JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wszystko na temat pomarańczy, z lokalnymi ciekawostkami - prosto z Hiszpanii

76 116  
451   67  
Murzyni ze strzykawkami z wirusem HIV, świnie w polach pomarańczy, zagadki logiczne przy nawadnianiu i wiele więcej...


Korzystając z pobytu w okolicach Walencji, postanowiłem opowiedzieć Wam o typowych dla tego regionu rzeczach. Co jest tu najważniejsze? Na pewno nietoperze, ryż (tak, Walencja ryżem stoi), turystyka, język i pomarańcze. Dzisiaj o tych ostatnich, na lekki początek przygody z Hiszpanią i Walencją.

W lecie nie ma pomarańczy

Cytrusy z reguły kojarzą się nam z ciepłem i słońcem, z czym też chcielibyśmy kojarzyć lato, ale pozostańmy przy skojarzeniu z Bożym Narodzeniem. W lecie europejskie pomarańcze w ogóle nie owocują, a te, które widzicie wtedy na półkach sklepowych, to owoce sprowadzone z Afryki czy Ameryki Południowej.

Brak logiki? Otóż nie. W Polsce martwymi miesiącami dla rolnictwa są miesiące zimowe, wiadomo - śnieg, lód, mróz, brak słońca, więc są małe szanse, żeby coś się urodziło. W okolicach Walencji jest bardzo podobnie, z tą różnicą, że okresem martwym są miesiące letnie - ze względu na wysoką temperaturę i palące słońce. W tych warunkach wszystko leży.


Okres zbiorów zaczyna się mniej więcej w październiku i trwa aż do czerwca! Dzieje się tak dzięki temu, że wytworzono wiele różnych odmian tego drzewka, tak by rozłożyć zbiory na maksymalnie długi czas. Ma to wiele zalet, choćby taką, że przez niemal cały rok można eksportować świeże owoce do całej Europy, czy to, że w ten sposób siły potrzebne do zbiorów (samochody, siła robocza, przetwórnie) można eksploatować na podobnym poziomie w długim okresie czasu. Na filmie zobaczycie pomarańcze w trzech różnych fazach dojrzewania.

https://www.youtube.com/watch?v=-moIYCuEnDc

Dzięki temu nie potrzeba nagłego zastrzyku rąk do pracy czy ogromnej floty ciężarówek, które kurzyłyby się przez resztę roku. Pomyślcie w tym miejscu o kombajnach zbożowych, które muszą zarobić na siebie w ciągu ledwie miesiąca.

Kiedy pomarańcze się kończą, zaczyna się sezon turystyczny, a przyjazne dla leniuchów plaże przyciągają tutaj miliony ludzi (dosłownie), więc sporo zbieraczy znajduje wtedy zatrudnienie w hotelach czy restauracjach, by jesienią znów wrócić do sadów.

Od sadu do...

Pomarańcze zbiera się ręcznie. Pracownicy uzbrojeni w specjalne nożyczki odcinają z drzewek owoce, wrzucają je do gumowych wiader, zwanych "capaso" (czyt: kapaso), później przesypują je do skrzynek i ładują na ciężarówki. Stąd już prosta droga do "magazynu".

Ująłem słowo "magazyn" w cudzysłów, ponieważ magazyny to tak po prawdzie hale fabryczne. Zbiory trafiają tutaj na taśmy, a pracownicy odrzucają te owoce, które się nie nadają do sprzedaży. Odpadają owoce zgniłe, uszkodzone, niedostatecznie dojrzałe, różnego kalibru patyki czy żółwie, które raz na jakiś czas zakradną się do skrzynek.

(Jeśli bardzo interesuje Cię jak to wygląda od środka, to możesz zerknąć na ten film z wioski, w której teraz jestem)

https://www.youtube.com/watch?v=8u2bFfXvDxc

Nie musicie się bać, zanim pomarańcze trafią do Waszego sklepu, są poddawane jeszcze innym operacjom, które skutecznie wyeliminują wszystkie niepożądane zwierzątka ze skrzynek z ostatecznym produktem. Z bananami jest trochę gorzej, ale tutejszych się nie eksportuje.

*Ta trafi co najwyżej do dupy. Nikt jej nie chce. Smuteczek. Soreczki.

"Umyj zanim zjesz, bo chemią chcą nas pozabijać!"

Często z takim zdaniem można się spotkać i poza częścią z zabijaniem jest to prawda. Cytrusy przed sprzedażą pokrywane są różnymi substancjami: od pszczelego wosku (który, ze względu na koszty, jest już zastępowany przez wosk syntetyczny), po substancje mające na celu ochronę owoców przed grzybem, pleśnią i rozwojem owadów. Większość z tych operacji odbywa się teraz przy pomocy środków obojętnych dla naszego zdrowia, ale warto zmyć choćby sam syntetyczny wosk.

Jak to umyć?

Z pomarańczami nie ma większego problemu, po prostu obieramy je ze skórki. Nieco gorzej jest z cytrynami, które wkładamy wraz ze skórką do herbaty. Tak, jeśli nie umyłeś cytryny przed włożeniem jej do herbatki, to pijesz prawdopodobnie Earl Mendelejew Grey. Są dwa sposoby rozwiązania tego problemu, z czego jeden nie działa.

pomaranczki

Pierwszy
jest dość rozpowszechniony i absolutnie błędny: polewanie wrzątkiem. Utarło się, że wrzątek zabija wszystko co złe i jest w tym trochę racji, jednak skórka cytrusa polana wrzątkiem pęcznieje i otwiera pory, przez które cały nasz Mendelejew wymieszany z rozpuszczonym, gorącym syntetycznym woskiem dostaje się do środka. Dlatego nigdy tak nie rób - polewanie wrzątkiem pogarsza tylko sytuację.

Drugi sposób jest niezwykle skuteczny i o wiele prostszy: mycie owoców płynem do mycia naczyń. Substancje, którymi pokryte są cytrusy doskonale rozpuszczają się nawet w zimnej wodzie, a rozpuszczalność jest jeszcze lepsza, kiedy użyjemy płynu do mycia naczyń. Operując tym sposobem, naszego Mendelejewa wysyłamy z wodą wprost do rur. Voilà!

Tak więc nawet jeśli obieracie cytrusy ze skórki, to warto wcześniej umyć je w zlewie. Byle nie polewać wrzątkiem.

Sok pomarańczowy

Owoce, które nie przeszły próby jakości (są brzydkie, za małe, za duże, za bardzo/za mało dojrzałe), nie mogą się zmarnować, więc zostają przerobione na sok. Te odrzucone pomarańczki trafiają do owocowego nieba. Ładne Hiszpanki przy rytmach latino przekrawają owoce na pół i bujając przy tym biodrami w kroku tanecznym Bachaty... No może nie do końca, ale rzeczywistość jest wciąż całkiem przyswajalna.

Przetwórnia wyciskająca sok kupuje ciężarówki pomarańczy, przy czym oczywiście zwraca uwagę na ich jakość. Nie ma możliwości, żeby sok wyciskano ze zgniłków (często spotykana legendarna gówno prawda), taki towar odsyłany jest na bambus, nikt za to nie zapłaci. Oczywiście w całej ciężarówce może się kilka zgniłych sztuk uchować, ale wszystko jest pod kontrolą. Owoce trafiają na taśmę, na której znów ręcznie odrzuca się różne niepożądane elementy (patyki i inne cholerstwo) i ewentualne brzydkie, rozchlabździochane owoce, a przed trafieniem do wyciskarki pomarańcze są myte.


Wyciskarka nie jest wielką fabryczną prasą i w żadnym stopniu nie przypomina też tej ze zdjęcia - to zespół kielichów, w które wpadają pomarańcze z taśmy. Na pomarańcze napierają z góry kontr-kielichy, sok pod wpływem ciśnienia wytryskuje przez wbijaną od spodu rurkę, a to co zostało po owocu zostaje usuwane. I tak około 100 razy na minutę. Kolejną często spotykaną legendą jest to, że soki robi się z całych owoców, wraz ze skórkami - to mit, obalamy.

Dalej pasteryzacja (to bardzo ważny i potrzebny proces, bez niego sok już po kilkunastu minutach mógłby zmieniać kolor i smak), kolejne testy jakości, zbiornik i stąd już dwie drogi - cysterna i podróż do kolejnej przetwórni bądź przygotowywanie gotowego produktu na miejscu i dalsza podróż do hurtowni.


Ze skórek i odpadów można jeszcze odzyskać olej, ale... przeważnie idą po prostu na karmę dla zwierząt.

Przynajmniej takie mam informacje z wytwórni, która robi soki wysokiej jakości, nie wiem co tam się dzieje u producentów naszych krajowych "zapojek"*. Mam nadzieję, że jest choć trochę podobnie.

*jeśli na kartonie nie ma wyraźnego napisu SOK, to to nie jest sok i produkowany jest w zupełnie inny sposób - zwróć na to uwagę przy zakupach, większość dostępnych na półkach kartonów to napoje o smaku pomarańczowym, a nie soki.

Kultura i kuchnia

Pomarańcze są bardzo mocno zagnieżdżone w lokalnej kulturze kulinarnej i można spotkać się tutaj z wieloma zastosowaniami, na które w Polsce byśmy przeważnie nie wpadli. Pierwszym lepszym przykładem z brzegu będą pomarańcze smażone na patelni (jako dodatek do potraw), czy coś, na co nie mogłem się na początku napatrzeć: bułka z plastrem pomarańczy. Cokolwiek o tym nie pomyślicie, to po spędzeniu w tym klimacie kilku dłuższych miesięcy pewnie sami będziecie mieli na coś takiego ochotę.


Kolejna kulturalno-regionalna ciekawostka, która rozprasowała mi zwoje pod czaszką: część z owoców spada z drzew i ciężko byłoby je odpowiednio szybko wyzbierać (choćby na soki), żeby się nie zmarnowały, więc niektórzy co sprytniejsi gospodarze znaleźli na to sposób i do zbierania tych spadów "zatrudnili" dość specyficznych pracowników. Oto dowód:

https://www.youtube.com/watch?v=uTJNASSlZUY

Pomarańcze to tutaj bardzo popularna karma dla świń, jednak uważa się, że mięso z "pomarańczowej" świnki nie należy do najsmaczniejszych. Hiszpanie zdecydowanie bardziej cenią sobie te karmione żołędziami, ale za taką wieprzowinę trzeba naprawdę słono zapłacić.

Między drzewami pomarańczy możecie też czasem trafić na osła.

Pomarańcze na chorobę

Według lokalsów, pomarańczami można się leczyć. Stosują sok z pomarańczy do zbijania gorączki, ponieważ ten skutecznie obniża temperaturę ciała, a także dostarcza wielu witamin potrzebnych do walki z katarkiem.


Żeby było jeszcze ciekawiej, w tutejszych sklepach znajdziecie napoje, które są połączeniem soku pomarańczowego z mlekiem. Dzieciaki to uwielbiają.

Ćwiczenia szarych komórek przy podlewaniu

Drzewka pomarańczowe, pozostawione same sobie, nie przetrwałyby tutejszych warunków atmosferycznych. Po paru sezonach całkowicie usychają na słońcu i wyglądają wtedy tak, jakby spłonęły żywym ogniem (stąd prosty wniosek, że w samo południe w środku lata naprawdę nie warto leżeć plackiem na tutejszej plaży). Niezwykle ważne jest więc podlewanie sadów, a dzieje się to w dość, wydawałoby się, nietypowy sposób.

Pomiędzy sadami znajduje się cały system koryt, którymi z ujęcia doprowadza się wodę do pól. Sadownik, korzystając z wyznaczonej dla siebie godziny podlewania, musi przejść całą drogę od swojego przybytku do ujęcia i poprzestawiać wszystkie wrota tak, by woda zasiliła jego drzewka.

Na końcu ładna Hiszpanka polewając się wodą z węża... no nie, znowu pudło. Wrota i koryta biegnące wokół sadów mają dwojakie zastosowanie.
Doprowadzają wodę do konkretnie naszego sadu, ale też nie pozwalają, by woda z naszego sadu wypływała. Tych drzewek się nie podlewa, po prostu zalewa się cały sad ogromnymi ilościami wody. Tak, by te 10-15-20 cm wody, mogło bardzo głęboko wsiąknąć i zasilać drzewka przez kolejne długie dni, do kolejnego "podlewania". Między rządkami drzewek usypuje się górki, by woda rozprowadzała się możliwie równomiernie po sadzie. Gdyby podlać drzewa tylko z wierzchu czy polać je wodą ze spryskiwaczy, to woda wyparowałaby w ciągu kilku godzin. Im więcej wody, tym głębiej wnika w ziemię i pozwala drzewkom "pić" przez dłuższy czas. Przy okazji, dzięki temu, zapuszczają głębiej korzenie.

https://www.youtube.com/watch?v=fH9wphGrjsw

Z tej prostej przyczyny nie spotkacie sadów pomarańczowych na pochyłym zboczu - wszystkie sady są wypoziomowane. Oczywiście żaden skrawek ziemi nie może się zmarnować, więc i na górkach uprawia się pomarańcze, ale są to uprawy tarasowe, w których każdy kolejny schodek jest również wypoziomowany.

W podobny sposób uprawia się tu oliwki, brzoskwinie, kaki, migdały, figi i cały szereg innych roślin, jednak w nadmorskich okolicach to właśnie pomarańcze zdecydowanie królują pod względem zajmowanego areału.

Krople krwi w pomarańczach

Jest jeszcze jedna kulturalna ciekawostka. Czasem zdarzy się, że zwykły owoc pomarańczy będzie miał w miąższu czerwone plamy. Tutejsi mówią na nie "gotas de sangre", czyli "krople krwi". W 2015 roku wypuszczono często powtarzaną plotkę (milion udostępnień na FB do momentu usunięcia), mówiącą o tym, że to wszystko przez GMO i jaszczuroludzi z kosmosu, którzy chcą nas skażonymi cytrusami pozabijać... Rzuciłem tą bzdurą, bo w prawdziwą treść pogłoski jeszcze trudniej uwierzyć: mówiła, że zarażeni AIDS i HIV Murzyni w Afryce upuszczają sobie krwi, a następnie wstrzykują ją do owoców przed wysłaniem do Europy, by nas wszystkich pozarażać i doprowadzić do schyłku europejskiej cywilizacji. Milion udostępnień, serio. Tak że tego...


Nie ma się czego obawiać, to tylko kłamliwa plotka. W rzeczywistości owoce z "kroplami krwi" są zupełnie bezpieczne, bardzo rzadko spotykane i pewnie właśnie dlatego według lokalnych są dobrym znakiem i przynoszą szczęście. Jeśli znajdziesz czerwone przebarwienia wewnątrz swoich pomarańczy, to dostajesz plus 10 do farta. To jak wygrać z katarem. Bez lipy.

Na koniec tylko jeszcze ładna scenka, którą uchwyciłem w trakcie zbierania materiałów.


Mógłbym podążać ścieżkami jednego tytana artykułów (ostatnio nawet zaszczycił nas wpisem o rogalach, po długiej nieobecności na głównej) i zadać Wam w tym miejscu zagadkę, pytając o związek zdjęcia z charakterystyczną dla tego regionu rzeczą, ale nie będę copy-boyem i powiem jasno - jezioro widoczne na zdjęciu to Albufera. Jego wodami zasilane są lokalne plantacje ryżu i na tym na pewno skupimy się w jednym z kolejnych odcinków tej serii.

Hasta la vista!

Oglądany: 76116x | Komentarzy: 67 | Okejek: 451 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało