JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jeden dzień na dyżurze ratownika medycznego III

120 175  
1225   134  
Dalsza historia człowieka bez twarzy, o wypitym morzu wódki, o happy endzie i hobbystycznym ratowaniu życia. Uwaga! Opisy drastyczne - czytasz na własną odpowiedzialność! Nie zalecamy jeść przy czytaniu.


Po powrocie na bazę, po zbadaniu pani z czterodniowym bólem głowy i ustaleniem przyczyny: nieregularne zażywanie leków hipotensyjnych (na nadciśnienie tętnicze), dostaliśmy zapytanie z CPR-u, czy podjedziemy na miejsce tego wypadku w Alfabetadelta, bo pracujący na miejscu prokurator, wraz z pracownikami, znalazł w maszynie część twarzy. Żeby ocenić, czy nada się do przeszczepu. Zorganizowaliśmy torby termiczne, wkłady lodowe, lód i pojechaliśmy na miejsce zdarzenia. Jak się okazało, "część" twarzy była zdjętą w całości maską, która nawet nadto nie została zniszczona. Zabezpieczyliśmy resztki i zawieźliśmy do szpitala w województwie, gdzie aktualnie przebywał pacjent. Niestety, jak się okazało, po 4 godzinach martwica tego zerwanego fragmentu była tak mocno zaawansowana, że próba przyszycia nie udała się. Dopiero magicy na Śląsku zrobili cuda i do dzisiaj pacjent korzysta z nowej facjaty. Osobiście uważam, że był to swoisty sadyzm ze strony kolegów dyspozytorów, którzy zaserwowali nam dodatkową dawkę emocji...

* * * * *

Razu pewnego zadzwonił do mnie Jaro.
Człowiek, którego znam ze studiów, który pracuje ze mną na jednym wozie i razem tak sobie kulgamy tę kulkę z gówna, zwaną kontraktem w PRM.
Akurat kończył dyżur i zapraszał na wódkę. Jak się spotkaliśmy, na stole w gościnnym stała wódka, druga wódka i sześciopak piwa, a Jaro przywitał się ze mną drżącymi rękami i niemniej drżącym głosem:
- Stary, kurwa...
- O co chodzi?
- To były jej osiemnaste urodziny, czaisz?
- Ale co, Jaro, nie jestem na bieżąco.
Tuż przed końcem zmiany, do ZRM P wpadło zgłoszenie o wypadku komunikacyjnym. Jaro już co prawda zbierał się do domu, ale zmiana nie była widoczna na horyzoncie, więc pojechał do tego zdarzenia. Na miejscu okazało się, że poboczem drogi szła sobie świeżo upieczona "dorosła" ze swoim kolegą. Dla zabawy się popychali i szarpali nawzajem. Aż kolega, w pewnym momencie, trochę za mocno ją wypchnął, ta zachwiała się i upadła na asfalt. Prosto pod koła pędzącego TIR-a... Szczątki zbierali na przestrzeni dwustu metrów, ale Jaro uporczywie, przez 1,5 godziny, na mokrym asfalcie, próbował wskrzesić dziewczę do życia. Tego wieczora płakaliśmy obaj.

* * * * *

Pracowałem w systemie już ponad 5 lat. Godzin wypracowanych miałem niczym 10-letni ratownik na etacie (ot, podwójne godziny na kontrakcie). Można więc powiedzieć, że widziałem wszystko i już niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. Tym razem (zawsze najtrudniejsze przypadki trafiają się na końcu dyżuru. ZAWSZE!), około 18, jako ZRM typu S pojechaliśmy do pomocy do wypadku. To był głupi wypadek. Tak głupi, że Darwin sam się dziwi tam na górze (czy gdziekolwiek on teraz jest). Małżeństwo z zaawansowanym stażem wróciło z wycieczki motocyklowej. Mąż poszedł otworzyć drzwi do garażu, zostawiając żonę siedzącą na zapalonym motocyklu tuż przed bramą. Potem nie wiadomo co się stało... Czy ręka zablokowała jej się na manetce od gazu, czy nieumyślnie wbiła bieg. Na odległości około pięciu metrów, z całym impetem przyłożyła tym motorem w bramę, spadając i doznając złamania podstawy czaszki.

Gdy przyjechaliśmy na miejsce, obecny zespół P usilnie prowadził resuscytację kobiety, której siła z góry nie zostawiała już najmniejszych szans. Lekarz ze mną obecny stwierdził zgon. Cóż... trup jak trup... widziałem ich kilkunastu, kilkudziesięciu prawie trupów, kilku samobójców, kilku sam wyciągnąłem ze szponów kościstej... Zabraliśmy się za sprzątanie majdanu, jaki pozostał po akcji resuscytacyjnej. Najgorsze miało dopiero nadejść...

Żeby nie robić tego przy świadkach, poprosiliśmy męża tej kobiety do karetki, żeby lekarz poinformował o zakończeniu akcji.
Przez całe swoje życie nie słyszałem takiej ludzkiej rozpaczy:
- Ale Kasia wróci dzisiaj ze mną do domu, prawda? Ona tylko złamała rękę... My mamy dwóch synów, ktoś ich musi jutro odprowadzić do szkoły, bo ja będę w pracy. Wiecie... my mieliśmy mały kryzys w domu i mieliśmy się rozwieść, ale zażegnaliśmy to i teraz bardzo się kochamy. Zabierzecie ją do szpitala i dzisiaj jeszcze wróci... Bo Kasia miała raka, ale podołaliśmy i teraz już jest zdrowa. Wiecie? Ona to się ze mnie śmiała, bo ja tym motorem to jeżdżę jak pizda. Rekreacyjnie tak sobie jeździliśmy, 60-70, zwiedzaliśmy. Kasia zawsze chciała, żebym jechał szybciej. Ona dzisiaj wróci, prawda?

Tym razem to ja wróciłem do domu roztrzęsiony. Moja (już wtedy) żona od drzwi widziała, że coś się stało. Zazwyczaj staram się nie przynosić wspomnień do domu, ale tym razem wyłem jej w rękaw z godzinę. Potem wziąłem do kieszeni małpkę i, jak nie biegam, wybiegłem przed siebie z domu, zanim nie zdałem sobie sprawy, że jestem dwie wioski od mojego mieszkania...

* * * * *

Tego wieczora pojechaliśmy na sygnale do młodego mężczyzny, który po meczu w badmintona, wypiciu dwóch piwek (ciepło było, bo lato), nagle w domu poczuł ucisk w klatce piersiowej.
Weszliśmy do eleganckiego domu, facet leży i trzyma się za serce... Zacznijmy od EKG, ciśnienia, pulsoksymetrii, zobaczymy, co dalej... "Bardzo boli?". BARDZO. Po podpięciu elektrod naszym oczom ukazała się piękna fala Pardee, o której już pisałem w pierwszej części.
Wdrażamy postępowanie zawałowe: polopiryna, morfina, tlen, teletransmisja do oddziału kardio interwencyjnej... Nagle facet mówi:
- Panowie, już nic mnie nie boli.
Kurka, dziwne... robimy kontrolny zapis EKG - kurka - zero śladów po zawale. Nic to - poprzedni zapis jest jednoznaczny, pakujemy się i spadamy na hemo. Po kilku minutach mężczyzna stwierdza:
- Chyba znowu zaczyna mnie boleć...

Kolega prowadzi rozmowę, a ja w tym czasie wykonuję monitorowanie pacjenta i kolejny zapis EKG. Po raz kolejny moim oczom ukazuje się fala zawału, a chwilę po nim - fala migotania komór i alarm defibrylatora. Patrzę na faceta - nadal rozmawia z moim kolegą. Zasada w RM brzmi: Jeśli pacjent siedzi i z tobą rozmawia, nie ma migotania komór, wbrew temu, co pokazuje monitor... Upewniam się w zapisie, podnoszę wzrok, a facet łapie rybie oddechy i traci przytomność. Długo nie zastanawiając się, ładuję defi do 200J, z zachowaniem bezpieczeństwa strzelam prądem w serducho, a facet... otwiera oczy. W całym domu czuć swąd palących się włosów na klacie. Charakterystyczny, jak zapach opalanego prosiaka lub kurczaka po oskubaniu z piór. Błąd - nie zdążyłem posmarować łyżek od defi żelem. No, ale...

- Jak się pan czuje?
- No normalnie, a jak mam się czuć...
W tym czasie w mieszkaniu podniosło się larum.
- Czemu tu nie ma lekarza?
- Bo to karetka typu P. Taką państwo macie na zabezpieczeniu gminy.
- Wezwać natychmiast lekarza.
- Dobrze, mogę wezwać eskę (zawsze to potencjalnie godzina wolnego, a nie transport ciężkiego pacjenta ponad 20 km do oddziału hemo), ale ich dojazd potrwa przynajmniej 10, jak nie 40 minut.
- Jak to 40?! On już tu powinien być.
- Proszę pani, proszę pozwolić nam popracować. Jeśli to panią uspokoi, kolega jest magistrem zdrowia publicznego, ja z zespołem zdobyłem w tamtym roku wicemistrzostwo Polski w Rescue Trophy Extreme (zawody w Ratownictwie Medycznym organizowane w trudnych warunkach - jest materiał na YT z moją gębą nawet - dop.). My naprawdę znamy się na swojej robocie.
- Lekarza, natychmiast.

Już nie chciałem dekompensować kobiety, że dzisiaj lekarz na esce jest tylko transporterem pieczątki. Pani życzy, pani będzie miała. Eska dojechała po 15 minutach i kilku zdaniach podniesionym głosem, a pacjent czekał... My swoje zrobiliśmy. W 15 minut zdążyłbym dojechać do obwodnicy wojewódzkiego. W kolejne 15 - wprost do sali hemodynamicznej. Eska dojechała.
Zanim wykonała swoje kontrolne badanie, zebrała wywiad, ja już byłem spakowany do wozu i w gotowości do kolejnego wyjazdu. Gdy wychodziłem z fresha z gorącym hot dogiem i puszką energetyka, usłyszałem włączające się sygnały. Z moich wyliczeń wynikło, że właśnie sprzątałbym nosze i palił fajka na podjeździe po zdaniu pacjenta... A to wszystko z bezgranicznego zaufania do lekarzy w karetce i braku zaufania do ratowników. Koniec końców pacjent po wyjściu ze szpitala odbył turnus rehabilitacyjny dla zawałowców, a po powrocie do domu pofatygował się, odszukał skład, który wtedy przyjechał do jego domu i osobiście zadzwonił podziękować za uratowanie życia. Drugi raz w życiu spotkały mnie takie podziękowania. O pierwszym razie będzie w następnej części.

* * * * *

Utarło się tak, że jak ktoś nie jest w policji, to munduru policyjnego nie zakłada. Jak ktoś za młodu chce zostać strażakiem, to wstępuje do OSP i drąży swoją ścieżkę kariery, jak kornik w próchnie. Ale jak ktoś chce hobbystycznie ratować życia, to odbywa internetowy kurs BLS+AED (to akurat bardzo przydatna wiedza), po czym kupuje pomarańczowy polar, kamizelkę taktyczną i popierdala w tym po mieście…
Bo nigdzie nie ma regulacji, kto tak naprawdę może sobie kupić pomarańczowy polar i nazywać się ratownikiem. I o takim hobbystycznym ratowaniu będą dwa poniższe przykłady.

Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, pewnego roku pańskiego. Dzień na wysuniętej placówce przebiegał bardzo spokojnie. Ludzie w domach kręcili kutie, lepili pierogi i prowadzili ostatnie porządki przed wigilią. My, ze Sławkiem, leżeliśmy na służbowych tapczanach i wgapialiśmy się w służbowe 6 kanałów państwowej TV, które jako jedyne odbierał nasz telewizor Rubin.
Jak zawsze - tuż przed zmianą - około 18, dzwoni siostra dyspozytorka.
- Skibi, ja cię przepraszam, ale muszę cię wysłać do powiatu, bo tam pół bloku w pizdu w powietrze wyjebało.
- CO?!
- Jakiś debil odkręcił gaz i wysadził ze sobą pół bloku.

Zebraliśmy się w 30 sekund i popędziliśmy w kierunku powiatu. Na miejscu było już z 20 jednostek straży pożarnej, radiowozy policji, trzy karetki, w tym wsparcie z województwa i my dojechaliśmy jako czwarta. Patrzymy w górę, a tam fragment wielkiej płyty, okrywający blok od frontu, wyjebało aż na drugą stronę ulicy. Szok.
Jako kierownik ZRM udałem się w kierunku wszystkich dowódców celem ustalenia strategii działania. Stoimy, rozmawiamy. Odłączono prąd i gaz w całym bloku, strażacy w ekwipunku mają wchodzić na trzecie piętro i ewakuować ewentualnych poszkodowanych, my czekamy ze sprzętem na dole i działamy w bezpiecznym obrębie. Logiczne.
Nagle za plecami materializuje się kilka osób w charakterystycznych czerwonych polarach, spódnicach harcerskich, getrach i z plecaczkiem ratowniczym na plecach, z proporcem w ręku zastępowego, w dwuszeregu zbiórka i pomiędzy dowódcami przeciska się w kierunku wysadzonej klatki schodowej.
- Stój, kurwa, gdzie idziesz?!
- No ratować poszkodowanych! Przecież wy tu stoicie i nic nie robicie.
- Won, kurwa, w tych swoich polarkach, za czerwoną taśmę i udzielać pomocy psychologicznej tym, na których pozwolę wam ćwiczyć.

Zastępowa tupnęła nóżką odzianą w harcerskie getry i z buzią zwiniętą w podkówkę odsunęła się za czerwoną taśmę. Daleko poza epicentrum.
Z opowiadania Jaro, który był pierwszy na miejscu zdarzenia wiem, że gościu, jak już wypadł po wybuchu z tego trzeciego piętra, pierwsze o co zapytał, to było:
- Miszczu, jak wyglądam?

Po czym został zsedowany, zaopatrzony i hihikopterem odwieziony do Siemianowic na oparzeniówkę. Skąd zresztą nie wyszedł.

Dzisiejszej nocy za to zostaliśmy wezwani z powodu typowo ratowniczego. Od godzin wieczornych sraczka, rzygaczka, wskutek tego odwodnienie, omdlenie, karetka, sygnały. Dojeżdżamy na miejsce, w bramie czeka młody chłopak, macha rękami, że jego dziewczyna jest tam na górze. Po południu nażarli się jakichś kotletów z grzybami i teraz zaczyna ich czyścić. I ona rzygała i w pewnym momencie dostała takich drgawek (torsji na 100%) i on jej robił tak o. Po czym zaczął na sobie demonstrować manewr uciskania klatki piersiowej.
- Kurwa, chłopie, czy ona straciła przytomność, oddech, potwierdziłeś NZK?
- No nie wiem, ale byłem na kursie i tak kazali robić i ja jestem takim ratownikiem hobbystą. Mam swoją apteczkę i na tym kursie mówili, żeby uciskać klatkę, to ją ratowałem.
- Długo tak jej robiłeś?
- No przestałem z pięć minut przed waszym przyjazdem, jak zaczęła za głośno stękać.
- Powtórz, chłopie, kurs lepiej, bo ominąłeś pierwsze dwa akapity.

Mówi się, że uciskania klatki piersiowej należy przestać po pierwszym AŁA ze strony pacjenta.


W kolejnej części o tym, jak poznałem Ivana, nocy unplugged, prawie serii, klątwie świeżaka i proroczym kłapaniu dziobem.

Oglądany: 120175x | Komentarzy: 134 | Okejek: 1225 osób
Zobacz też

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało