JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Sześć sekund, które zrewolucjonizowało współczesną muzykę

88 044  
311   37  
Czy w sześć sekund można dokonać rewolucji, która otworzy nowy rozdział w historii popkultury? Oczywiście, że tak – pod warunkiem, że robi się to zupełnie nieświadomie, prosto z serca, bez wybiegania myślami w daleką przyszłość. Najlepszym tego przykładem jest muzyczne wydarzenie sprzed 50 lat, którego efekty czujemy aż do dzisiaj.


Był początek lat 60. W tym czasie wielką karierę robiła pierwsza czarnoskóra gwiazda kina. Sidney Poitier, bo o nim mowa, został zresztą słusznie nagrodzony za swój talent. W 1964 roku odebrał Oscara za rolę w produkcji „Lilies of the Field”. W jednym z fragmentów tego filmu rozbrzmiał przyjemny dla ucha numer gospel pt. „Amen”. Kompozycja z miejsca stała się rhythm'n'bluesowym standardem, który wykonywany był przez niezliczoną ilość artystów.

W 1969 roku po ten kawałek sięgnął zespół The Winstons. Grupa wydała wówczas singiel z utworem „Color Him Father” i potrzebowała nagrać coś na drugiej stronie płyty. Wybór padł na „Amen”. Kompozycja została przearanżowana na funkową modłę i dostała tytuł „Amen, brother”. Panowie zamknęli się w studio i zabrali do pracy.


Szybko jednak okazało się, że materiał bazowy jest stanowczo za krótki i dobrze by było troszkę go rozciągnąć. Tak sugerował perkusista The Winstons - Gregory C. Coleman. Reszta zespołu nie podzielała jego opinii – wszyscy byli już zmęczeni i marzyli jedynie o tym, aby wyjść ze studia i napić się piwa. Bębniarz sam więc podjął się wyzwania i wplótł w kawałek swoje autorskie solo. Wszystkie inne instrumenty wówczas zamilkły i przez sześć sekund rozbrzmiewał jedynie dźwięk perkusji. Ma to miejsce w 1:26 minucie utworu.

„Colour Him Father” znalazł się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych hitów R’n’B w 1969 roku, a nawet zagwarantował muzykom nagrodę Grammy, tymczasem nagrany w pospiechu „Amen, brother” pozostał niezauważony, okryty cieniem hiciora znajdującego się na drugiej stronie płyty. Mimo że o The Winstons zrobiło się głośno, w 1970 roku artyści podjęli decyzję o zakończeniu wspólnej działalności.


Mijały lata, w międzyczasie muzyka wyewoluowała, powstało sporo nowych gatunków, świat oszalał na punkcie punka, kluby wypełniały się fanami heavy metalu, wkrótce też przyszedł czas na syntezatorowe koszmarki oraz… hip-hop. Utalentowani, czarnoskórzy zajawkowicze sięgnęli po stare płyty gramofonowe i zaczęli eksperymentować z zapętlaniem poszczególnych krótkich fragmentów. Narodził się samplig. A właściwie – odrodził się. Ta technika znana była już w latach 40., a zanim powstał hip-hop, po zapętlone skrawki cudzych kompozycji sięgali nawet i Beatlesi. Ba, amerykańskich twórców kultury hip-hopowej wyprzedzili też Jamajczycy, którzy w latach 70. wykorzystywali sampling do komponowania utworów reggae i dub.


Kiedy w USA wybuchł szał „wykrajania” sampli ze starych winyli, wówczas ktoś, zdmuchnąwszy kurz ze starego singla z nagrodzonym Grammy utworem The Winstons, przesłuchał sobie znajdującą się na drugiej stronie kompozycję „Amen, brother”. W pewnej chwili wszystkie instrumenty zamilkły i słychać było jedynie bębniarski popis Gregory’ego C. Colemana. Aż prosiło się, aby fragment ten sobie „pożyczyć”. Zapętlony, czterotaktowy sampel był o tyle fajnym wykopaliskiem, że zarówno mocno zwolniony, jak i znacznie przyspieszony – zawsze brzmiał ciekawie. A to dawało spore pole do popisu dla didżejów.


Jeden z pierwszych przykładów wykorzystania sampla, który to został ochrzczony mianem „Amen Break” miał miejsce w 1986 roku, kiedy to swoje pierwsze kroczki w muzycznej branży robiły dziewczyny z Salt’n Pepa.


Na mającym swoją premierę w 1986 roku kawałku „I Desire” w tle wyraźnie pobrzmiewa charakterystyczny dźwięk perkusji bezczelnie wyrwany wprost z utworu The Winstons.


W mniej lub bardziej oryginalnej formie „Amen Break” zagościł w setkach, o ile nie w tysiącach rapowych kompozycji z lat 80. Bardzo wyraźnie słychać go na przykład w wielkim hicie N.W.A. „Straight Outta Compton”.


Czysty, wybijany na perkusji rytm był idealnym wręcz kandydatem do eksperymentów, a wkrótce okazało się, że jego potencjał nie kończy się jedynie na hip-hopie. Na początku lat 90. modne kluby zaczął podbijać nowy gatunek energicznego grania – jungle. Twórcy tej muzyki korzystali z funkowych sampli i na ich podwalinach tworzyli połamane, zapętlone, perkusyjne podkłady o mocno podkręconym tempie.


Wkrótce „Amen Break” stał się narzędziem w rękach młodych brytyjskich didżejów, którzy również szybko odkryli potężny potencjał tego czterotonowego sampla. Szybko więc znajome dźwięki można było wyłowić na imprezach rave, gdzie dominował breakbeat hardcore. Jedną z najbardziej znanych kapel, która to garściami czerpała z tego właśnie gatunku (a nawet określana jest jako jeden z pionierów breakbeatu) jest The Prodigy.


Pamiętacie „Firestartera” - singiel promujący trzecią płytę tej grupy? Niewątpliwie jest to jeden z największych przebojów tego zespołu. I niewątpliwie jedną z zasług są znajome nam połamane rytmy łomoczące w tle.


Kiedy elektroniczne taneczne dźwięki opuściły undergroundowe kluby i ku zgrozie ich stałych bywalców zagościły w radio, „Amen Break” zaczął rozprzestrzeniać się intensywniej niż radziecka stonka rozrzucana na polskie ziemniaki przez kapitalistycznych wichrzycieli. Po sampel sięgali tacy artyści jak Oasis, David Bowie, a nawet kanadyjski okularnik Snow, który nagrał sześć albumów, a i tak znany jest tylko z tego numeru:


A skoro wspomnieliśmy o Davidzie Bowie, to dużym nietaktem byłoby pominąć jego wielki hit z czasów, gdy artysta bardzo inspirował się nowymi brzmieniami, które zaatakowały europejskie kluby.


Mimo że dzieło Gregory’ego C. Colemana, które ten na szybko nagrał podczas zapychania drugiej strony singla z 1969 roku, usłyszeć można w niezliczonej liczbie kompozycji, to żaden z muzyków wchodzących w skład The Winstons nigdy nie doczekał się ani podziękowań za swój kluczowy wkład w prawdziwą muzyczną rewolucję, ale i nie zobaczył złamanego grosza z tytułu praw autorskich.


Dziś artyści chcący sięgnąć po fragmenty cudzych kompozycji muszą otrzymać zgodę ich twórców, ale w latach 80., kiedy sampling dopiero się rozwijał, była to jeszcze nieuregulowana prawnie szara strefa.

Coleman prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego sześciosekundowa perkusyjna solówka miała tak kolosalne znaczenie dla współczesnej kultury. I nigdy się już tego nie dowie. W 2006 roku, po latach ćpania i włóczenia się po ulicach Atlanty, pozbawiony dachu nad głową artysta opuścił ten padół rozpaczy. Obecnie prawa do „Amen Brother” posiada Richard Lewis Spencer – wokalista i saksofonista The Winstons.

Parę lat temu dwaj brytyjscy didżeje Martyn Webster i Steve Theobald zorganizowali, za pomocą jednego z serwisów crowdfundingowych, zbiórkę pieniędzy dla Spencera. Początkowo pomysłodawcy tej akcji liczyli na zgromadzenie symbolicznej kwoty 1000 funtów. Ostatecznie jednak przedsięwzięcie spotkało się z tak dużym zainteresowaniem internautów, że wkrótce zaskoczony muzyk dostał czek na 24 tysiące funtów.


To oczywiście jakiś marny procent tego, co Spencer powinien zainkasować za przeszło 30-letnie eksploatowanie sześciosekundowej solówki z „Amen Brother”.


Źródła:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 88044x | Komentarzy: 37 | Okejek: 311 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało