JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nierozwiązane zagadki - zaginięcie latarników na Wyspach Flannana

54 837  
334   30  
Jedna z wielu zagadek, których po dziś dzień nie udało się jednoznacznie wyjaśnić.


Wyspy Flannana to grupka wysepek leżących na północy Wielkiej Brytanii, na Oceanie Atlantyckim. Ich znaczenie jest strategiczne dla żeglugi, ponieważ prowadzi tędy ważny szlak żeglugowy, łączący północną Europę z Ameryką Północną.

Wyspy Flannana to samotne, wznoszące się ponad wodami Atlantyku skały, oddalone od linii brzegowej o 30 km, więc dla zwiększenia bezpieczeństwa na jednej z tych wysp wybudowano latarnię morską. 7 grudnia 1899 światło latarni zaświeciło po raz pierwszy, jednak już rok później, 15 grudnia, załoga parowca Archtor przepływającego opodal nie dostrzegła żadnych świateł. Z pokładu statku wystrzelono race, nikt nie odpowiedział.


Archtor wpadł tego dnia na skałę w okolicy wysp Forth i przejęty tym faktem kapitan nie zameldował o problemie z latarnią od razu po zawinięciu do portu. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo warunki pogodowe były na tyle złe, że nie sposób było wysłać ekipy ratunkowej na Wyspy Flannana. Sztorm uziemił również załogę Hesperusa, statku, który miał zmienić załogę latarni 20 grudnia.

Wysłanie ekipy na Wyspy Flannana

Czas mijał, a trudności z dotarciem na wyspę i czas, który mijał od zdarzenia, sprawiały tylko, że wokół zagadkowego zgaśnięcia latarni narastała coraz większa otoczka tajemniczości. Kiedy 26 grudnia 1900 roku udało się w końcu na wyspę dotrzeć, okazało się, że jest zupełnie jak u Hitchcocka (z tym wyjątkiem, że Hitchcock w tym czasie miał dopiero 6 miesięcy) – napięcie dopiero zaczęło narastać.

Załoga Hesperusa opływając wyspę poczyniła kilka obserwacji. Przy budynku znajdował się maszt, na którym zwykle wisiała flaga, jednak tym razem jej nie było. Zniknęły też skrzynie, które powinny oczekiwać na nabrzeżu na statek zaopatrzeniowy. Przy samej latarni znajdowała się zniszczona skrzynia z narzędziami, uszkodzona była również kolejka, którą transportowano towary na nabrzeże. Na wyspie nie było śladu po trzech członkach załogi latarni, a kiedy kapitan włączył syrenę i wystrzelił z pokładu flarę, nikt mu nie odpowiedział. Pracownicy w takim przypadku powinni wyjść na powitanie – zawsze wychodzili.

Co zastano na wyspie

Po zejściu na ląd okazało się, że zarówno brama wejściowa, jak i latarnia są zamknięte, więc ekipa mogła wciąż znajdować się w środku. Wewnątrz budynku nikogo jednak nie było, a kilka detali wskazywało na to, że wydarzyło się tu coś niezwykłego. Nienakręcone zegary dawały znać, że już od dłuższego czasu nikogo tu nie było. Niepościelone łóżka też dawały do myślenia, bo przy tutejszym rygorze nie było to sytuacją normalną. Naczynia były pozmywane i poukładane, ale jedno z krzeseł kuchennych leżało przewrócone na podłodze, tak jakby ktoś bardzo gwałtownie z niego wstał i nagle wybiegł, nie zważając na przewrócony mebel. Dlaczego? Kto? Pytań było coraz więcej, a odpowiedzi coraz mniej.

Odnaleziony dziennik latarni kończył się na wpisie z 9 rano 15 grudnia - informował o złych warunkach pogodowych.


Ekipa zmienników weszła na szczyt latarni, gdzie odnotowała, że wszystkie urządzenia są wyczyszczone i gotowe do pracy, a lampa jest zalana paliwem. Do kompletu ciekawostek należało dołożyć jeszcze znaleziony w latarni komplet odzieży olejakowej (nieprzepuszczająca wody odzież zakładana przez latarników, kiedy wychodzili na zewnątrz latarni przy złych warunkach pogodowych). Tylko jeden komplet.

Oznaczało to, że dwóch z latarników wyszło na zewnątrz w trakcie deszczu, i być może sztormu, ubierając się w swoje olejaki, a trzeci z nich… no właśnie. Trzeci najwyraźniej wybiegł w pośpiechu przewracając krzesło, nie miał czasu, by założyć na siebie olejak, bo wybiegał z latarni, by pomóc swoim kolegom w ciężkiej sytuacji. Tylko dlaczego nie zważył na przewrócone krzesło, nie założył odzieży ochronnej, a zatrzymał się przy drzwiach i bramie, by je zamknąć, jednocześnie utrudniając sobie powrót? Żeby lepiej zrozumieć co kierowało latarnikami, należało odpowiedzieć sobie na jedno, bardzo ważne pytanie: co sprawiło, że dwóch z pracowników wyszło z latarni?

Sztorm jako rozwiązanie

Wszystko wskazywało na sztorm. Brak skrzyń na nabrzeżu, zapewne zmytych przez fale. Uszkodzenia sprzętów znajdujących się na zewnątrz, w tym torów kolejki. Ze szczytu urwiska zostało też zdarte 10 metrów darni.

Wyglądało na to, że latarnicy wyszli, by zabezpieczyć skrzynie i sprzęty przed sztormem, jednak coś poszło nie tak – zdał sobie z tego sprawę trzeci członek załogi i wybiegł, by swoich kolegów ostrzec lub im pomóc. Przed czym miał ich ostrzec? Odpowiedzi może dostarczyć nam jeden „mały” szczegół – szczyt urwiska, na którym zauważono zdartą darń, znajduje się aż 60 m powyżej lustra wody.

Czy trzeci z latarników zauważył ogromną 60-metrową falę zbliżającą się do wyspy? Według wszelkich przeprowadzonych badań i obserwacji wykluczono tę możliwość. Marynarze co prawda od setek lat opowiadali historie o pojedynczych wyjątkowo wysokich falach, czasem miały występować trzy po sobie i wtedy nazywano je trzema siostrami, ale… te historie leżały zawsze gdzieś obok opowieści o Krakenie, syrenach, obok obietnic wyborczych polityków, gdzieś na półce z rozkładem jazdy PKP, czyli w kategorii „absolutne bajki”. Nikt nawet nie próbował tego badać.

Mityczna fala wyjątkowa

Pewne światło na całą sprawę padło 1 stycznia 1995 roku. Platforma Draupner znajdująca się na Morzu Północnym została w latach 80. XX w. zaprojektowana tak, by wytrzymać fale sięgające tutaj 12 metrów (w trakcie sztormów), a także sztormy, które według ówczesnej wiedzy mogły zdarzać się raz na 10 000 lat i ich fale sięgałyby maksymalnie 19,5 m. Inżynierowie zadbali więc o bezpieczeństwo jak tylko mogli.

Wspomnianego 1 stycznia 1995 r. instrumenty na platformie zanotowały „przeciętne” fale o wysokości do 12 metrów i jedną pojedynczą falę o wysokości 26 m, która uderzyła w platformę z prędkością 70 km/h! To był pierwszy w historii przypadek, kiedy jednoznacznie i bez cienia wątpliwości potwierdzono występowanie fali wyjątkowej (zwanej też falą fenomenalną, ekstremalną, niezwykłą, monstrualną, dziką, złośliwą etc…). W skrócie: jest to fala, która co najmniej dwukrotnie przekracza wysokością pozostałe fale notowane w danym miejscu w danym okresie czasu. Do 1995 uważana była za mit, jednak dalsze obserwacje potwierdziły występowanie takiego zjawiska.

Na poniższym wykresie widzimy dokładne pomiary ze stacji Draupner:

Logiczny przebieg wydarzeń

Dzięki obserwacji z 1995 roku możemy przypuszczać, że w roku 1900 na wyspę rzeczywiście nacierała fala fenomenalna o wysokości parędziesięciu metrów, którą zauważył trzeci członek załogi. Wybiegł by ostrzec pozostałych, ale nie zdążył, gdyż fala rozbryzgując się na klifie wytrysnęła w górę, zerwała roślinność ze szczytu, a następnie ogromna masa wody przetoczyła się na drugą stronę wzniesienia i zniszczyła sprzęt, zerwała flagę, uszkodziła kolejkę (na wysokości 30 m n.p.m. na torach kolejki znajdowała się ważąca tonę skała) i zmyła całą załogę z wyspy. Wszystko w tym punkcie jest już jasne i składa się w całkiem logiczną całość. Wszystko poza zamkniętymi drzwiami i bramą, które przy takim wytłumaczeniu zagadki kłócą się ze wszelką logiką.

Inne rozwiązania

Do dziś zagadka pozostaje nierozwiązana. Przedstawiona teoria jest jedną z najbardziej prawdopodobnych i wiarygodnych, a fale wyjątkowe doskonale wpisują się w przypuszczenia na temat tego, co mogło się wydarzyć na wyspie. Wszystko to nawet pomimo tego, że przez setki lat takie zjawiska uważane były tylko za legendarną bzdurę.

Zaproponowano też następujący przebieg wydarzeń: jeden z ratowników zostaje ranny, drugi z nich biegnie do latarni po pomoc, w efekcie wszyscy trzej znajdują się na zewnątrz i dopiero wtedy zostają zmyci – to wciąż nie wyjaśnia zamkniętych drzwi.

Jeden z badaczy uważa, że wewnątrz wyspy znajdują się szczeliny, a podczas sztormów woda wpada do podziemnych jaskiń i następnie wytryskuje gdzieś u szczytu i to miało spowodować wszelkie szkody, jednak wciąż: zamknięte drzwi.

Kolejne „rozwiązania” to rzecz jasna złe duchy, uprowadzenie przez kosmitów, John Cena i cały szereg innych nadprzyrodzonych zjawisk, ale na te szkoda miejsca.

Historia kończy się w 1971 roku, kiedy latarnia zostaje całkowicie zautomatyzowana i nie wymaga już obecności załogi, a zamknięte 15 grudnia 1900 roku drzwi i brama wciąż czekają na jakieś sensowne wytłumaczenie. Kto wie, może właśnie Tobie się to uda?

Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 54837x | Komentarzy: 30 | Okejek: 334 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało