JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Trujące, zepsute, oszukane. Co właściwie ląduje na naszym talerzu?

71 115  
254   100  
Naprawdę trudno zrezygnować z jedzenia. Pozostaje nam tylko patrzeć jak rosną ceny, pogarsza się jakość. Płacić i płakać. Bo coś jeść przecież trzeba. Tylko co - i dlaczego tak drogo?!


To żadna nowość, że jesteśmy dla producentów żywności rynkiem odległej kategorii, a jednocześnie inwestycyjnym rajem. Jest nas stosunkowo dużo i z natury nie przywiązujemy wagi do jakości - dla wielu jeszcze wysokiej jakości produkt polski i tak pozostanie gorszy niż chłam z zachodu. Efektem są kontrole przeprowadzane np. w sieciach mających sklepy w różnych krajach Europy. Wynika z nich, że żywność w Polsce jest jednocześnie i wyjątkowo droga, i wyjątkowo nędznej jakości. A nam wcale nie spieszy się, by cokolwiek z tym zrobić…

Biożywność z żądaniem okupu


W którymś momencie pozwoliliśmy sobie wmówić, że naszym obowiązkiem jest dopłacenie producentowi za to, żeby łaskawie nas nie otruł. Marchewki niewyglancowane w ace czy innym domestosie - 2 złote do ceny kilograma. Owoce nieopryskiwane sarinem - cena x2. Ryż brązowy… a właśnie, ryż!

Najpopularniejszy w sprzedaży jest ryż biały. Najmniej wartościowy, a jednocześnie najmocniej przetworzony. Do jego uzyskania potrzebne jest tzw. polerowanie, które pozbawia ziarna łusek, a wraz z nimi zasadniczo wszystkiego, co cenne. Zrezygnowanie z tej dodatkowej obróbki pozostawiłoby ryż brązowy, a jednocześnie zmniejszyłoby koszty. Mniej pracy mogłoby przełożyć się na niższą cenę finalnego produktu. Mogłoby, ale się nie przekłada. Brązowy ryż kosztuje przynajmniej dwa razy tyle co biały.

Producenci argumentują, że łuskanie ryżu jest konieczne, żeby usunąć pestycydy, którymi traktowane są uprawy. Większość ryżu (nie wspominając już w ogóle o syntetycznych, plastikowych podróbkach, które pojawiają się w Azji) nie nadaje się do spożycia. Dopiero usunięcie zewnętrznej warstwy pozwala pozbyć się szkodliwych substancji, a w rezultacie i wszelkich wartości. W efekcie ryż staje się „relatywnie mało szkodliwy” - a przy tym jaki tani…


Producenci jęczą, że aby móc sprzedawać brązowy ryż, musieliby uprawiać go bez pestycydów - co brzmi niemal tak, jakby oczekiwania klientów w tym względzie były niezwykłą fanaberią. Znów gdzieś odwróciły się role. To, co niegdyś naturalne i powszechne, stało się dziś luksusową zachcianką, za którą trzeba dopłacać. Stąd szalone ceny na półkach ze zdrową żywnością - a jeśli wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że owa zdrowa żywność nie zawsze jest tak zdrowa, jak deklaruje opakowanie, to doprawdy trudno o cenzuralne słowa.

Z czego jest to mięso?


Kupujemy szynkę, a tam w 40% woda, w kolejnych 10% - substancje ją wiążące. Mięsa - góra 50%, bo przecież muszą zmieścić się jeszcze konserwanty, barwniki i wzmacniacze smaku i zapachu. Woda i zagęszczacz to najpowszechniej występująca kombinacja, stosowana dosłownie wszędzie - od chrzanu po boczek. W efekcie jedno nie ma w ogóle smaku, drugie zamiast się smażyć - pryska i gotuje.

Klient i tak zapłaci, i tak da się okraść. Woda dodawana do mięsa czy do praktycznie każdego innego produktu, w którym występuje obok zagęszczaczy, to zwykłe oszustwo. Chrzanik spływa z kanapki, zamiast się rozsmarowywać? To nie dodawaj zagęszczacza, tępy ch**u-producencie, tylko mniej wody lej!!!


To prawda, nie jesteśmy bogatym narodem, a jednocześnie żywność u nas jest bardzo droga. Skoro i tak płacimy, to chociaż wymagajmy w zamian jakości. Nie dawajmy się rąbać na każdym kroku tylko dlatego, że do supermarketu jest blisko, a do dobrego, wiejskiego mięsnego trzeba podjechać 10 kilometrów dalej. Wydatek na paliwo zwróci się w zdrowiu. Poza tym nie musimy przecież jeść mięsa dzień w dzień. Może zdrowiej byłoby jeść je rzadziej, ale za to lepszej jakości? Wodę mamy w kranie - nie musimy płacić za nią jak za polędwicę.

Powyższe przypadki to ewidentna wina producenta, który chce zarobić jak najwięcej jak najmniejszym kosztem (to oczywiście zrozumiałe i na tym polega biznes), ale nie zachowując przy tym żadnych norm przyzwoitości (co już nie jest ani zrozumiałe, ani w porządku). Czasem jednak producent wcale nie musi się szczególnie mocno wysilać - a my, przepłacając, sami jesteśmy sobie winni.

Zepsuło się? Nie szkodzi, sprzedamy to 4 razy drożej!


Agaricus bisporus, czyli pieczarka dwuzarodnikowa. Jeden gatunek i dwie zupełnie różne ceny. Od 5 złotych za kilogram wszystkim znanych pieczarek i od 20 zł za kilogram pieczarek brązowych, nazywanych magicznie „portobello”. 4-krotna różnica w cenie to nie przelewki. Sprawdźmy więc, skąd się bierze!
Tzw. grzyby portobello znane są już od dłuższego czasu, ale ostatnio stają się coraz bardziej modne - i coraz więcej jest osób obstających przy tym, że to luksusowy gatunek tylko dla smakoszy. Coś jak w Almie, gdzie luksusowy był tylko papier, w który zawijano szynki z supermarketu, oraz cena. „Portobello” to też nazwa o zupełnie nieustalonym pochodzeniu. Pojawiają się trzy teorie.

Według pierwszej, nazwa wzięła się od Portobello Road w Londynie, modnej i drogiej ulicy znanej ze sklepów z antykami. Według drugiej, chodziło o program Portobello, emitowany we włoskiej telewizji na przełomie lat 70. i 80. Według trzeciej, nazwa ma związek z określeniem stosowanym w północnych Włoszech, capellone, co znaczy duży kapelusz. Jaki mają związek z pieczarkami? - równie mglisty, jak związek tychże pieczarek z luksusem.


Historia powstania całej mody wydaje się oczywista - któryś z hodowców spóźnił się ze zbiorami. Pieczarki urosły ponad normę i zbrązowiały do tego stopnia, że nikt nie chciał ich kupić. Coś trzeba było jednak zrobić ze zbiorami - wymyślono więc portobello, a dzięki zręcznej akcji marketingowej udało się cały interes nieźle spieniężyć. A skoro udało się raz, to uznano, że nic nie stoi na przeszkodzie, by manewr powtórzyć. I efekty obserwujemy dziś w sklepach.

Czy pieczarki portobello są w jakimś stopniu lepsze lub gorsze od „normalnych”? Cóż, niektórzy twierdzą, że smakują jak… schabowy. Ale nawet to (a może: zwłaszcza to!) nie usprawiedliwia ich absurdalnie wywindowanej ceny.


Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie zawsze to, co „zepsute”, jest w rzeczywistości gorsze. Na przykład sok winogronowy po przefermentowaniu zdecydowanie nabiera walorów. Szlachetne brandy zaczęło jako odpad powstający przy transporcie wina. Podobnie rzecz ma się z serami - są spleśniałe i są pleśniowe. Różnica jest diametralna, choć proces powstawania de facto ten sam. Kupujmy świadomie, nie dawajmy się oszukiwać! Oszczędności - czasu i pieniędzy - są tylko pozorne.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 71115x | Komentarzy: 100 | Okejek: 254 osób
Zobacz też

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało