JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Martin A. Couney uratował tysiące dzieci, bo nie wiedział, że to niemożliwe

97 360  
615   38  
Ówczesna medycyna i praktyka lekarska była okrutna: "wcześniaki są zbyt słabe, by przeżyć" - dlatego nie starano się ich ratować.


Martin Arthur Couney był prawdopodobnie jednym z najlepszych oszustów i kombinatorów na świecie. Wiele wskazuje na to, że przez 60 lat oszukiwał wszystkich, że jest lekarzem, po to, by uratować życie tysięcy wcześniaków, które wystawiał w lunaparkach na widok publiczny jako „dziwolągi” do obejrzenia za skromne 25 centów.

Niemiecki początek

Młodość Couneya to wiele pustych kart historii. Prawdopodobnie urodził się w 1870 roku we Wrocławiu jako Michael Cohen, jednak nie możemy mieć 100% pewności ani co do daty, ani co do miejsca. Niektóre źródła wskazują na Alzację i rok 1860. Okazuje się, że dziś bardzo ciężko to zweryfikować, choć powinno to być naprawdę proste.

Kolejną dziwną rzeczą jest jego wykształcenie. Couney twierdził, że medycynę studiował w Lipsku. Czasem wymsknęło mu się coś o Berlinie, jednak na żadnej z tych uczelni nie ma ani jego dokumentów, ani żadnej z prac, które w tym czasie musiałby napisać.

Być może to zwykły zbieg okoliczności, jednak przeprowadzone po latach od śmierci próby potwierdzenia jego tytułów nie dały żadnych rezultatów.

Pierwsze wystawy

Couney jeszcze pod koniec XIX w. poznaje francuskiego profesora położnictwa Pierre'a Budina, który to zasłynął na świecie z konstrukcji pierwszego inkubatora.

Już w 1896 roku na targach w Berlinie Couney pomagał swojemu mistrzowi, Pierre'owi, w organizacji pierwszych wystaw żywych inkubatorów. Wtedy przyświeca im jeden cel: pokazanie światu, że rozwój technologii jest w stanie uratować wcześniaki przed śmiercią.


Do zadań Couneya należało między innymi pozyskiwanie wcześniaków ze szpitali. Wydawać by się mogło, że to zadanie nie było takie proste, jednak Martin dzięki swojemu urokowi osobistemu i poważnemu wyglądowi wzbudzał zaufanie, a wcześniaki w szpitalach i tak były z góry skreślane, więc kiedy lekarze i rodzice słyszeli, że dzieci mogą zostać przeniesione do Kinderbrutanstaltu, stwierdzali, że w sumie i tak im wszystko jedno.


Pokazy były jak najbardziej udane. Inkubatory działały, w środku znajdowały się prawdziwe dzieci, a nieprzyzwyczajeni do oglądania niemowląt goście nie mogli się nadziwić jak to jest, że takie małe dziecko w ogóle żyje. Warto zwrócić uwagę na to, że w tych czasach poród był sprawą bardzo prywatną i przeważnie odbywał się w domu, jedynie w towarzystwie akuszerki, a z niemowlętami nie chodziło się po ulicy, nie odwiedzało się z nimi znajomych i nie wstawiało się ich zdjęć na Facebooka, więc widok niemowlęcia był naprawdę rzadko spotykany i „intymny”, cóż dopiero mówić o wcześniakach.

Rozdział amerykański

Po kilkuletniej objazdowej „trasie koncertowej” po Europie i Ameryce, Couney postanowił uruchomić stałe stoisko – najpierw w Chicago, a później w lunaparku na Coney Island (Nowy Jork).


Udało mu się wznieść swoje poczynania na wyższy poziom i swoje „stoisko” uruchomił w formie dobrze rozplanowanego przedsięwzięcia, zapewne właśnie dlatego, że w tych czasach okoliczne szpitale nieszczególnie interesowały się wcześniakami. Nie korzystały z żadnych sposobów na podtrzymywanie ich życia, więc w dużym skrócie: czekano tylko na ich zgon.

W takich okolicznościach bardzo łatwo można było pozyskać wcześniaki do inkubatorowego stoiska. Stoiska, do którego wejście kosztowało 25 centów od osoby, co przy tysiącach odwiedzających dziennie dawało naprawdę niegłupią sumkę na koniec dnia.

Po co pieniądze?

Można łatwo oskarżyć Couneya o bogacenie się na nieszczęściu dzieci i wiele razy takie oskarżenia pod jego kątem padały, jednak nasz bohater nie miał sobie nic do zarzucenia. Żeby to zrozumieć, wystarczyło rozejrzeć się po tym, co tak naprawdę robił w lunaparku, a było na co popatrzeć.

Wewnątrz stoiska znajdowały się najnowocześniejsze inkubatory, sprzęt medyczny, w pełni przeszkolona załoga, cztery profesjonalne pielęgniarki, dwie mamki karmiące dzieci swoimi piersiami, przewodnik, bileter i ochrona. Wszystko było utrzymane w czystości i porządku. Odwiedzający mieli zachować pełną ciszę i nie wolno im było naśmiewać się z tego co widzieli. Powaga musiała być zachowana, w przeciwnym wypadku śmieszek był wyprowadzany przez ochronę.


Zorganizowanie tego pawilonu i opłacenie załogi to niemały wydatek. Przelicza się, że doba jednego dziecka w inkubatorze to koszt 17 ówczesnych dolarów (około 1500 dzisiejszych złotych).

Sam pomysłodawca w wywiadzie opisywał to tak:

Stacja inkubatorowa dla wcześniaków nie jest miejscem, którego celem jest wystawianie na widok publiczny maleńkich dzieci. Tak naprawdę jest to ośrodek ratowania życia, do którego trafiają przedwcześnie urodzone dzieci z głównych szpitali całego miasta – po opiekę i uwagę, na którą zasługują. Miejsce jest jak spod igły, z lekarzami i pielęgniarkami, którzy są do stałej dyspozycji.

Przedsięwzięcie pochłaniało spore kwoty, a dzięki temu, że wstęp był płatny, Couney mógł wciąż rozwijać swoją placówkę i opiekować się dziećmi, które w innym przypadku czekałyby na śmierć w szpitalu.

Wątpliwości etyczne

Jak wcześniej wspominałem, Couney był oskarżany o wykorzystywanie niewinnych dzieci do robienia „show”. Na początku jego kariery te głosy były mocniejsze, miał z tego powodu problem ze zorganizowaniem wystawy w Londynie. Ze względu na to, że ze szpitali nie wydano mu wcześniaków, wraz ze swoją przyjaciółką położną przemycił wcześniaki z Francji. Takie przypadki wyglądają rzeczywiście bardzo… niewygodnie, jednak nie można mu odmówić w tym wszystkim wizji i dobrego serca.


Rodzice przedwcześnie urodzonych dzieci mieli wybór – zostawić dziecko w szpitalu i czekać na śmierć, wziąć do domu i czekać na śmierć lub oddać Couneyowi i zobaczyć co się stanie. Szpitale nie oferowały w tym czasie żadnych możliwości związanych z inkubatorami, więc Couney był ostatnią deską ratunku. Na pokrycie ogromnych kosztów nie było jednak rodziców stać, więc na korzystanie z inkubatorów i tak nie mogliby sobie pozwolić – stąd pomysł na płatne wejście. Patrząc na to od tej strony, widzimy, że wszystko miało ręce i nogi i zostało zrobione tak, żeby nieść pomoc.

Efekty

Szacuje się, że Couney pod swoją opiekę wziął 8000 wcześniaków, z których 6500 przeżyło – co jest wynikiem bardzo dobrym, bo zdecydowana większość z tych dzieci bez jego pomocy by nie przeżyła. Jego pomoc dla rodzin była darmowa, a warunki, w jakich dzieci były inkubowane były naprawdę na najwyższym poziomie.

Niedługo przed jego śmiercią (1950) inkubatory zaczęły wchodzić w standardowe wyposażenie szpitali.


Dziś opracowania historyczne rozwoju neonatologii rzadko wspominają o Martinie Couneyu, jednak wśród wielu zasłużonych dla tej dziedziny osób był tym, który pokazał szerokiemu światu, że to naprawdę działa i że to naprawdę ma sens.

Czy był oszustem. który samozwańczo nazwał się doktorem nauk medycznych? Tego na sto procent nie potwierdzimy, ale jeśli to prawda, to był oszustem o ogromnym, gołębim sercu. Takim, który ocalił życia tysięcy ludzi.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 97360x | Komentarzy: 38 | Okejek: 615 osób
Zobacz też

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało