną, nieco mniejszą – mam zielone, więc jadę dosyć śmiało. Tą samą ulicą z naprzeciwka nadjeżdża jakieś auto, które zaczyna zawracać. Kolega rzuca krótkie „Uważaj, widzisz?”, odpowiadam równie zwięźle: „Widzę, dzięki”. Jadę środkowym pasem (na prawym akurat inny samochód), pojazd z naprzeciwka zawracając powinien zająć lewy skrajny, jest git. Zawraca prawidłowo i gdy my przecinamy już skrzyżowanie, tamten niemal całkowicie wyrównuje do swojego (lewego) pasa i… I chuj.
Kierująca nim starsza pani w tym momencie nagle stwierdza, że nie, ten lewy pas jest passe, a środkowy wygląda znacznie lepiej, zresztą co ona będzie tak lewym jak jakiś łobuz drogowy, no. Nagle – bez kierunkowskazu, spojrzenia w lusterko, jakimś cudem nieświadoma radiowozu jadącego na sygnale, który wszak jeszcze przed chwilą musiała wyraźnie widzieć przed sobą – skręca w prawo i wbija się na nasz pas. Zero szans na reakcję, jedynie pozbawione nadziei odbicie kierownicą w prawo i krótka „kurwa na dwa głosy”. Uderzamy w jej samochód pod lekkim kątem, ją odbija w lewo na pas zieleni, nas w prawo na chodnik. Lecimy prosto na latarnię, czas zwalnia, przez moją głowę przelatuje myśl, że lepiej dalej w prawo, bo ściana budynku kawałek dalej, ale jakaś kobieta idzie właśnie chodnikiem, więc tylko zapieram się rękami o kierownicę i witaj przygodo! (myśl rzecz jasna bezsensowna, bo zapewne kontrolę nad rajdowozem miałem w tym momencie zerową, ale odnotować warto). Wpadamy środkiem maski na latarnię, strzela mi poduszka powietrzna, koledze M już nie – na szczęście obaj zawsze jeździmy w pasach, bo inaczej stan naszego uzębienia zostałby znacznie uszczuplony. Cisza. Spokój. Mija sekunda, druga i trzecia. Spoglądam w dół, na siebie – brak koloru czerwonego, tylko wyszczuplająca czerń munduru. Poruszam lekko rękoma, nogami, szyją – wszystko wydaje się działać, będę żył. M pyta:

- Żyjesz?
- Żyję, a ty?
- Też.

Wychodzimy z pojazdu, przez chwilę mój pas nie chce się odpiąć, o czym informuję kolegę (we wszelkich takich sytuacjach ważna jest wyraźna, spokojna komunikacja). Zanim M odwraca się, by mi pomóc, zapięcie odpuszcza. Wychodzimy, nieco skołowani idziemy sprawdzić, czy kobiecie z drugiego auta nic nie jest – wydaje się, że OK, za wyjątkiem ataku paniki, bo „Łojezu, spowodowałam wypadek! I to z policją!”. Będzie żyć. Biorę radiostację i informuję o wszystkim radiooperatora. Trochę się plączę z tą informacją, wraz ze spadkiem adrenaliny powoli dociera do mnie, że głowa boli jak cholera, a inne części też nie są w takim super stanie, jak mi się wydawało. Na miejsce przyjeżdża najbliższa wolna załoga, po jakimś czasie docierają także ruch drogowy, karetka i oficer kontrolny. Oficer odbiera od nas broń, „ruchacze” badają alkomatem, a karetka zabiera do szpitala. Gdy sprawczyni całego zamieszania widzi nas wpakowanych przez ratowników w kołnierze ortopedyczne, znowu panika – „Łojezu, i coś im się stało, taki wypadek, no co to będzie!”. My jedziemy na SOR, dziadek radiowóz ląduje na lawecie – zrzucą go na parkingu komendy, gdzie będzie stał przez czas jakiś, by finalnie zostać przerobionym na żyletki. Nie wszystkim jest pisany happy end.
Jeszcze mały epilog: w szpitalu, gdy czekaliśmy na tomografię, zadzwonił do mnie jeden z kolegów, którzy podjechali na miejsce. Okazało się, że kobitka (po „telefonie do przyjaciela”) próbowała wcisnąć ruchaczom, że my wjechaliśmy na czerwonym, więc to nasza wina. Nożeszkur… Zły jak osa tłumaczę przez telefon, że po pierwsze, to jechaliśmy na zielonym, pięknym, porządnym zielonym, a po drugie, to ta *BEEEEEEEP* jechała z naprzeciwka TĄ SAMĄ DROGĄ! Gdybym ja wjechał na czerwonym, TO ONA TEŻ! To, że podłość ludzka nie zna granic to wiedziałem, ale jak widać głupota w tyle nie pozostaje… Załoga ruchu drogowego mając już pełen obraz sytuacji daje kobitce wybór pomiędzy mandatem a sądem, ta wybiera oczywiście mandat „Bo nie będę się po sądach ciągać…”. I tak kilka dni później pod newsem o tym zdarzeniu przeczytam w internetach komentarze, że to na pewno wina radiowozu. Standard.

Teraz nieco zmienimy tempo akcji – z pościgowego na iście geriatryczne. Wieczór, około godz. 22:00 wpada interwencja zlecona. Z mieszkania w bloku dobiegają dziwne odgłosy, jakieś wołanie. Podjeżdżamy z koleżanką na miejsce, gdzie wita nas kilkoro sąsiadów informujących, że mieszkaniec jednego z lokali woła pomocy, ale nie idzie się z nim skontaktować. Podchodzimy do drzwi i faktycznie – z wewnątrz dobiega donośne „Pomoooocyyyyyyy! Ratunkuuuuu!”. Walę w drzwi, krzyczymy „Halo! Tu policja, co się stało?”. Brak odzewu, jedynie kolejne nawoływania – przy czym ton głosu wędrujący po sinusoidzie wskazuje, że wołający dziabnął sobie już dziś kilka głębszych. Naciskam na klamkę – dobra nasza, drzwi otwarte! Otwieram je ostrożnie, by niezwłocznie zamknąć - tuż za drzwiami czeka owczarek niemiecki. Bestyja warczy w sposób wyraźnie sugerujący, że gdy tylko przekroczę próg, to odgryzie mi stopę przy samej dupie. Przez uchylone drzwi krzyki jegomościa z wnętrza słychać znacznie lepiej, toteż i ja drę japę „HALO! CO SIĘ STAŁO?”. Nadal bez odzewu. Dobra, pijany czy nie, człowiek potrzebuje pomocy, kto wie co mu się dzieje. Koleżanka pytająco pokazuje miotacz pieprzu – a wiedzieć wam trzeba, że owa boska dziewoja znana była jako mistrzyni strzału gazem do celu, zapewniając niejednemu agresorowi łzy jak grochy i gil do pasa. W sumie narzędzie w tej sytuacji niezłe, ale pieseła trochę jednak szkoda. Swego czasu mój kumpel z pokoju na kursie podstawowym (uprzednio treser pit bulli) opowiadał, że większość psów tak naprawdę tylko zgrywa twardzieli, a w gruncie rzeczy łatwo je wystraszyć. W myśl tego w lewą rękę chwytam gaz (przezorny zawsze ubezpieczony…), zaś w prawą tonfę, a następnie uchylam drzwi na tyle, by w szczelinie zmieściła się pałka, ale już nie psia paszczęka. Owczarek warczy i szczeka, twardo broniąc swojego terytorium przed agresorem. PAC! Dostaje pałką po nosie, ciosem nader lekkim, bo i fechtując tonfą jak d’Artagnan przez szparę w drzwiach ciężko mówić o jakiejkolwiek sile. Pies nagle milknie, patrzy na mnie zszokowanymi oczami, jak gdyby nie mogąc uwierzyć, że go walnąłem po nosie i… Zwiewa z piskiem! Jeden zero.

Powoli wchodzę do środka - z przodu tonfa, gaz w pogotowiu, koleżanka tuż za mną gotowa nieść wsparcie. Do tego gromadka ciekawych sąsiadów czekająca na klatce. Tymczasem w mieszkaniu krzyki dobiegają ze znajdującej się za załomem korytarza łazienki, w której oczom moim ukazuje się następujący widok: po stronie prawej od otwartych drzwi znajduje się ustawiona wzdłuż ściany wanna, w niej zaś pewien nader otyły jegomość. Gość jest wielki. NAPRAWDĘ wielki. Koleś nie miał talii – on miał równik. Miał własne pole grawitacyjne. Gdyby pojechał nad morze, zakłóciłby rytm przypływów i odpływów. Najwyraźniej nieco przeholował z bezalkoholem, bo wychodząc z wanny pośliznął się i wpadł tam zadkiem – w poprzek wanny tak, że zaklinował się w niej, a nogi merdały mu w powietrzu. Nadal głośno domaga się pomocy, której chętnie bym mu udzielił, gdyby nie jeden szkopuł – po stronie lewej, przeciwnej do wanny, przycupnął nasz ulubiony pieseł. Siedzi sobie przodem do ściany, wpatrując się w nią tak twardo, jak gdyby kafelki były z kiełbasy. Nie mogę nic zrobić dla właściciela, dopóki jego pupil jest tuż obok – gotów odgryźć mi zadek, gdy tylko odwrócę się do niego tyłem. Wołam psa usilnie, ten zaś kilkukrotnie zerka na mnie z ukosa, lecz za każdym razem gdy tylko zauważy, że na niego patrzę - znowu szybko w ścianę. Bestia udaje, że mnie nie widzi! Łodafak? Pies mi focha strzela! Gdyby mógł, pewnie zatkałby uszy łapami i wyszczekał „lalala, nie słyszę cię!”. Dobra, tryb pomysłowego Dobromira – lodówka, kiełbasa, z plasterków tworzę ścieżkę od łazienki, korytarzem, aż do kuchni. Owczarek dalej Niemca zgrywa. Noż qrwać. W końcu z braku lepszych rozwiązań koleżanka nieco się cofa, robiąc miejsce, ja zaś wchodzę na brzeg wanny (tak, gość dalej piłuje japę) i znowu tonfą staram się przegonić futrzaka. Widząc w mym ręku znienawidzone narzędzie raniące psie noski bestyja ucieka do innego pokoju, skąd do końca interwencji już nie wyściubi nosa. Samego klienta z wanny jakoś wyciągnęliśmy… Z koleżanką i dwoma sąsiadami, z których jeden okazał się policjantem po służbie. I weź to teraz w notatniku opisz

Innym razem nocą ja i mój Sensei dostaliśmy informację o pożarze. W przypadku ognia wysyła się na miejsce nie tylko strażaków, ale i nas. Docieramy zwykle jako pierwsi (straż jedzie z bazy, a nasze załogi są gdzieś w okolicy), wstępnie ogarniamy pole i podejmujemy pierwsze czynności, by po przybyciu strażaków udzielać im pomocy w miarę naszych możliwości. Nie inaczej było i tym razem – szybki przejazd, bieg na któreś-tam piętro i zastanie starszej pani, która zostawiła świeczkę, po czym wyszła do psiapsiółki. Po powrocie czekała ją niespodzianka - nie trzeba być Sherlockiem, by po kłębach dymu spowijających korytarz stwierdzić, że świeczka zabezpieczona zbyt dobrze nie była. Straży jeszcze nie ma, korytarz zadymiony, Sensei zarządza ewakuację ludzi z piętra – kto wie, czy pożar mieszkania nie wymknie się spod kontroli. Dymu z każdą chwilą coraz więcej, jednak zbiera się on przede wszystkim pod sufitem, więc zgięci w pół, świńskim truchtem kilkukrotnie wpadamy na korytarz waląc do drzwi i każąc ludziom niezwłocznie zarzucić coś na siebie i wychodzić. Potem wypad na klatkę schodową (na końcu korytarza), kilka łyków świeżego powietrza i znowu na bezdechu do środka. W trakcie jednego z przystanków na oddech zagaduje mnie jakiś wielki (tak wzwyż, jak i wszerz) koleś około trzydziestki i pyta, czy nie widziałem tam psa.

- Nie, nie widziałem.
- Ale czy na pewno pan nie widział? Bo moja Diana, doberman taki, była ze mną na spacerze, ale uciekła mi na klatce, a tam moje mieszkanie jest, może pobiegła.
- A mieszkanie było otwarte?
- No nie.
- No to psa tam nie ma. Na korytarzu też go nie ma, pan zejdzie niżej z tego dymu, pies na pewno nie siedzi przy ogniu.

Gość przytakuje, a ja znowu wpadam na korytarz zgięty wpół tak, jak gdyby dziś był mój dyżur w szafie. Walę do drzwi jednego z ostatnich mieszkań, nikt nie odpowiada, dym sięga już coraz niżej, tlen się kończy, wracam. Gdzieś w centralnej części korytarza oczom moim ukazują się… Nogi i kawałek tułowia – bo reszta tonie gdzieś w odmętach dymu. Oczywiście koleś od psa nie mógł uwierzyć, że futrzaka tam nie ma i przyszedł sprawdzić. Wyprostowany na całą swoją niebagatelną wysokość idzie, macha przed sobą łapami (wszak spoza dymu na tej wysokości nic nie widzi) i drze japę: „DIANA! DIANAAAAAA!”, przy czym krzyki przerywają mu ataki kaszlu spowodowanego dymem. Nożeżkurwajegowdupezapierdolonamać… Dobiegam do niego, krzyczę coś w rodzaju „Chłopie, wyłaź stąd!”, zdezorientowanego łapię za fraki, obracam i wypycham z tego cholerstwa. Na klatce schodowej gość siada krztusząc się nieco, łzy lecą mu jak grochy, ale ogólnie nie wydaje się potrzebować pomocy. Powstrzymuję się od poinformowania go o tym, co sądzę o jego mamusi, tatusiu i w jaki sposób mamusia obsługiwała trzech klientów naraz. Na piętro wpadają strażacy i przejmują kontrolę – my sprowadzamy na dół resztkę maruderów z klatki i czekamy na rozwój sytuacji. Strażacy jak zwykle dają radę i wkrótce ogień jest ugaszony, a klatka wywietrzona. Chłopaki mieli taki „wentylatorek” wielkości (o ile dobrze pamiętam – było to jakieś 7-8 lat temu) na oko z półtora metra, który mógłby dorabiać we Flyspot. Brak ofiar, trochę strat w mieniu, no i dwóch policjantów, od których na kilometr wali wędzonką (ciekawostka: jeśli kiedyś spotkasz policjanta/ratownika i wyczujesz ten zapach, to znaczy, że był niedawno w podobnej sytuacji). A Diana? A Diana rzecz jasna wykazała się większą ilością oleju w głowie niż jej właściciel, bo gdy on łaził „z głową w chmurach” ona już dawno dała drapaka na zewnątrz budynku. I kto tu jest gatunkiem bardziej rozwiniętym…

Skoro były psy, muszą być i koty, toteż znowu zmienimy miejsce akcji - późne przedpołudnie, piękna pogoda, ogólnie sielanka. Wpada interwencja zlecona – oto jakaś starsza pani nie otwiera drzwi osobom, które do niej przyjechały, przez co się niepokoją. Wraz z M jedziemy na miejsce, tam zastajemy pracowników socjalnych oraz ludzi ze schroniska. Okazuje się, że starsza pani dostała eksmisję z mieszkania i w dniu dzisiejszym miała jej termin. Socjalni przyjechali pomóc jej się przeprowadzić do nowego lokalu, zaś ci ze schroniska mają zająć się jej kotami – których ma jedenaście. Problem w tym, że staruszka nie odpowiada na pukanie i nie wiadomo, co się z nią dzieje. Idziemy pod drzwi, pukamy, stukamy, walimy, brak reakcji. Wzywamy na miejsce straż pożarną i karetkę, czekamy kilka minut rozmawiając ze zgłaszającymi. Na miejsce docierają strażacy i podstawiają drabinę – co do zasady w przypadku wejścia przez okno to my wchodzimy, oni tylko to umożliwiają. Wyjątkiem są „trudne” podejścia, gdzie chłopaki idą sami, coby nie mieć policjanta na sumieniu. A wejścia „z drzwiami” jako bardziej niszczycielskie stosuje się tylko wtedy, gdy nie ma podjazdu/podejścia do okna. Tu akurat było, więc podstawili drabinę i róbta co chceta. Cóż, jako że obdarzony jestem pięknym, dorodnym okazem lęku wysokości, niezwłocznie wytypowałem M na ochotnika – ten szybko wszedł przez okno i otworzył drzwi od wewnątrz. W środku widok był raczej nieciekawy: w kuchni zastaliśmy starszą panią – martwą, leżącą na podłodze pośród rozsypanych lekarstw w pokaźnej ilości. Prawdopodobnie popełniła samobójstwo poprzez nałykanie się środków ze swojej niemałej, jak to u osoby starszej, kolekcji medykamentów. Lekarz stwierdził zgon, zaś pracownicy socjalni nie posiadali się ze zdumienia – wszystko było dogadane, dograne, mieli ją zabrać do nowego mieszkania i zapewnić opiekę zwierzakom. A właśnie, zwierzaki… gdzie zwierzaki? Nie, ich nie trzeba będzie zabierać. Ale jak to? Ano tak to. Podczas wstępnego ogarnięcia mieszkania i jego zawartości trafiliśmy na obraz, który ciężko zapomnieć – w drzwiach do nader obszernego, a przy tym niemal pustego pokoju zamocowano drążek. Na drążku kawałek kabla, zaplątany w swego rodzaju pętlę wisielczą. W pokoju zaś… koty. Dziesięć martwych kotów, niektóre z wybałuszonymi ślepkami, niektóre ze śladami krwi na pyszczkach. Każdy z nich ułożony na czarnym worku na śmieci rozłożonym tak, że wystarczy złapać za brzegi i podnieść, a kot znajdzie się w środku. Schludnie. Fachowo. Metodycznie. Widać, że zanim kobieta skończyła ze sobą, musiała wziąć po kolei każdego ze swoich pupili, udusić kablem, ułożyć w worku, złapać następnego. I następnego. I następnego. A potem poszła do kuchni. I umarła. Mówcie co chcecie, ale obraz tego rysował się bardziej makabryczny niż niejednego zabójstwa

A jaki tego epilog? Po przejęciu miejsca zdarzenia przez grupę dochodzeniowo-śledczą, nadal pod wrażeniem tego, co widzieliśmy, wracamy na Fabrykę. Tam idę do dyżurnego, starego wygi, by przekazać mu sporządzoną notatkę. Ten patrzy na mnie, uśmiecha się lekko i mówi: „A, to ty byłeś na tym zbiorowym samobójstwie kotów?”. Wybucham śmiechem, głośnym, szczerym i długim. Za kilka lat od tamtej chwili w pewnym filmie padnie tekst: „Jakby nas ktoś teraz oglądał z boku, to by pomyślał, że jesteśmy pojebani, ale jakbyśmy to wszystko w sobie dusili, to byśmy ochujeli”. Święte słowa…

Oglądany: 65146x | Komentarzy: 77 | Okejek: 626 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało