JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Policja w Wielkiej Brytanii - pierwsze razy i życie codzienne

49 743  
311   37  
W poprzednich dwóch częściach (tutaj i tutaj) opisałem firmę, procedury, sprzęt itd. Dziś przyszedł czas na crème de la crème, czyli interwencje.


#1. Pierwsze aresztowanie

Zmiana nocna. Generalnie sporo zgłoszeń typowo weekendowych. Czyli zmęczony klient kimnął pod pizzerią, awanturka pod pubem, mąż wyjaśniający żonie, że zupa była za słona itp. Po całej nocy mieliśmy chwilę na kawę i uzupełnienie systemu o raporty z interwencji. Jako że noc już chyliła się ku końcowi, liczyliśmy, że nic już się ciekawego nie wydarzy.
Tu należy się odrobina wyjaśnienia. Puby w UK generalnie posiadają licencję do serwowania alkoholu do 23:00. Kluby nocne posiadają licencję do 03:00, która jest sporo droższa i obłożona wieloma restrykcjami.
Powracając do nocy pierwszego aresztowania. Około 03:00, siedząc na posterunku, słyszymy wołanie tzw. „radia z miasta”. Czyli radia, które mają m.in. ochroniarze z knajp do porozumiewania się między sobą, ale też do wołania nas do szybkich akcji z pominięciem numeru alarmowego. „Radio z miasta” generalnie obsługuje van. Pamiętacie? Pisałem o nim w poprzednim artykule. Ale tym razem dzwoni i dzwoni. Partner odebrał i słyszymy, że ochroniarz ma kłopot z jakąś dziewoją, która przeszkadza mu zamknąć pub. Noż kurrr... A gdzie van? No nic, lecimy. Ale że nikomu w sumie krzywda się nie dzieje, to nie na kogutach. Podjeżdżamy, a tam laska (nazwijmy ją Susan) zrobiona jak góral po trzecim dniu wesela.


Mimo że zimno, to gołe nogi, na których ledwo się trzymała, na górze ledwo jakaś krótka sukienusia i wyje. No to podchodzimy. Mój partner nie ma cierpliwości do takich, więc chciał ją szybko spacyfikować, ale widzi, że jako świeżak chcę się wykazać, to puszcza mnie do niej, a sam zagaduje z ochroniarzem. No więc podchodzę i najpierw grzecznie pytam:
- O co chodzi, królowo nocy?
- Możesz mi pomóc?
- Jasne! Białogłowej w potrzebie zawsze! Ale w czym?
Dziewoja chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi, bo utkwiła we mnie tępy wzrok i się zawiesiła.
- W czym mogę ci pomóc?
- Chcę poszanowania swoich praw! – duka wreszcie.
- Jasne, o pani. Wszystkie twoje prawa są od tej pory poszanowane. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?
Tępo-krowi wzrok wrócił na oblicze białogłowy... I tak przeszła w stand-by.
W tym czasie do mojego partnera, oddalonego o jakieś 5-6 metrów, podjechała taksówka i taksówkarz informuje, że ta oto dziewoja przed chwilą wypłaciła nokautującego liścia innej dziewoi i dokonała odwrotu na z góry upatrzoną pozycję. Susan, usłyszawszy, że o niej mowa, choć nie wiem jak zdołała skupić swoją uwagę na dyskusji kilka metrów dalej, nagle wyrwała się z letargu i postanowiła, iż właśnie nastał idealny moment, by uprawiać jogging. Niestety nie wzięła pod uwagę, iż stan jej upojenia może powodować zagięcie czasoprzestrzeni i nagle została zaatakowana przez skradającą się po cichu latarnię. W tym momencie łapię Susan i mówię, że jest aresztowana pod zarzutem napaści i proszę ją o podanie mi swoich danych. W tym momencie królowa nocy przeistoczyła się w femme fatale i wpadła w istną histerię. Próbowała się szarpać i wyrywać, no ale 55 kg dziewoja ze 100 kg mną szanse miała niewielkie. Wystarczyło przytrzymać ją jedną ręką. Na szczęście nie zaczęła kopać, gdyż wtedy zmuszony byłbym pokazać jej z bliska strukturę płyty chodnikowej. Susan stwierdziła, że jestem taki sam jak wszyscy faceci i w ogóle świnia, i ma mnie w dupie i mi swoich danych nie poda. W tym momencie przyjechał poszukiwany przez nas wcześniej van i mimo głośnego wyrażania swojego niezadowolenia, Susan została całkowicie unieruchomiona i przeszukana. Przeszukanie ujawniło dokumenty w torebce, co spowodowało zniknięcie konieczności aresztowania (pamiętacie z poprzedniego artykułu?), gdyż mieliśmy już jej dane. Jednakże Susan została wtrącona do lochu, czyli klatki w vanie i odwieziona przez kolegów z vana do domu, aby nie stwarzała więcej kłopotów. A my do bazy, spisać raport i do domu. Sprawa Susan (choć już wtedy wiedzieliśmy, że to nie jej imię) została przekazana do CID i na tym zakończyła się nasza z nią znajomość.

#2. Pierwsza poważna sprawa

Niedziela rano. Jedyny raz, gdy wziąłem służbę dzienną. Dosłownie zdążyliśmy złożyć zamówienie na kawę, a tu G1 (grade one, czyli zgłoszenie pierwszego stopnia) – gwałt!!! O kur**! W dupie z kawą! Lecimy.
Hotel, dwie dziewczyny, na oko 18-20 lat. W pokoju burdel jak po przejściu tornada, ale nie burdel po walce, tylko po imprezie. Na stołach niedopite drinki, butelki alkoholu, syf, kiła i mogiła. No ale kto nie imprezował za młodu... Dziewczyny jeszcze zdrowo pod wpływem i twierdzą, że jedna została zgwałcona. No nic, oczywiście współczujemy, odbieramy wstępne zeznania od jednej i drugiej. Przybywa CID (detektywi). Oczywiście od razu przekazujemy im sprawę, a oni już mają swoje procedury. Prosili nas tylko, abyśmy nagrali kamerami pokój i zebrali i skatalogowali dowody w postaci ubrań i pościeli. No cóż, średnio to przyjemne, ale taka też nasza praca. Dowody muszą być zebrane, aby pobrać z nich próbki DNA itp. W międzyczasie okazało się, że podejrzany został namierzony praktycznie od razu i zatrzymany. Przyznał się do seksu z dziewczyną, ale utrzymuje, że oboje byli pijani i zrobili to za obopólną zgodą. Reszta już należy do prokuratury i sądu. Po zebraniu, skatalogowaniu i oddaniu dowodów do magazynu dla nas sprawa zakończona.

#3. Pierwsza „śmierć”

Wezwanie do kobiety (nazwijmy ją Helen), która jest pod opieką służb socjalnych ze względu na stan zdrowia psychicznego. Generalnie depresja i groźby popełnienia samobójstwa. Wezwanie przyszło właśnie od tych służb, gdzie pielęgniarka bezskutecznie od południa próbowała się dobić do domu Helen, a była już 21:00. To w sumie nie nasza sprawa, ale z braku zajęć pojechaliśmy. Tłuczemy w drzwi, wołamy, cisza. Dom szeregowy bez dostępu do ogrodu od tyłu. W domu światła zapalone w kilku pomieszczeniach. Pukamy po sąsiadach, żeby przeprowadzić szybki wywiad. Jeden z nich zgodził się, abyśmy weszli do jego ogrodu i zajrzeli przez płot. Gdy wszedłem, okazało się, że przez płot da się przeskoczyć, więc hycnąłem jak rączy hipopotam. Przeżyłem... Podchodzę do domu, z tyłu światła w kuchni zapalone. Naciskam klamkę – otwarte! Ciarki przeszły mi po plecach. Wołam partnera. Hycnął za mną i wchodzimy. Wołamy, oczywiście, że policja itd., ale cisza. Przechodzimy przez parter do drzwi frontowych, a te zamknięte na klucz i łańcuch! Przecież tak da się zamknąć tylko od wewnątrz! Ciarki znowu przeszły mi po plecach. Myślę "WISIELEC jak nic!".


W międzyczasie cały czas prowadzimy komunikację z bazą, która próbuje namierzyć wszystkich krewnych i znajomych królika. Idziemy powoli na górę i sprawdzamy każdy pokój, każde pomieszczenie z duszą na ramieniu, gdyż mieliśmy raport, że Helen boi się policji i kiedyś ze strachu zaatakowała jednego z nas. Więc jeśli nie wisielec, to czai się gdzieś z kosą! Jakież było nasze zdziwienie, gdy nie znaleźliśmy niczego i nikogo! WTF?!?!?! Idziemy ponownie sprawdzić drzwi wejściowe i potwierdzamy, że są zamknięte na klucz i łańcuch, a wyjść przez ogród nie ma jak! Magia, panie... W tym momencie słyszymy stukanie do drzwi. Ale nie do tych zamkniętych na klucz, a gdzieś z boku. Omamy czy co? Okazało się, że na bocznej „ścianie” przedsionka były jeszcze jedne drzwi! Które wyglądały jak stara ściana z desek! I te właśnie drzwi były wykorzystywane przez Helen, a nie główne. Do drzwi pukała jej znajoma i po dłuższej rozmowie i kilku telefonach okazało się, że Helen siedzi u znajomej kilkanaście domów dalej! Poszliśmy pod wskazany adres. Helen cała i zdrowa, tylko jej się bateria w telefonie rozładowała i zapomniała o lekach... Noż kurrr!!! Ile mnie zdrowia kosztowałaś, kobieto – klnę w myślach. Na szczęście była cała i zdrowa. Odprowadziliśmy ją do domu. Pośmialiśmy się i do bazy. Tak że Helen tak naprawdę nie byłą moją pierwszą śmiercią, choć stres przeżyłem, jakby była. W sumie już mogłaby być, to miałbym pierwszy raz z głowy... Nie, no żartuję. Niech żyje ile Bóg da.

#4. Tzw. porzucony telefon alarmowy (abandoned 999 call)

I na koniec historia bardziej dynamiczna i trochę zabawna. Godzina około 03:00. Zgłoszenie G1 – porzucona rozmowa na numer 999. Każdy telefon na 999, który zostaje przerwany podczas rozmowy, traktowany jest jako priorytet. Niestety tym razem był to telefon komórkowy. Namierzyliśmy właścicielkę (nazwijmy ją Julia), a raczej jej adres. Lecimy na bombach! To był mój pierwszy raz. Jasna dupa! Przeszkolony kierowca policyjny naprawdę wie jak jeździć! Sam lubię zapier..., ale tu byłem pod wrażeniem. No nic, podjeżdżamy pod adres. Wszędzie cisza i ciemno. Wypadam z wozu i lecę do drzwi. Halo! Policja! I stukam ręką w drzwi. Po kilku próbach mówię do partnera „Nikogo chyba nie ma”. W odpowiedzi słyszę „To napier***aj mocniej!”. No to wyciągam latarkę i tłukę metalem w szybę na granicy jej wybicia, dalej drąc się POLICJA!!! Po chwili w środku zapala się światło. Ufff... myślę. Wszystko będzie dobrze. A tu otwiera jakiś dziadek, na oko 50, golusieńki! Tylko w ręku trzymał jakiś szlafrok, zakrywając nim swoją podupadłą już pewnie męskość. Włos rozwichrzony, w oczach przerażenie i pyta:
- WTF???
- Czy mieszka tutaj Julia?
- Tak, jestem jej ojcem, ale nie ma jej w domu. Co się stało?!?!
- Jej telefon dzwonił na 999 i rozmowa została przerwana. Wie pan gdzie może być?
- Wyszła z chłopakiem.
- Wie pan jak się nazywa?
- Tak (tutaj padło imię i nazwisko).
Szybkie sprawdzenie przez radio i okazuje się, że koleś miał dość bogatą kartotekę za jazdę po pijaku, narkotyki i przemoc.
Dzwonimy ponownie pod jej numer, ale nikt nie odbiera. Mówię do ojca „Może pan do niej zadzwonić?”. Dzwoni. Raz, drugi, trzeci. W końcu Julia odebrała. Po krótkiej rozmowie ojciec twierdzi, że wszystko OK.
- Mogę z nią porozmawiać? – pytam.
- Proszę – ojciec podaje mi telefon.
- Julia?
- Tak. Co się stało?
- Twój numer dzwonił na 999 i rozmowa została przerwana. Czy wszystko OK?
- Tak. To musiała być pomyłka. – odpowiada, a w tle słyszę głosy.
- A możesz mi powiedzieć gdzie jesteś?
- Ze znajomymi. Wszystko OK!
I tu odezwała się we mnie dusza detektywa i przypomniały mi się sceny z amerykańskich filmów.


- Julia, jeśli coś się dzieje i nie możesz mówić, to zakaszl, a odnajdziemy twój telefon i ciebie.
- Słucham? Nie żartuj – Julia zachichotała. – Nie, wszystko OK. Przepraszam za kłopot. Dobranoc.
- W takim razie dobranoc.
No nic. Skoro wszystko OK, to wszystko OK. Ojciec spokojny. Julia cała i zdrowa, a ja dostałem słowa uznania od mojego partnera za inwencję twórczą z kasłaniem. Najważniejsze, że wszyscy są cali i zdrowi.

To na razie tyle. Mam nadzieję, że nadal ciekawie i obiecuję, że za jakiś czas popełnię kolejny artykuł z serii.

*Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione.

Oglądany: 49743x | Komentarzy: 37 | Okejek: 311 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało