JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jestem strażakiem zawodowym, czyli nie tylko o ściąganiu kotków z drzew słów kilka

64 323  
493   112  
Od czasu do czasu wchodzę na Joe i coraz częściej można natknąć się na artykuły opowiadające o czyjejś pracy. Strażak chyba jeszcze nie pisał, więc oto piszę.


Już na wstępie zaznaczam, że artykuł (względnie artykuły, o ile będzie zainteresowanie) dotyczyć będzie moich doświadczeń i miejscami może być mocno subiektywny.

Krótko o mnie: Obecnie lat 24. Do straży dostałem się w wieku 22 lat. W grudniu minie 2 rok służby. Na chwilę obecną (listopad 2016) na koncie około 200 wyjazdów w PSP. Jak widać, służby praktycznie tyle co nic, więc proszę nie oczekiwać zbyt wiele.

Do służby w Państwowej Straży Pożarnej wiedzie kilka dróg – można starać się dostać do jednej ze szkół pożarniczych (Szkoła Główna Służby Pożarniczej w Warszawie, Szkoła Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie, Szkoła Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu, Centralna Szkoła Państwowej Straży Pożarnej w Częstochowie) lub podczas tak zwanego naboru z ulicy. Ja wybrałem nabór z ulicy. Co to oznacza? Otóż oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, że zgłosić się może każdy – ale nie każdy może być przyjętym. W moim przypadku udało się tego dokonać za drugim podejściem. Co do samych zasad naboru nie wiem, czy jest sens się wiele na ten temat rozpisywać - wszystkie etapy postępowania reguluje Rozporządzenie MSWiA w sprawie postępowania kwalifikacyjnego w stosunku do kandydatów ubiegających się o przyjęcie do służby w Państwowej Straży Pożarnej; dodatkowo szereg wymagań przed kandydatami stawia także Ustawa o Państwowej Straży Pożarnej. Pomimo tych wszystkich wymagań, charakterystyki pracy, niebezpieczeństw służby - chętnych nie brakuje. Dość powiedzieć, że razem ze mną na jedno miejsce startowało około czterdziestu osób (sic!).

Dlaczego straż pożarna?

Ze strażą pożarną w mniejszym lub większym stopniu byłem związany praktycznie od dziecka. Zaczęło się od Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej (mogłem mieć wtedy jakieś 10 lat, może więcej). Pierwsze konkursy, pierwsze obozy strażackie, pierwsze zawody. Jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to z biegiem lat coraz bardziej mnie do tego ciągnęło. W wieku 17 lat stałem się aktywnym strażakiem (i pisząc aktywnym mam na myśli to, że zacząłem wyjeżdżać do zdarzeń). Im bardziej zagłębiałem się w pożarnictwo i im więcej miałem wyjazdów na koncie, tym bardziej byłem pewien, że ten zawód to jest coś, dzięki czemu będę mógł spełniać się zawodowo w przyszłości. Może zabrzmi to trochę trywialnie, ale naprawdę ciągnęło mnie (i nadal ciągnie) do pomagania ludziom - staram się angażować społecznie, jestem aktywnym krwiodawcą, działam charytatywnie.

Przygotowania

Do naboru z ulicy może przystąpić każdy, w związku z czym konkurencja w zależności od naboru może być naprawdę wysoka. Wszak nierzadko można spotkać na naborach reprezentantów Polski w różnych dyscyplinach sportowych czy osoby z wieloletnim bagażem doświadczeń w różnych profesjach (np. nurkowie, wspinacze, kierowcy itp.). Wszystkie dodatkowe kwalifikacje czy szkolenia mogą zaprocentować przyznaniem dodatkowych punktów, które mogą przybliżyć nas do wygrania naboru. Biorąc to wszystko pod uwagę moje przygotowania do naborów rozpocząłem dosyć wcześnie, bo już w szkole średniej (czyli jakieś 5-6 lat temu). Rozpocząłem od szkoleń, które mogłem zrobić dzięki członkostwu w Ochotniczej Straży Pożarnej. Potem doszły do tego różnego rodzaju szkolenia specjalistyczne oraz zdobywanie kwalifikacji przydatnych w służbie – rozpoczynając od prawa jazdy kat. C, poprzez kurs pilarza-drwala, a kończąc na zdobyciu uprawnień do obsługiwania urządzeń transportu bliskiego (wszystkich nie będę wymieniał, bo po co). W tej kwestii byłem mocno zdeterminowany, bo każdy grosz, który w tamtym czasie zarobiłem był odkładany i przeznaczony na zdobywanie kolejnych uprawnień. Ostatnio poświęciłem chwilę i obliczyłem, że przeznaczyłem na ten cel blisko 10 tysięcy złotych… Trochę się nazbierało, no ale najważniejsze, że inwestycja zaprocentowała i już się zwraca. Jednak nie dzięki samym uprawnieniom człowiek dostaje się do straży. Co najmniej tak samo ważna jest sprawność fizyczna. Ba! A może nawet ważniejsza. W początkowym etapie przygotowania były raczej „luźne” – bieganie, siłownia, basen – po prostu ćwiczenia dla samego ćwiczenia, aby zachować sprawność. Kiedy zdobyłem informacje o możliwych naborach w mojej okolicy (a jako okolice traktowałem wszystkie jednostki w odległości do 150 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania), przygotowania zaczęły się na poważnie. Rozpisałem sobie plan treningowy, z pomocą dietetyka ułożyłem dietę, zwiększyłem intensywność treningów, zacząłem chodzić na treningi prowadzone przez zawodowych trenerów, zwiększyłem intensywność treningów oraz dostosowałem je do konkurencji występujących na naborze. Trwało to około roku (od listopada do października zeszłego roku, gdzie w marcu uczestniczyłem w naborze, na którym mi się nie udało - zabrakło 3 sekund w biegu na 1000 m, aby zaliczyć sprawnościówkę), a w październiku miał miejsce ten szczęśliwy dla mnie nabór.

Początek

Jak pisałem już na wstępie - wszystkie etapy naboru reguluje rozporządzenie i ustawa – nic nowego się nie pojawiło, więc nie widzę sensu, żeby przepisywać ich treść. W każdym razie skończyło się na tym, że z około 40 kandydatów zostało nas dwóch. Dwie osoby na jedno stanowisko. Dwie osoby, które przeszły wszystkie etapy postępowania – zaliczyły próbę wydolnościową, sprawdzian z lęku wysokości, test sprawności fizycznej (bieg na 1000 m, bieg na 50 m, podciąganie na drążku), sprawdzian z pływania oraz test wiedzy. Dwie osoby, które praktycznie złapały Pana Boga za nogi. No ale etat do obsadzenia jeden… Ktoś z nas musiał odpaść. Po zakończeniu rozmowy kwalifikacyjnej byłem raczej zadowolony z siebie i mojej autoprezentacji, jednak nie byłem do końca pewien, czy to wystarczy. Pani ogniomistrz wchodząca w skład komisji powiedziała mi, że telefonu z decyzją mogę się spodziewać w przeciągu 2-3 dni. Myślę sobie: długo. Za długo! Tyle dni w stresie… No ale nic, trzeba jakoś wytrzymać. Wracam do domu, odpalam konsolę i rozładowuję się przy jakiejś głupiej grze. Dzwoni telefon – numer stacjonarny, więc pierwsza myśl była taka, że dzwonią z jakąś debilną ofertą na super mega abonament albo najlepszy zestaw garnków. No ale odbieram…

- Dzień dobry, czy mam przyjemność z panem Levy_aka_Levinsky? - No kurna, ładnie. Tak dbam o swoje dane osobowe. Nawet kobieta sprzedająca garnki zna moje imię i nazwisko.
- Tak, przy telefonie...
- Komenda Powiatowa Państwowej Straży Pożarnej w Bździowie Nieważnym. Kiedy byłby pan w stanie do nas przyjechać? – pierwsza myśl była taka, że wybrańcem nie byłem ja i mam przyjechać po wcześniej złożone dokumenty, więc mówię:
- A to nie, nie trzeba… Można zniszczyć.
- Ale co zniszczyć? Nic niszczyć nie będziemy. Proszę przyjechać do nas po skierowania na badania psychologiczne.

W jednej ręce telefon, w drugiej pad od PS4. Szybka analiza sytuacji. Wyjść z gry sieciowej czy nie? Spadnie mi ranga… No ale nic nie chcą niszczyć. To co oni z tym zrobią, jak nie zniszczą? Jakie badania psychologiczne? Czyli garnków nie będzie? O co tej kobiecie w ogóle chodzi? Dopiero po chwili to do mnie dotarło… Wygrałem nabór! Szybkie ogarnięcie się, wyjazd z domu i po kilkudziesięciu minutach miałem już w ręki kwitek skierowujący mnie na badania do pracowni psychologicznej. Co do psychologa: straszne doświadczenie… Kilkaset pytań, kilkanaście badań i testów tylko po to, żeby sprawdzić, czy wszystko z moją głową w porządku. W końcu będę pracować tam, skąd zazwyczaj normalni ludzie uciekają... a do tego trzeba zdrowych psychicznie ludzi. Po psychologu musiałem czekać na wydanie opinii, którą z kolei poradnia wysyłała do komendy, w której miałem służyć. Po kilku dniach telefon:

- Panie Levy_aka_Levinsky, opinia jest już u nas. Psycholog nie miał przeciwwskazań. Proszę podjechać do nas po obiegówkę.

A obiegówka to lista kilkunastu lekarzy i badań, na które należało się udać przed ostatecznym stanięciem przed komisją lekarską. W skrócie: morfologia, badanie na HIV, EKG, okulista, dentysta, psychiatra, pulmonolog, spirometria, chirurg, laryngolog, lekarz rodzinny, neurolog, dermatolog, RTG. Samych wizyt nie będę opisywał... W każdym razie jeszcze tak dokładnie przez całe swoje życie badany nie byłem. Załatwienie wszystkiego trwało dwa czy trzy dni. Oczywiście wszystko w szpitalu MSW w jednym z miast wojewódzkich. Po uzyskaniu wszystkich badań, podpisów, pieczątek i opisów stanąłem przed komisją lekarską. Matura, egzamin na prawko (na jedną i drugą kategorię), pierwsza poważna randka, pierwszy Blue Screen of Death - w ogóle cały stres jaki przeszedłem w życiu razem wzięty to było nic w porównaniu do tych kilkunastu minut, jaki spędziłem na korytarzu czekając na wezwanie do gabinetu. Mało co pamiętam z tego dnia. Tyle, że zadawali mi jakieś pytania, coś szemrali między sobą (a w skład komisji wchodziło bodajże czterech lekarzy) i dali jakiś kwitek do podpisu. Później dowiedziałem się, że na tej kartce było napisane, czy jestem zdolny do służby czy nie. Przewodniczący widząc, że jestem dosyć zestresowany, podał mi rękę i powiedział:

- Panu już dziękujemy. Zetka. Gratuluję i życzę powodzenia w służbie.

Możecie sobie wyobrazić banana na mojej twarzy.

Tyle tytułem wstępu... Już niedługo pierwsza służba i kilka (być może) ciekawych historii. Oczywiście jestem otwarty na wszelkie pytania! Śmiało zadawajcie je pod artykułem, a w miarę możliwości postaram się na nie odpowiedzieć.

PS
Ach, jeszcze miało być o ściąganiu kotów z drzew, wszak o nich wspomniałem w tytule... Więc tak, ściągamy koty z drzew. Co prawda niepotrzebnie, no ale mniejsza o to.

Oglądany: 64323x | Komentarzy: 112 | Okejek: 493 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało