JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Krawężnik od kuchni - z życia polskiego policjanta

102 394  
1292   183  
Od kiedy nasz ulubiony ratownik medyczny otworzył puszkę Pandory z artykułami o wykonywaniu zawodów nietuzinkowych, ten dzień nadchodził nieubłaganie. Oto przed wami ci – jak się wielu wydaje najgorsi, najstraszliwsi, najokropniejsi, ciemna strona tosta, czyli polska policja!


Na początek postaram się zaserwować wam podstawowe fakty na temat tego zawodu, by następnie polać to sosem opowieści ze służby. Zawód policjanta wykonuję od około 10 lat w Warszawie, więc naturalnie opisywał będę to, co dzieje się w tym właśnie mieście – trzeba jednak brać poprawkę na to, że wiele aspektów w innych rejonach kraju może różnić się w mniej lub bardziej istotny sposób od tego, co będę tu podawał. Oczywiście wszelkie nazwiska, nazwy i niektóre szczegóły sytuacji zostają zmienione, a niektóre detale pominięte – z przyczyn oczywistych. A rozpoczniemy u podstaw, to jest u Dzielnych Ogrów pełniących służbę w wydziałach patrolowo – interwencyjnych.

Rozpoczęcie służby to stawienie się do niej na około pół godziny przed oficjalnym rozpoczęciem. Teoretycznie zaczynamy odprawą, ale przed tym trzeba przebrać się w mundur, uzupełnić braki w wyposażeniu oraz pobrać z magazynu broń i sprzęt wszelaki. Broń to w większości przypadków P99, rzadziej Glock (rarytas, uzyskany „po kimś”) lub P64. Swego czasu mój instruktor na kursie podstawowym zwykł mawiać, że najpierw wybrałby łuk i strzały, gdyby ich zabrakło dzidę, a dopiero z braku powyższych P64. Mimo to wynalazek ten wciąż bywa widywany w służbie, choć w realiach stolicy – nader rzadko, zwykle raczej przejściowo lub dla osób, które i tak do służby na ulicy nie wyjdą. Przed rozpoczęciem służby dostaniemy też radiostację, kamizelkę kuloodporną (jeśli nie mamy takowej przydzielonej na stałe) i ewentualnie takie gadżety jak palmtop/smartfon do sprawdzeń czy alcosensor. Obowiązkowo weźmiemy też tzw. „gaz pieprzowy” (obecnie raczej w formie żelu, nie zaś „chmurki” z rozpylacza), kajdanki, zapasowy magazynek do broni oraz pałkę służbową sztuk jeden. Obecnie ta ostatnia to zwykle tonfa, rzadziej „guma”. Każda ma swoje odmienne zastosowania i sytuacje, do których nadaje się lepiej.

Niezależnie od rodzaju pałki w przypadku jej użycia zawsze staramy się unikać obrażeń u klienta – celem jest obezwładnienie, nie nabijanie damage. Stąd biorą się obecne w internetach filmiki, na których np. czterech policjantów kładzie człowieka, skuwa, unosi w powietrze i niesie do radiowozu – wiele osób komentuje wówczas, że „czterech ich potrzeba do jednego, lol”, ale w praktyce kilku jest w stanie zrobić to bez robienia mu krzywdy, a jeden musiałby sięgnąć po środki przymusu, co mogłoby mieć finał co najmniej nieprzyjemny. Dobrze też mieć przy sobie zawsze latarkę (nawet w dzień zawitać możemy do ciemnej piwnicy), rękawiczki jednorazowe, rękawiczki skórzane (niezastąpione do transportowania osób „zmęczonych życiem”, czyli wypitym alkoholem) oraz opatrunek osobisty – jeden z najważniejszych gadżetów, choć najrzadziej używanych. Ot, jedna z tych rzeczy, które zdecydowanie lepiej mieć, a nie potrzebować, niż potrzebować, a nie mieć. Do tego kilka innych drobiazgów i gotowe – jeszcze tylko wielbłąd, który to wszystko poniesie. Niestety, na chwilę obecną z wielbłądami mamy przejściowe trudności, więc jakoś musimy te gadżety upchnąć w licznych kieszeniach munduru – tu przydaje się kamizelka taktyczna, w którą niestety zaopatrzyć się musimy we własnym zakresie. Czy wspomniałem o notatniku i bloczku mandatowym? Nie wspominałem? Trudno, już się nie dowiecie…

Rozpoczynamy od odprawy – czyli standardowo, kierownik mówi, że nie ma mandatów, nie ma zatrzymanych, nie ma wyników, no nic nie ma – chyba jedynie napis „Kononowicz, tu byłem”. W związku z tym mamy wzmóc… właściwie to wszystko. W międzyczasie jednak podaje też nieco przydatnych informacji – jakie auta skradziono w rejonie, jakie większe wydarzenia miały miejsce, czy kogoś szczególnego poszukujemy itp. Czasem wpadnie też ktoś z kryminalnego dać znać, że np. poszedł taki i taki sprzęt, więc jeśli ktoś się na coś podobnego natknie, niech posprawdza, ewentualnie że Hieronim Olsen jest typowany jako sprawca, więc jeśli ktoś go spotka, to w dyby i do lochu. Wszystko skrzętnie notujemy w kajecie – nasz notatnik służbowy musi bowiem zawierać zapis wszystkiego, co robiliśmy.

Każda interwencja, każda wylegitymowana osoba, każdy sprawdzony przedmiot, nawet jazda po 5 ulicach na krzyż w poszukiwaniu roboty musi się znaleźć w kajecie – ot, nie może być tam luk większych niż kilka minut. Po odprawie mamy pięć minut na to, by zebrać swoje graty, zamienić dwa słowa z kolegami lub koleżankami tudzież – w zależności od preferencji – pokręcić się w okolicy palarni bądź automatu do kawy. Potem w radiowóz i jazda w rejon – jeśli bowiem będziemy zbyt długo zwlekać, to kierownik niechybnie poinformuje nas, że wyniki same się nie zrobią, więc kulturalnie proszę zapierdalać w rejon, a nie obijać się jajcami o automat do kawy.

A cóż nas czeka po wyjeździe? Interwencje, które najprościej podzielić można na własne i zlecone. Te pierwsze – jak już pewnie przebiegle się domyślacie – wynikają z radosnej inicjatywy funkcjonariusza. Zwykle są to legitymowania pod kątem ujawnienia osób poszukiwanych czy posiadania przedmiotów zabronionych – czy to w postaci substancji intensywnie rozweselających, czy to fantów pochodzących z przestępstwa. Te drugie – to zlecenia od oficera dyżurnego lub radiooperatora. Tu mamy szeroki wachlarz możliwości – od awantur domowych, zgłoszeń kradzieży, bijatyk pod klubami, po zakłócenia ciszy nocnej czy najzwyklejszych w świecie zalanych w trupa obywateli, którzy postanowili wypocząć „pod chmurką” przy 15-stopniowym mrozie. Dla każdego coś miłego.

A teraz skupcie się – akcja przyspiesza, zagęszczamy ruchy. Warszawa, lato, godzina około 10:00. Ja – młody kocur – i mój partner – stary wyga. Podjeżdżamy pod blok, skąd zgłaszano awanturę domową wszczynaną przez nietrzeźwego konkubenta. Jestem gotów, by ratować biedną białogłowę z rąk oprawcy, ale nie daję się ponieść emocjom i pozwalam koledze w spokoju kierować przebiegiem sytuacji. Wychodzi do nas ona – cokolwiek „zużyta” przez życie, lecz w tej chwili trzeźwa czterdziestolatka. Po sprawdzeniu dowodu – jednak trzydziestolatka. Ups. Kobieta pod okiem ma siniak wielkości połowy pięści, wyglądający potwornie. Nabił go jej konkubent, który teraz śpi w mieszkaniu. Szykuję się na szybką wizytę karetki i równie szybkie zatrzymanie sprawcy na dołku! Kolega powoli, z rozmysłem zadaje kluczowe pytania tak, bym zakumał jak to się w praktyce odbywa:

- Czy potrzebuje pani pomocy karetki?
- Nie, nie potrzebuję.
- Na pewno? Ma pani duży siniak, musiała pani dostać porządnie w głowę. Może lepiej to zbadać?
- Nie, ja nie chcę. Tylko go zabierzcie.
- Chce pani zgłaszać to pobicie?
- *z oburzeniem* Zgłaszać? Nie! Absolutnie! Tylko go weźcie na izbę, bo chyba mnie zabije.

Jeśli pani nie chce zgłaszać, to nie ma tematu – na przesłuchaniu powie, że przewróciła się i uderzyła w szafkę. Trzy razy. Poza tym tego rodzaju uszkodzenie ciała ścigane jest na drodze prywatnoskargowej.

Przeskok akcji – wciąż Warszawa, godzina nocna. Znowu awanturka, tym razem z mężem. Jedziemy na miejsce – zwykłe mieszkanie, żadnego syfu. Drzwi otwiera kobieta po sześćdziesiątce. Jaki jest problem? Jej mąż awanturował się z nią, obecnie siedzi w kuchni, ale przedtem biegał po mieszkaniu z nożem. Teraz też ma przy sobie nóż albo coś podobnego. Wchodzimy, w niewielkim aneksie kuchennym oddzielonym od reszty mieszkania siedzi sobie starszy pan – wiek około siedemdziesiątki, brak cech szczególnych – i kroi sobie jabłuszko nożem. Zapytany co się dzieje i czemu wszczyna awantury z żoną odpowiada, że jak to? Jaką żoną? To nie jest jego żona! Skonsternowani pytamy, kto to w takim razie jest? Dowiadujemy się, że jest to „Żyd z kosmosu, wysłany tu po to, żeby zagarnąć mój majątek. I co z was za policjanci, że tego nie wiecie?! Przecież to można łatwo sprawdzić porównując nasze kody energetyczne! To wszyscy policjanci wiedzą. Za wyjątkiem tamtego jednego z Konstancina, ale on to specjalnie podpalił tamtą stodołę, nieważne. No!”.

Aha. Tak, spoko. Nie, dziękuję, już mam pingwina. Wzywamy dzielny zespół pogotowia ratunkowego, bo pan wybitnie kwalifikuje się na noc w Tworkach. Chłopaki mieli sporo roboty, więc po około godzinie (spędzonej na ciekawej konwersacji na, ekhem, niebanalne tematy) przybywają nasi dzielni ratownicy. W tym czasie klient miał kilka napadów agresji, ale jak na razie jedynie werbalnej. Po kilku linijkach dialogu doktor z karetki potwierdza nasze przypuszczenia co do tego, gdzie starszy pan dziś złoży głowę na poduszce. Pozostaje tylko jeden problem – sam zainteresowany wciąż siedzi bowiem w nader ciasnej kuchni, a pod ręką ma kilka noży. Brak miejsca do manewru, a klient coraz bardziej agresywny. Mamy niby środki przymusu, ale wszak chodzi tu o to, by mu pomóc, nie kaleczyć, a nikt nie będzie fechtował z nim tonfą jak d’Artagnan – nie jest to najgłupszy pomysł świata, ale plasuje się gdzieś w czołówce. Problem poniekąd rozwiązuje się sam – pan chce do toalety. Spoko – my się odsuwamy, pan wchodzi do toalety, kolega dyskretnie butem blokuje możliwość zamknięcia drzwi. Pan robi swoje, wychodzi – wówczas zapraszamy pana z nami. W tym momencie poziom agresji wzrasta do 100%, zaczyna się szarpać i próbuje wyciągnąć z kieszeni śrubokręt – na szczęście w tej chwili trzymamy go już za obie ręce, kolega wyrywa śrubokręt z dłoni. Transportujemy do karetki i eskortujemy chłopaków do stacji docelowej.

Ta sama noc, ta sama dzielnica, tylko godzina jakby późniejsza. Każdej nocy nadchodzi ten moment, kiedy sen wyciąga po człowieka swoje szpony – jeśli nie ma w tym czasie konkretnej roboty, trudno jest utrzymać powieki otwarte. Jestem właśnie w tej fazie walki z fenomenem znikających ulic (jedziemy mijając jakieś skrzyżowanie, mrugam i jestem trzy przecznice dalej, normalnie spisek jakiś…) gdy kolega mówi „Widzisz tę beemkę? Bierzemy go?”. Patrzę na jadący przed nami pojazd i zastanawiam się – czemu? Co w nim dziwnego? Jedziemy jedną z większych ulic w naszym rejonie, koleś jedzie normalnie… Pytam mego Sensei – czemu? „No jak to czemu? Środek nocy, gość nowym BMW z wypasionym silnikiem na pustej drodze o trzech pasach ruchu jedzie 60 na godzinę? Kto normalny tak przepisowo jeździ?”. Jak się wkrótce okazało – normalny to może i rzadko, ale pijany za kierownicą to owszem, jak najbardziej. „Ale mnie panowie wyczuliście, a specjalnie tak starałem się ładnie jechać…”. Kiwam głową robiąc mądrą minę…

Znowu przeskok akcji – leniwy, letni dzień. Nic się nie dzieje. Brak akcji. I nic. Dłużyzna. Jak w polskim filmie. Dostajemy wezwanie – zgon pod adresem. Adres znany – pracują tam takie kobiety, które NAPRAWDĘ żadnej pracy się nie boją. Jedziemy na miejsce, zastajemy tam burdelmamę, jej dwie pracownice oraz zespół pogotowia. Panie negocjowalnego afektu tłoczą się w kuchni, zszokowane, przestraszone – „Łojezu, umarł biedny człowiek, tak nagle…”. Idziemy do pokoju nr 1 – w tej jakże przytulnej, różowej scenerii na podłodze leżą zwłoki, względem których ratownicy właśnie zakończyli swoje czynności, nad nimi zaś stoi znany nam doktor. Tęgi, znudzony, zblazowany, stoi nad ciałem z rękami w kieszeniach i wzrokiem mówiącym, że widział to już 1000 razy. Podchodzimy, witamy się.
- I co się stało, panie doktorze?
- Co ja wam mogę powiedzieć, chłopaki… No wiadro wziął (tu ruch imitujący połykanie pigułki), ale po schodach go nie wniósł (tu ruch imitujący to, co się robi po pigułce, jeśli była niebieska).
Staramy się nie roześmiać. W oczekiwaniu na dzielny wydział dochodzeniowo-śledczy pani na włościach oprowadza nas po lokalu.
- O, tu mamy drugi pokój, taki niebieski. Tu są wizytówki, jest na nich, że to do mechanika, bo wie pan, jak żona znajdzie w portfelu, to nie będzie pytała o mechanika. A tu o to, z tego jestem dumna, bo wie pan, tylko my to na dzielnicy mamy! No tu jest taki specjalny pokój dla panów o specjalnych… potrzebach.

We wskazanym pokoju kolorystyka zamiast stylu „Różowej landrynki” idzie raczej w „Opowieści z krypty”. Na ścianach w równych rzędach wiszą wszelkie narzędzia, którymi można kogoś bić, lać, smagać, chłostać itd. itp. Znajdzie się też kilka takich, które można wsadzić. Tu i tam. W centralnej części pokoju umiejscowiony jest fotel ginekologiczny, oczywiście gdyby ginekolog uznawał jedynie kolor czarny, miał fetysz skóry i pewnie ksywę „Pokrak”. Nieśmiało mówię:
- O, nawet macie fotel… Dla pań…
Mamuśka rozwiewa jednak moje nadzieje:
- No tak, dla pań też. Ale częściej dla panów.
Pytań nie zadaję. Kurtyna.

Na koniec, aby nie było zbyt różowo – bo w istocie te „wesołe” interwencje to zdecydowana mniejszość – kolejna zmiana miejsca i czasu. Noc, godzina 1:00. Zlecona – mamy jechać do mieszkania, w którym mieszka sobie jakaś kobieta. Nie dawać jej żadnych szczegółów, jedynie poinformować ją, że ma zaraz brać taksówkę i jechać na jedną z warszawskich komend, muszą z nią porozmawiać. Plot twist: rozmawiać będą o tym, że jej dziecko i mąż mieli wypadek samochodowy, którego nie przeżyli. Sytuacja typu PKP – Pięknie, Kurwa, Pięknie. Jedziemy, drzwi otwiera nam ciemnowłosa kobieta około trzydziestki. Zwykła, najzwyklejsza kobieta, zwykłe, najzwyklejsze mieszkanie. Nie patologia, z którą często mamy do czynienia – po prostu taka sama osoba jak my. Bez żadnej agresji, żadnych pretensji. Tylko wyraz rezygnacji w oczach mówiący, że ona tak naprawdę wie, że się domyśla, a te nasze tajemnice są pożałowania godne. Wypadek miał miejsce daleko, gdzieś „w Polsce”. Dyżurny z tamtej komendy dzwonił do niej, niby nic nie powiedział, ale poinformował, że było zdarzenie drogowe z udziałem samochodu jej męża i że ktoś przyjedzie. Patrzy mi w oczy i mówi: „Oni nie żyją, prawda?”. Nie mogę jej powiedzieć prawdy. Ale nie mam zamiaru jej kłamać. Z mojego milczenia wyczytuje wszystko, co chciała wiedzieć. Nie krzyczy, nie płacze. Spokojnie, sprawnie, metodycznie ubiera się do wyjścia. Koniec końców z własnej inicjatywy zawozimy ją na miejsce docelowe. Nie powinna w tym stanie sama plątać się po mieście, nawet taksówką. Odwozimy ją, odprowadzamy na komendę. Już nigdy jej nie zobaczymy – jak większości osób, z którymi mamy od czynienia. Ruszamy dalej, robota czeka…

Oglądany: 102394x | Komentarzy: 183 | Okejek: 1292 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało