JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jeden dzień na dyżurze ratownika medycznego II

111 696  
1273   168  
Krótka (jednak długa) historia o tym, jak rzuciłem palenie, jak z powrotem zacząłem palić, o cudzie narodzin, o babci Adeli i jak poznałem Oczy. Uwaga! Opisy drastyczne - czytasz na własną odpowiedzialność! Nie zalecamy jeść przy czytaniu.


Konwencja opisania kolejnego dyżuru na ZRM zupełnie nie ma sensu, bo tak naprawdę te przypadki powtarzają się cyklicznie. Choćby, jak dzisiaj. Transport z przychodni, złe samopoczucie od kilku dni i niewielka kolizja - to już było. Chcieliście jednak jeszcze trochę poczytać o mojej pracy w systemie ratownictwa medycznego, więc mam kilka historii.

* * * * *

Palić zacząłem na studiach - takie towarzystwo (@alfred_ok pozdrawiam Cię serdecznie), nauki sporo, a i pod alkohol to (jak się wtedy okazało) fajeczka zawsze dobrze smakuje.
Po wyjściu z obrony pracy licencjackiej zapaliliśmy papierosa przed budynkiem szkoły i wtedy zarzekłem się, że w życiu! i za żadne skarby! nie będę pracował w ochronie zdrowia. I nie ma takiej siły, która kazałaby mi wsiąść do karetki. Do czasu, kiedy @alfred_ok nie przyemigrował do Wrocławia i nie zaczął pracy w Pogotowiu. "Skibi, dawaj, pojeździmy razem karetką, będzie fajnie". I od tego impulsu nie ma takiej siły, która by mnie z tej karetki wyciągnęła.
Ale - jak przestałem palić?! Po którymś z kolei wyjeździe do szpitala onkologicznego, po wielu przeprowadzonych rozmowach, po zdaniu sobie sprawy z ogromu ludzi chorujących na nowotwór (no dobra - po kilkumiesięcznym ględzeniu mojej małżonki też) - zaparłem się i stwierdziłem - nie palę. Od jutra. Wykupiłem paczkę desmoxanu czy innego tabexu i po 25 dniach czułem się wolny od nałogu...

* * * * *

Pamiętam, jak dzisiaj... Było coś koło 9 rano.
Pełniłem dyżur na ZRM P. Na powiatowej podstacji. Dwa zespoły ratownictwa medycznego. Eska (ZRM typu S - specjalistyczny) - na pokładzie z lekarzem, wyjechała na drugi koniec rejonu do ciężkiej duszności (która okazała się być, matko święta, infekcją - to powszechne). Czasem masz tak, że po prostu czujesz, że coś pierdolnie. Chodziłem z kąta w kąt, wypiłem gorącą kawę, zjadłem śniadanie. O dziwo, od rana nie zdążyliśmy się ruszyć choćby półzderzakiem poza bramę podjazdu. Ale tak jest, że wiesz, że pierdolnie i już...

Kilka minut po 9, siostra dyspozytorka woła przez radio - Skibi, podjedź do firmy Alfabetadelta w Pizdrzykowie Małym - młody mężczyzna doznał urazu głowy, leci do was śmigło. "A po co mi hihikopter do urazu głowy, siostro dyspozytorko?". Tam może być zgon.

Dyżur tego dnia pełniłem z Maro. Maro był rasowym wąsem z WKTS-u (Wojewódzka Kolumna Transportu Sanitarnego). Człowiek, który 30 lat życia przejeździł za kołem karetki - poczynając od Fiata, Poloneza, Fiata Ducato, aż po naszego kilkuletniego Mercedesa Sprintera. Spuścizna po dawnym systemie sanitariuszy, noszowych i felczerów, którzy w medycynie pracują, ale nie mają z nią nic wspólnego. No i taki był Maro. Maro zapiął gwizdki, odpalił fajka w karetce i pędzimy do tego Pizdrzykowa. Okno otwarte, sygnały napierdalają, w głowie aż dudni...

Wjeżdżamy na teren zakładu Alfabetadelta, hihikoptera nie widać, ale łączność utrzymana - będą w ciągu 9 minut.
Wypadam z karetki, łapię za plecak, wchodzę do hali. Kilka osób stoi wokół faceta, który jako jedyny siedzi na krześle. Tyłem do mnie. Pytam:
- Gdzie ten uraz głowy, co tu miał być?
- Siedzi.
Podchodzę od strony twarzy tego człowieka. Chociaż... Twarzy to za dużo powiedziane. Moim oczom ukazała się wielka dziura. Od oczu, aż po krtań, rozszarpane strzępki tego, co kilkanaście minut wcześniej było podobno przystojną facjatą młodego faceta. Tego widoku do dziś nie mogę wyzbyć się z pamięci. Coś, jakby predator rozewrzał przede mną swą paszczę, tylko nie było w niej szczęki, żuchwy, a jedynie wyłaniający się z krtani język. Wszystko zabryzgane krwią.

Wróciłem do karetki po Maro, bo czułem, że w plecaku zabraknie mi opatrunków. "Maro, dawaj wszystkie opatrunki, jakie mamy, wenflony, płyny z termoboxu, facet nie ma twarzy". Maro wyczłapał się z karetki, kiepując filtr od taniego fajka o ziemię i rzecze:
- Skibi, co ty pierdolisz. Takie rzeczy się nie zdarzają.
- Maro, dawaj, kurwa, wszystko, co mamy.

Zapytałem człowieka o skalę bólu. Na palcach rąk pokazał mi 8. Gdzie 0 - nie boli wcale, 10 - nie da się z bólu wytrzymać. Rozszerzyliśmy tę skalę o 11 - ziarnko piasku w prezerwatywie i 12 - bóle odszkodowawcze kręgosłupa szyjnego.

Założyłem dwa duże wenflony (te szare), podłączyłem płyn, podałem morfinę (wątpię, że podziałała). Tak naprawdę w żadnej książce nie ma wytycznych, jak postępować w takim urazie - działałem instynktownie. Zachowując jałowość opatrunków, wypełniłem nimi dziurę, która pozostała otwarta na wszelkie brudy z otoczenia. Maro w tym czasie pilnie podawał mi materiały zza pleców pacjenta, jeszcze go nie widząc.

Wylądowało śmigło. Przyszedł fruwający lekarz i mówi:
- Rozwiń to.
- Ale doktorze, facet nie ma twarzy.
- Rozwiń.
Rozwinąłem bandaże, wyjąłem wszystkie skrzętnie poukładane gazy, a ich oczom ukazał się ten sam widok, który ja już zdążyłem poznać. "O kurwa" - powiedział lekarz z karetki. "O ja pierdolę" - powiedział Maro...

Latająca karetka miała wtedy więcej możliwości niż naziemna Petka. Więcej leków, więcej uprawnień, no i lekarz na pokładzie. Zsedowaliśmy pacjenta przy pomocy Fentanylu i Midanium, a lekarz założył rurkę intubacyjną wprost w otwór tchawicy, który widoczny był bez pomocy laryngoskopu. Facet do dzisiaj żyje.

Po powrocie na podstację otworzyłem drzwi od karetki, wybiegłem pod wiatę i płakałem, jednocześnie śmiejąc się. Całe moje rzucanie nałogu palenia wzięło w łeb. Drżącymi rękami wypaliłem z 5, może 6 fajek z rzędu i poprosiłem dyspozytorkę o mycie i dezynfekcję. A najchętniej dłuższą chwilę, żeby ogarnąć emocje.
"Skibi, masz 10 minut. Na Pueblo czeka pani z bólem głowy od 4 dni".

* * * * *

Pracując w ZRM rodziłem dwa razy. Ratownik na Esce. Nocna zmiana. 6:40 - pięć minut do potencjalnej zmiany. Nowe zgłoszenie o kodzie pilności 1. Problemy ginekologiczne, ciąża 3, poród 3, odeszły wody. Adres: ul. Pociągowa 1. Szkurwa - na dworcu kolejowym kobita rodzi?! Gorzej...
Wpadamy na gwizdku na dworzec kolejowy, poczekalnia pusta, perony puste. Na torach stoi InterCity, a ze środka macha do nas konduktor. Serio?!

W środku składu, w przedziale, siedzi młoda kobieta i trzyma na rękach noworodka. Okazało się, że dziecko wyszło na świat na 3 dni przed terminem, w toalecie pociągu, którym jechała jego matka. Z wrażenia, z trzęsącymi się rękami, próbowałem zaklemować pępowinę. Pogubiłem połowę klem. Wyjąłem z drugiego zestawu porodowego, zapiąłem. Lekarz z mojego zespołu mówi "No to teraz tnij". Boż... w życiu mi się tak łapy nie trzęsły. Jak alkoholikowi z ZZA...

Koniec końców, mamusię i dziecko odstawiliśmy do szpitala. Młode dostało od IC darmowe przejazdy do pełnoletniości.

Drugi raz rodziłem już w domu i było nieco łatwiej. Z pozoru. I do pewnego momentu.

Z porodami w ZRM mamy naprawdę mało do czynienia. Niektórzy z kolegów, którzy pracują po kilkanaście lat, nie doświadczyli jeszcze cudu narodzin. Tym razem wezwani zostaliśmy do kobiety, której odeszły wody. Dzień po terminie. Jak w zegarku. Od dwóch dni powinna być w szpitalu i oczekiwać na potomka...

To jednak dość powszechne. Kobieta, która jest w ciąży, ma wyznaczony termin porodu (orientacyjny, ale zazwyczaj jest to odchyłek jednego, góra kilku dni). Zazwyczaj jednak do ostatniego dnia (jeśli ciąża przebiega prawidłowo) oczekuje ona w domu, dopóki nie pojawią się skurcze porodowe. Wtedy dzwoni na 999 i wzywa karetkę. Wtedy otrzymujemy wezwanie pod hasłem K1 "bóle porodowe" i hajda, taksówka na gwizdkach pojawia się pod domem. Pal licho - kobieta jest sama w domu, bóle pojawiły się nagle, dzień przed terminem, nie ma jej kto zawieźć do szpitala. Najczęściej jednak stoi kobieta w drzwiach, z całym spakowanym mandżurem, i życzy sobie przewozu do szpitala. Nie odmawiamy nikomu takiego transportu. Mandżur jednak zostaje w domu. Nie jedzie karetką. Cóż... jest to taxi, ale nie bagażowe. Wtedy to, już bez sygnałów, z przyszłą matką na noszach, prędkością dozwoloną kolibiemy się do szpitala. W 99% przypadków (bez przesady) na zderzaku karetki ciśnie swoim prywatnym samochodem przyszły tatuś. A na izbie denerwuje się, że za wolno jechaliśmy.

Opcja druga - przyszła mamusia wzywa karetkę, czeka z mandżurem i życzy sobie przewozu (identyko jak w poprzedniej opcji). Tylko do WYBRANEGO szpitala w X. Nas obowiązują rejony i najbliższe lokalizacji szpitale. Dla tego powiatu jest to szpital w Y. Zazwyczaj mamusia obraża się, powtarza, że jej się to należy, bo płaci składki. Jednakże chęć rodzenia w wybranym szpitalu jest wyższa i taka obrażona wysiada z karetki i jedzie prywatnym transportem.

Zastanawiam się czasem, czy te przyszłe matki, które z pewnością chciałyby urodzić zdrowe i piękne dziecko, które do ostatniego dnia czekają, aby do tego szpitala dotrzeć, nigdy nie pomyślały, że tą karetką, chwilę przed nimi, jechał np. Oczy...

Wracając jednak do drugiego porodu...

Wkolibaliśmy się na czwarte piętro, bez windy, w kamienicy. Z racji powrotu do nałogu, już przy trzecim piętrze zaczęło mnie lekko przytykać, ale daliśmy radę. Zbieram wywiad od ciężarnej matki, która nijak nie jest przygotowana do tego, że jej kolejne dziecko pcha się na świat. Co ile skurcze? "Co 30 sekund. Oooooooo, teraz". Odeszły wody, pojawiła się krew. Pękł pęcherz płodowy. Młode idzie na świat. Tego procederu nie da się zatrzymać. Nie da się kazać dziecku wrócić do dziury i czekać na dotarcie do szpitala. Trzeba rodzić w domu...

Janka - mojego ówczesnego kierowcę - cofnąłem do wozu po krzesełko kardiologiczne, a sam zostałem na placu boju.
Przy drugim skurczu głowa dziecka pojawiła się na zewnątrz. Przy trzecim - kurwa - dalej nie idzie... Mój niezbyt doświadczony w porodach umysł podszepnął mi, że coś tu jest, kurwa, nie tak. Podtrzymałem dziecko i wyczułem pod palcem, że wokół szyi jest okręcone pępowiną. Odkręciłem ją raz. Druga pętla. Kurwa. Przy trzecim skurczu małe było już całe na zewnątrz. Tylko od szyi w górę było szare. Oddychało, napięcie mięśni było prawidłowe, załkało, gdy odessałem wody płodowe z nosa, gardła i uszu, tylko, cholera, było sine. "Janek, zapakuj panią na krzesło, zniesiecie z konkubentem (Pueblo) do wozu, ja zapierdalam z oseskiem już na dół i COŚ będę robił". Tylko co?! Po podaniu tlenu i kilku minutach jazdy do szpitala dziecko odzyskało naturalne kolory ludzkiego potomka.

Najlepszym momentem, jaki mnie spotkał, był szpaler z pielęgniarek i położnych, gdy wchodziłem przez rozsuwane drzwi do szpitala.
Na podjeździe fajka.

* * * * *

Kim jest babcia Adela?

Babcia Adela ma platynową kartę stałego klienta. W tym roku odwiedziliśmy ją już 46 razy. Babcia Adela ma swoje stałe pory wzywania ZRM, które zazwyczaj przypadają między 2:30 a 3:30 w nocy. I jak na złość - w większości przypadków wypadają na moim dyżurze. Babcia Adela co rusz wzywa z innego powodu. Załapała jednak, że najczęściej udaje się wezwać karetkę gdy powie, że boli ją brzuch. I tak jeździmy raz w tygodniu do bólu brzucha...
Babcia Adela od momentu wezwania ZRM do przyjazdu karetki pod jej klatkę w bloku wystaje w oknie i mierzy czas dojazdu. Gdy karetka podjeżdża i kierowca gasi silnik, momentalnie materializuje się po drugiej stronie mieszkania, by zareagować na domofon w ciągu milisekundy od naciśnięcia przycisku na centralce. Od otwarcia drzwi do pokoju gościnnego - jakieś 4 metry przedpokoju - babcia Adela kolibie się dobre 5 minut, za każdym razem opowiadając historię o tym, jak 30 lat temu jej córka wyjechała do Stanów i nie odzywa się do matki, a ona jest taka samotna.

Kolejne 40 minut trwa zbieranie wywiadu, badanie i wypełnianie papierów. Babcia Adela przez cały ten czas próbuje nas przekonać, żeby ją zabrać do szpitala, żeby ją dokładnie przebadali. W tym czasie wertuję cały segregator wypisów ze szpitali, poradni, przychodni lekarza rodzinnego, gdzie wyraźnie napisane jest, że NIC jej nie dolega. Z NICZYM to ja do szpitala nie zabieram. Zostawiam kartę i wychodzę. Tym razem ostrzegam, że jak jeszcze raz wezwie karetkę, to nie będę się szczypał, tylko wezwę dzielnicowego, który wystawi jej mandat za bezpodstawne wezwanie ZRM.
Babcia Adela zatrzaskuje nam drzwi za plecami, kiwa głową, że rozumie i klnie pod nosem, że znowu jej nie zabrali...

Dwa dni, a w zasadzie dwie noce później. Jak na złość - mój dyżur. 2:30, z zegarkiem w ręku - Babcia Adela, ból brzucha. Wpadam wściekły na tę samą klatkę schodową, drzwi otwierają się i pytam, już nieco mniej grzecznie: Czego znowu babcia chce?! "Od pana już nic". Jebs drzwiami. Odstąpiono od czynności.
Od trzech tygodni Babcia Adela nie dzwoni. Widuję ją na mieście, więc żyje. Jak mnie widzi, odwraca się plecami i nie reaguje na "dzień dobry".

* * * * *

Jak poznałem Oczy?

Środek nocy, ZRM typu S. K1, Pueblo, nieprzytomny na trzecim piętrze, w toalecie na korytarzu.

Wpadamy, leży. Sprawdzenie przytomności: otwieranie oczu - brak - 1, reakcja słowna - niezrozumiałe dźwięki - 2, reakcja ruchowa - ucieczka od bólu - 3. Razem 6 punktów w skali Glasgow. Ciemno, bo na Pueblo brak prądu to nic zaskakującego. Jedyne źródła światła - moja czołówka i jedna latarka z telefonu od patrolu policji. Wywiad żaden. Kompani z lokalu socjalnego, gdzie trwała impreza, z której ktoś wyszedł, dziwnie się zdematerializowali, a wszystkie dźwięki na Pueblo ucichły. Ewakuacja. Będziemy rzeźbić w karetce. Znosimy KTOSIA do karetki, układamy wygodnie na noszach, badamy. Ciśnienie - w normie, saturacja - szału nie ma, ale może być. Reakcja źrenic na światło - brak. Odruchów bólowych - brak. Glasgow 6. "Doktor - trzeba rurę".

Rura rozpakowana, szczelność sprawdzona, strzykawka do uszczelnienia przygotowana, laryngoskop świeci. Pakuję łychę Macintosha, rozmiar 5, w dziób ktosia i nagle rozlega się ryk. Tak przeraźliwy ryk, jakiego nigdy jeszcze nie słyszałem. "CO WY KURWA ZE MNĄ ROBICIE? AAAAAAAA, JA NIE WIDZĘ". Ktoś zrywa się z noszy, wyrywa z rąk moich i kolegi, rzuca nim po noszach, jak kotem po rabarbarze i nagle... jakby ktoś odłączył wtyczkę od zasilania. Naćpany, pijany, cholera wie... Jedziemy na trutki (oddział ostrych zatruć).

Wjeżdżamy na oddział, przychodzi lekarz dyżurny, opuszczamy nosze i... zasilanie wróciło. "Kto ty jesteś?". Ja jestem Oczy. "Jakie, kurwa, oczy?". Oczy. Tak na mnie mówią, bo nie widzę. "Jak, kurwa, nie widzisz?!". Oczy wyjmuje telefon, wyciąga rękę w bok i mówi: Patrz. Klik, klik, klik, klik. Książka telefoniczna. Klik, klik, klik, 20 razy, matka. Jest matka? Faktycznie - kontakt do mamuśki. No to dzwoń. I okazuje się, że Oczy, przez kilkuletnie picie dykty z różnymi dziwnymi typami, faktycznie zaniewidział i porusza się po omacku. A w ogóle to on to pierdoli i wraca na imprezę. "A gdzie ty, Oczy, byłeś na tej imprezie?". No u Heńka i Stacha na Pueblo. Weź moją rękę i pokaż mi kierunek na Pueblo i ja tam sobie pójdę. "Oczy, kurwa... jesteś w Y. Przyjechaliśmy z Pueblo. To jakieś 20 km w linii prostej. A z zakrętami to jakieś 28 nawet.". Pierdolę, idę. I poszedł.

Noc, dzień później. K1. Leży przy krawędzi jezdni, na asfalcie, być może potrącenie. 1:15 w nocy.

Ciśniemy na gwizdkach do wskazanej lokalizacji. Droga powiatowa, ruch spory, nawet w nocy. Między wioskami. Ciemno jak w dupie (bez przesady). Oświetlamy sobie miejsce zdarzenia - leży. Znam typa. Skąd?! "OCZY, kurwa... ktoś cię potrącił?". Nie, tak sobie leżę, bo jak mnie wczoraj wywieźliście do Y, to dopiero wracam. Położyłem się, żeby kimnąć. "Oczy. Na asfalcie?". Bo ciepło. "Oczy. W środku nocy?". A mi to bez różnicy, bo i tak nie widzę. Skończyło się na wezwaniu patrolu, który odwiózł go do miejsca tymczasowej destynacji. Co jakiś czas przewija się wśród wezwań. Ale na kulturalne "Oczy, spierdalaj, bo wezwę służby", oddala się w tylko sobie znanym kierunku.

* * * * *

Następnym razem o tym, jak płakałem żonie w rękaw, o bieganiu w nieznanym kierunku i nadużywaniu wódki celem ukojenia.

Zobacz też co się działo w poprzedniej części.

Oglądany: 111696x | Komentarzy: 168 | Okejek: 1273 osób
Zobacz też

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało