JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Krawężnik od kuchni II - z życia polskiego policjanta

75 235  
663   113  
Poprzedni tekst przyjęty został nader ciepło, więc z przyjemnością serwuję obiecaną dokładkę. Ostrzegam na wstępie – dzisiejszy tekst będzie nieco mniej zabawny, a bardziej drastyczny i nie chodzi mi tu o „dwieście bez punktów”.


Dziś załatamy tętnicę i zobaczymy, jak podejście „klienta” może wpłynąć na sposób przeprowadzenia interwencji, by na koniec odbyć niewielką podróż w czasie. Znajdzie się nawet chwila na niewdzięczny temat mandatów. Najpierw jednak odpowiedź na kilka zadanych pytań, w tym słówko o królowej nauk – statystyce…

W komentarzach pod ostatnim tekstem padło pytanie o statystykę i „normy” mandatów i zatrzymanych. Oczywiście każdy rzecznik, obudzony o 3 w nocy bez mrugnięcia okiem i chwili zawahania powie wam, że czegoś takiego jak statystyka nie ma – co jest rzecz jasna stekiem bzdur, do tego dobrze wysmażonym. Mógłbym rozwinąć to w pełen artykuł, którego nikt by nie przeczytał, więc krótko: oficjalnie norm brak, nieoficjalnie mają się doskonale. Temat jest kontrowersyjny – bo z jednej strony, jeśli nie piszesz mandatów i nikogo nie zatrzymałeś, to Twoi przełożeni mają prawo założyć, że walisz ściemę i siedzisz w krzakach, zamiast pracować. Z drugiej – ocenianie policjantów wyłącznie przez pryzmat słupków w tabelce po pierwsze oddala policjantów od podstawowych założeń tego interesu (brak jest słupka odzwierciedlającego uratowane życia czy wdzięcznych za pomoc obywateli), po drugie zaś w skrajnych przypadkach prowadzić może do pewnych patologii i nadmiernego „polowania” na mandaty.

Wszystko zależy od policjanta – wbrew obiegowej opinii większość z nas stara pracować uczciwie i działać zgodnie z własną oceną sytuacji, zdarzają się jednak jednostki nadpobudliwe, szukające „wyniku” na siłę – ich nagrodą jest zwykle aprobata przełożonych i niechęć kolegów. Warto jednak pamiętać o jednym: niezależnie od motywów jego wypisania, koniec końców mandat dostaję wyłącznie za to, co faktycznie zrobiłem – dany przepis prawa może mi się nie podobać, mogę uważać go za niepotrzebny, ale w tej chwili istnieje i jest stosowany. Policjant wystawiać mandatów nie lubi, ale należy to do jego obowiązków – a nie płaci mu się za tworzenie prawa, lecz za egzekwowanie jego przestrzegania.

Padło także pytanie o początki służby – tuż po przyjęciu młodego policjanta czeka kurs podstawowy, gdy przez około pół roku wykładowcy postarają się wbić mu do głowy wymaganą wiedzę i wyuczyć niezbędnych umiejętności. Będzie w tym czasie skoszarowany na terenie jednej ze szkół Policji. Obecnie po kursie funkcjusz ten trafia na określony czas do OPP - Oddziałów Prewencji Policji, zwanych także „Kuźnią talentów”. Widujesz ich na co dzień patrolujących ulice na piechotę, co jednak jest jedynie „zapychaczem” ich czasu pomiędzy zadaniami, do których zostali powołani – zabezpieczaniem imprez masowych, protestów i innych okazji, podczas których gromadzi się znaczna ilość ludzi. Ot – tarcze, hełmy, „This is Sparta!” i do przodu. O przybytku tym wypowiadać się nie mogę, gdyż w nim nie służyłem – w czasie mojego przyjęcia odbywało się to na nieco innych zasadach i zaliczona służba wojskowa zwolniła mnie z tej „przyjemności”.

A teraz dosyć ględzenia, pakujemy zady do radiowozu i ruszamy w rejon – aczkolwiek nawet na tym etapie zdarzają się niespodzianki.

Zimowy poranek, wszyscy siedzimy na sali odpraw próbując odpędzić resztki snu zakupionym w automacie wyrobem kawopodobnym. Kolejne załogi podają kierownikowi pobrane do służby radiostacje i radiowozy, on zaś informuje policjantów o miejscach, które mają dziś skontrolować. Poranną sielankę przerywa wpadający do sali odpraw Oficer Dyżurny – człowiek, który siedzi w samym centrum jednostki i będąc w stałym kontakcie radiowym z policjantami zbiera najważniejsze informacje i podejmuje najistotniejsze decyzje. Od progu mówi do kierownika:
- Dawaj jakąś odprawioną załogę, jest zgłoszenie o awanturze, ktoś dostał nożem po tętnicy.
- Jazda! – rzuca kierownik wskazując na nas i jeszcze jedną załogę.
Biegiem pakujemy się do radiowozów, lotem koszącym rzucając torby do bagażników. Załączamy „bomby” (sygnały świetlne i dźwiękowe) i zasuwamy na miejsce – choć przy zalegającym wszędzie śniegu nie możemy się zbytnio rozpędzić, bo wyjdzie z tego „Warsaw Drift”. Druga załoga zjawia się na miejscu jako pierwsza i wpada do mieszkania chwilę przed nami – po wejściu naszym oczom ukazuje się dwóch młodych, na oko sądząc dwudziestoletnich chłopaków oraz… kałuża krwi pokrywająca już niemal całą podłogę w kuchni. Krew leje się obficie z przeciętego nadgarstka jednego z młodych, drugi stoi obok i od wejścia tłumaczy, że „on nie chciał”. Chciał, nie chciał – zrobił.

Podczas gdy koledzy zajmują się rozpytaniem tego całego, ja wraz z koleżanką zajmujemy się tym, który przecieka. Ot – taka mała hydraulika o poranku. Sadzamy go na stojącym obok łóżku, a koleżanka zakłada na nadgarstek pierwszy opatrunek osobisty, który niemal natychmiast zaczyna przesiąkać krwią. Chwytam swój i zakładam na wierzch, następnie każę chłopakowi się rozluźnić i uspokoić (dobre sobie), po czym unoszę mu rękę w górę – grawitacja powinna nieco zmniejszyć dopływ krwi w newralgiczne miejsce. Tak przynajmniej twierdzili na kursie podstawowym instruktorzy pierwszej pomocy, których nauki staram się teraz sobie przypomnieć. Po kilku minutach drugi opatrunek także zaczyna przesiąkać, więc dokładam trzeci – ze szczerą nadzieją, że niczego nie spierdoliłem i gość szczęśliwie dotrwa do przyjazdu ratowników. Nie zapominajmy – kurs był dość dawno, a takie sytuacje nie zdarzają się często. Oczekując na karetkę ogarniamy sytuację – panowie to znajomi, zamieszkujący tam razem. Jeden odsypiał imprezę, drugi krzątał się po domu z samego rana hałasując przy robieniu śniadania. Imprezowicz wstał wściekły, że ktoś go budzi, wywiązała się awantura, doszło do szarpaniny i w pewnym momencie ów niewyspany chwycił nóż i ciął na oślep – akurat po nadgarstku kolegi. No ale spoko, bo on nie chciał, c’nie? Kolega z drugiego patrolu uświadamia go krótko:
- Chłopie, kurwać, mało go nie zabiłeś za jajecznicę!

Chłopakowi mina rzednie, a chwilę potem na miejsce docierają ratownicy medyczni i od razu biorą się za rannego. Jeden z nich nożyczkami rozcina i zdejmuje nasz opatrunek, po czym – gdy drugi ratownik wraz z lekarzem zajmują się raną – ogląda krytycznie nasze „dzieło”. Obraca to w lewo, to w prawo, krzywi się, patrzy jak na plamę z wina na nowiutkim dywanie… Po chwili pyta:
- Kto to zakładał?
Pytanie zadane głosem o tonie sugerującym, że ten, kto „to” zakładał to jakiś niedorajda, cieć malinowy, co to nawet majtek na własną dupę porządnie nie założy, a co dopiero opatrunek. Koleżanka patrzy na mnie, ja nieśmiało rzucam:
- No, eee, no ja z koleżanką…
Ratownik patrzy na mnie wzrokiem zimnym jak nudystka na lodowcu i z tym samym grymasem na twarzy mówi:
- Bardzo dobrze założony opatrunek.
Nożeszkurwachłopie…

Zmieniamy nieco tło wydarzeń na ciepłą, letnią noc. Zgłoszenie typu „na ławeczkach pod blokiem spożywają, zakłócają” – czyli grupka ludzi siedzi na podwórku pijąc alkohol i zachowując się na tyle głośno, że pomimo późnej pory ktoś zwlókł się z łóżka i zadzwonił na 997. Na miejscu grupka młodych ludków siedzi i drze japy, ale nikomu krzywdy nie robi. Na nasz widok oczywiście „niepostrzeżenie” odkładają piwa i siedzą z minami tak niewinnymi, że cherubinki z kościelnych obrazów to przy nich typy spod ciemnej gwiazdy.

Zawsze wychodziłem z założenia, że moim podstawowym celem w tej sytuacji jest zapewnienie próbującym spać mieszkańcom spokoju – czasem lepiej rozgonić towarzystwo bez mandatu, niż wypisać kwity, po których ukarani zostaną na miejscu i wciąż będą przeszkadzać sąsiadom. Czasu mało, roboty tej nocy dużo, więc od wejścia rzucam:
- Dzień dobry państwu, krótkie pytanie: piszemy czy właśnie idziecie?
Nie muszę dodawać, że „pisanie” to spisanie wszystkich i potraktowanie kwitem (mandatem). Wśród imprezowiczów następuje chwilowa konsternacja, ale najbardziej kumaty pośród nich patrzy na znajomych wymownie i rzuca szybko:
- Idziemy, panie władzo, no właśnie stąd szliśmy.
Wszyscy zaczynają się zbierać, ale na miejscu zostają butelki po browarach. Pytam więc:
- A te butelki?
Wszyscy chórem: A to nie naaaasze…
- Ale jako praworządni obywatele zabierzecie je i wyrzucicie do śmietnika, PRAWDA?
- Tak tak, wyrzucimy.

Sprawa załatwiona, w okolicy do rana był spokój, radiooperator słyszy „Osoby oddaliły się, my wolni dla ciebie”. Jedna z łatwiejszych interwencji, oby więcej takich. Ale żeby nie było, że maluję nas jako tych dobrych, miłych i w ogóle Hello Kitty – gdyby sytuacja potoczyła się inaczej i uznalibyśmy, że to konieczne, to wypisalibyśmy mandaty bez mrugnięcia okiem. Stanowczo wolę jednak taki scenariusz, jak powyżej.

Ta sama noc, interwencja też jakby podobna – tyle, że tym razem zakłócenie spoczynku nocnego odbywa się w bloku, na domówce. Drzwi otwiera śliczna, zachowująca się grzecznie dziewczyna – nie ma się co czarować, dobry wybór taktyczny przebywających wewnątrz lokalu. Za nią w ciemnym pokoju tłoczy się kilka/kilkanaście osób mamroczących między sobą i czekających na wynik negocjacji. Spokojnie rozmawia z nami, mówi, że oczywiście, towarzystwo będzie się zachowywało ciszej, a muzykę się przyciszy. W naszym wykonaniu większość takich interwencji kończyła się pouczeniem, gdy byliśmy w mieszkaniu po raz pierwszy, zwykle dopiero za drugim sięgaliśmy po bloczek mandatowy. Mój Sensei mówi do niej tym swoim spokojnym, monotonnym głosem który rozpoznaję jako „pouczamy i spadamy”, w pewnym momencie jednak zza dziewczęcia odzywa się jakiś ukryty w cieniu śmieszek, któremu zebrało się na heheszki:

Policjant: No dobrze proszę pani, w takim razie w dniu dzisiejszym to będzie…
Śmieszek: Hawudepeeeeeeeeeee
Policjant: …mandat karny kredytowany w wysokości dwustu złotych, może pani odmówić przyjęcia mandatu, wówczas skierujemy wniosek o ukaranie do Sądu. Słucham pani decyzji.
Skubaniec nawet się nie zająknął. Dziewczyna zamyka oczy i tylko kiwa głową, odgłosy z wnętrza mieszkania wskazują na to, że śmieszek dostał od kolegów solidne karczycho – lecz zbyt późno to, zbyt późno. Kwit wypisany, osoba sprawdzona, muzyka wyłączona – „wolni, dla ciebie”.

Obiecaną podróż w czasie zaczniemy od mojego pierwszego roku służby – krążenie radiowozem w poszukiwaniu roboty przerywa nam interwencja zlecona. Oto bowiem w pobliskim bloku nikt od pewnego czasu nie widział starszego pana mieszkającego samotnie, a na korytarzu wyczuwalny jest nieprzyjemny zapach. Mówiąc krótko – podejrzenie zgonu.

Razem z moim Sensei wchodzimy na klatkę schodową, faktycznie coś nieprzyjemnie pachnie. Po wejściu na korytarz docelowego piętra stwierdzamy jednak, że zapach może równie dobrze dobywać się z worków pełnych śmieci, które mieszkańcy tego bloku trzymają na korytarzu, pod drzwiami (łodafak?). Rozmowa z sąsiadami – starszy pan mieszkał sam i był trochę dziwny, nikt nie utrzymywał z nim bliższych kontaktów, ale nawet na korytarzu nie widziano go od już kilku tygodni. Pukamy, stukamy, walimy do drzwi – brak odpowiedzi, z wewnątrz nie dobiegają żadne odgłosy mogące świadczyć o tym, że ktoś jest w środku. Wzywamy Straż Pożarną, po kilku minutach chłopaki wpadają na klatkę – a musicie wiedzieć, że niewiele jest rzeczy, do których strażak podchodzi z takim entuzjazmem, jak do otwierania zamkniętych drzwi. A jak oni otwierają drzwi, to już zostają otwarte… Szybka ocena sytuacji, brak możliwości wejścia oknem (wszak lepiej wybić komuś okno, niż całe drzwi wywalać), chłopaki chwytają swoje power-narzędzia i kilka radosnych minut potem wejście stoi otworem.

Plot twist: to mój pierwszy trup. Łapię stresa – jak się zachowam? Jak zareaguję? Tyle się mówi o tym smrodzie, jak ludzie rzygają… A co, jeśli puszczę pawia? Będzie wstyd. Czy będzie mi się to potem śniło po nocach? No nic, trzeba robić swoje. Wchodzimy do środka – faktycznie, fetor dobywający się z wnętrza jest ostry. Z zadowoleniem stwierdzam jednak, że do wytrzymania – ot, niczym Kapitan Jack Sparrow rzucam pod nosem „Not so bad…” i wchodzę. Wewnątrz zaś… brak zwłok. Malutka kawalerka, po lewej stronie łóżko, obok stół, wszędzie po podłodze walają się porozrzucane ubrania, sprzęty i cokolwiek właściciel lokum przyniósł do domu. Rozglądamy się na pierwszy rzut oka gotowi stwierdzić, że ciała jednak nie ma, a smród to jakieś stare jedzenie. Po chwili jednak Sensei mój dostrzega… stopę. Stopa wystaje sobie z kupki ubrań leżących pomiędzy stołem a łóżkiem, po nitce do kłębka znajdujemy także resztę jegomościa leżącego na brzuchu, w cieniu pod stołem. Najwyraźniej zmarł próbując wstać i stoczył się w szparę pomiędzy łóżkiem a stołem, zaś leżąca na czymś kupka ubrań spadła na niego przykrywając częściowo.

Widok jest dosyć makabryczny, bowiem leżał już tam od dłuższego czasu – ciało jest niemal czarne, leży w zakrzepłej kałuży płynów ustrojowych, które najwyraźniej w pewnym momencie po prostu wypłynęły z wnętrza rozlewając się dokoła. Obrazu dopełnia jego lewa ręka, która w trudny do opisania sposób została oparta o łóżko, gdy z niego spadał – z czasem jednak rozkładające się ciało zaczęło tracić wytrzymałość, przez co ręka niemal całkowicie oderwała się od tułowia na wysokości barku, wisząc jedynie na kawałku skóry i mięśni. PKP – Pięknie, Kurwa, Pięknie - choć na szczęście los oszczędził nam widoku twarzy leżącej frontem do podłogi. Nic to, robię swoje i staram się nie myśleć o tym, że ta rozkładająca się kupa mięsa, leżąca na podłodze pośród śmieci jeszcze do niedawna była żywym człowiekiem.

Na miejsce wzywamy lekarza, by oficjalnie stwierdził zgon, oraz grupę operacyjno-procesową, potocznie zwaną grupą dochodzeniowo-śledczą. Grupa w postaci technika kryminalistyki i „piszącego” – dochodzeniowca lub kryminalnego – zjawia się na miejscu, by zrobić oględziny. Będą dociekać, czy człowiek aby na pewno zszedł z tego padołu łez sam, czy też ktoś mu w tym jednak „pomógł”. Zabieramy się stamtąd, po drodze mijając „Łapiduchy” – pracowników zakładu pogrzebowego, którzy po wszystkim zabiorą ciało. Pierwsze koty za płoty, pierwszy Kraken mnie nie pokonał – choć nic to przyjemnego, to jednak gdzieś tam w środku czuję lekką dumę, że dałem radę.

A teraz wsiadamy do Tardis i podróżujemy w czasie o kilka lat do przodu – ta sama dzielnica, inny wydział, inny zakres obowiązków. Teraz to ja, już jako członek „grupy” przyjeżdżam do mieszkania, w którym ujawniono zwłoki, tym razem wisielca. Razem ze mną technik kryminalistyki z taką ilością tobołów, że nawet Wielbłąd Służbowy nie dałby rady. Jeszcze na korytarzu przybijam piątkę ze starym kumplem z patrolówki, który informuje nas, że gość lubił sobie wypić, znajomy znalazł go, gdy wpadł z wizytą. W przedpokoju pełno porozrzucanych gratów i ciemno jak w kozim zadzie, bo rachunków za prąd nikt nie płacił, a na zewnątrz właśnie zapada zmrok. Kolega wchodzi dalej, do pokoju z oknem, gdzie nadal jest nieco światła, a w którym oczekuje zgłaszający i policjantka z patrolu. Wchodzę do przedpokoju i przytrzymuję otwierane do wewnątrz drzwi tak, by technik mógł wejść do lokalu z całym tym swoim majdanem. Ciągnę drzwi tak, by nieco przesunąć wszelkie szpargały zalegające w pomieszczeniu, gdy patrolowiec świecąc latarką z rozbrajającym uśmiechem mówi:
- Ej, nie ciągnij tak, bo pan ci spadnie.
Spoglądam w lewo, „za drzwi” – w świetle latarki okazuje się, że przesuwałem nie jakieś stojące tam przedmioty, lecz wiszące za drzwiami zwłoki, których twarz znajduje się w tym momencie raptem kilkanaście centymetrów od mojej. Tak blisko, że wyczułbym oddech, gdyby występował.
„Hello, beastie” – myślę sobie, po czym zamykam drzwi za technikiem. Ot, kolejny dzień w robocie – „grupa bez trupa, to nie grupa”. Bierzemy się do papierów…

<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 75235x | Komentarzy: 113 | Okejek: 663 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

30.03

29.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało