JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tym jak porwaliśmy się na niewykonalne: pierwsza impreza masowa

52 741  
406   37  
Ostatnio myślałem sporo o projekcie, na który porwaliśmy się z dwójką znajomych dziesięć lat temu. Z czasem człowiek dostrzega jak wielkie wyzwanie podjął i jak niemożliwe było to wtedy do pokonania, a jednak dopiął swego. Kosztowało to jednak sporo wysiłku i niemożliwą do wyobrażenia ilość pracy.


Wakacje dziesięć lat temu, rok w którym człowiek ukończył 19 lat i zaczynał się zastanawiać co zrobić dalej. Pełen werwy, którą trzeba było gdzieś wyładować. Pojawiła się już praca w małej knajpce, ale była chęć zrobienia czegoś nie dla siebie, ale dla ludzi. Działaliśmy już przy mniejszych wydarzeniach dla dzieciaków, ot choćby obłożyliśmy ratusz papierem, załatwiliśmy od sponsorów farby i pozwalaliśmy każdemu kto chciał namalować coś "na ratuszu". Te prace następnie wystawione były w galerii.
Podczas weekendowej posiadówki przy piwku ze znajomymi padł pomysł. W tym roku nie było u nas koncertu na WOŚP i nikt nie chce się tym zająć (problemy poprzednich organizatorów po tym, jak uszkodzony był parkan koło zabytkowego pałacu Branickich). Każdy bał się za to brać, więc zróbmy to my. Wszystko wyglądało pięknie, mieliśmy podstawę prawną w postaci stowarzyszenia do jakiego należeliśmy. Stowarzyszenie działało na zasadzie niezależnego ośrodka kultury, więc wpasowywało się w stworzenie takiej imprezy.

Jako że był sierpień, stwierdziliśmy, iż mamy tak dużo czasu i damy radę! Zaczynamy od wyszukania miejscówki na duży koncert. Najlepszym planem był plac przed teatrem, gdzie wszelkie ulice są daleko od miejsca, gdzie mogła stanąć scena. Wszystko ładnie pięknie, zacznijmy więc działać. Złożyliśmy do urzędu miejskiego wniosek o przyznanie nam pozwolenia na zorganizowanie imprezy masowej w tym miejscu. Podaliśmy też miejsce drugorzędne - plac przed ratuszem. Też dużo miejsca i da się to spokojnie ogarnąć. Miesiąc oczekiwania na odpowiedź, więc czas nam się kurczył. Jest już wrzesień. Przyszło pismo z urzędu. Usiedliśmy i otwieramy je z sercem w gardle. Przyznają nam miejsce? Teatr? Ratusz? Czytam powoli pismo i zimny pot przeszedł mnie po plecach. Przyznano nam... rondo koło uniwersytetu. Oznaczało to, że nie będziemy mieli placu na swobodne zorganizowanie imprezy, a dostaliśmy rondo, do którego dochodzą cztery dość ważne ulice. Ulice trzeba będzie zamknąć na 24 h, to oznacza dużo grzebania się w papierach. Bardzo dużo.


W tym momencie przestało być różowo i pięknie, przestały nas nachodzić wyniosłe myśli "robimy dużą imprezę!", pojawiły się za to w głowach teksty "Na co my się kur** porwaliśmy". Trzech totalnych żółtodziobów robi imprezę masową. Powiedziało się jednak A, trzeba więc powiedzieć B. Do Z jeszcze długa droga...

Studiowaliśmy nocami wszelkie przepisy o imprezach masowych i to, co trzeba dostarczyć do urzędów, by taka impreza doszła do skutku. Pojawiła się jeszcze jedna ważna kwestia, mianowicie "a za co my tę imprezę zrobimy?". Podzieliliśmy się i zaczynamy rajd po firmach, może ktoś zechce nas sponsorować. Trwało to długo i poprosiliśmy o wsparcie urząd miejski w tym co robimy. Oddelegowano nas do CWOP-u, czyli Centrum Współpracy Organizacji Pozarządowych. W przeciwieństwie do wielu urzędów, w tym pracują nie urzędnicy, a ludzie. Służyli nam wsparciem merytorycznym i dostaliśmy nawet klucz do urzędu, by móc dowolnie korzystać z sali konferencyjnej i kuchni (kawa, podstawowy składnik naszego życia w tamtym okresie). Powstało małe centrum dowodzenia. Teoretycznie, ale powtórzę to jeszcze raz, czysto teoretycznie, było więcej organizatorów, lecz ci chcieli się pojawiać tylko wtedy, gdy pojawiały się media, jak prasa, telewizja czy radio. Realnie była nas tylko trójka. Nie było czasu, by się na nich wkurzać, bo mieliśmy ogrom pracy przed sobą.

Trzeba przygotować mapy dla służb. Policja, straż pożarna, pogotowie. Każdy potrzebował innej mapy. Jedni ewentualne zagrożenia na terenie imprezy, punkty wzmożonego zagrożenia (zaciemnione, ukryte miejsca). Straż pożarna ewentualne drogi pożarowe, gdzie będą rozstawione sztuczne ognie, jak będą zabezpieczone. Pogotowie zaś gdzie będą medycy, gdzie ma stać karetka, gdzie rozlokować punkt pomocy itp. Nie wiedzieliśmy totalnie jak to rozlokować, nie wiedzieliśmy jak się za to zabrać. Rysowaliśmy tak jak uważaliśmy, gdzie co powinno stać. O dziwo mapy przeszły bez żadnego problemu, mamy więc to z głowy. Jedną z rzeczy. Z wielu rzeczy.

Z urzędem komunikacji musieliśmy przygotować cały plan, jak puścić ruch, na ile czasu chcemy zamknąć ulice (jedna miała być zamknięta na 48, a nie 24 godziny, ze względu na to, że na tej ulicy miała stanąć scena i całe jej zaplecze). Udało nam się zebrać od sponsorów 36 tys. złotych i jest to zastraszająco mały budżet jak na tak dużą imprezę. Biorąc pod uwagę, że scena miała nas kosztować 14 tys., ochrona 6 tys. i sztuczne ognie 4 tys., to mieliśmy 12 tysięcy na całą resztę. Było to kolejne wyzwanie do pokonania. Chcemy przecież ściągnąć zespoły i musimy im zwrócić za dojazd. Z tym był największy problem, bo ostatni kosztorys podróży dostaliśmy dopiero na tydzień przed imprezą. Cały czas pracowaliśmy realnie na kwocie, której ostatecznie nie znaliśmy.

Człowiek wtedy pracował, więc całość robiło się od 7 rano. Wstajesz o 6, sprawdzenie papierów, śniadanie, prysznic i do urzędu na 8 rano, bo prawie codziennie musieliśmy zdawać raport, czy dajemy sobie radę. W przeciwnym wypadku mogli nam odebrać zgodę na zrobienie imprezy. Po spotkaniu w miasto, papiery, urzędy, spotkania, telefony i na 13 do pracy w knajpie. Pracę kończysz o 23-24 i wracasz do domu padnięty, ale jeszcze trochę posiedzieć nad papierami i kładziesz się spać o 2 w nocy. Wstajesz o 6, by powtórzyć cały rytuał z poprzedniego dnia. Życia osobistego wtedy nie miałem, czasem udało się wyrwać dzień wolny w pracy i dwie godzinki wieczorem na piwko ze znajomymi na murku. Chciałem wtedy jednak udowodnić sobie, że nieważne jak duży cel postawie przed sobą, mogę do tego dojść i przeć do przodu.

Gdy zachodziliśmy do CWOP, by tam popracować w ciszy i przy biurku, wyglądało to strasznie. Wszędzie papiery, wizytówki, karteczki z informacjami, numerami i kubki z kawą. Z tym też była zabawna sytuacja, później często powtarzana przez znajomych. Nasze wątroby i organizmy pracowały na kawie, ale nie byle jakiej. Gdy przychodził kryzys organizmu, szliśmy do małej knajpki gdzie pracowałem i braliśmy nazywaną przez nas i obsługę "szmatę". Była to kawa w półlitrowym kuflu. Składała się z 12 łyżek kawy fusiastej, 12 łyżek kawy rozpuszczalnej i "torebki cappuccino w proszku - dla smaku". Raz gdy zrobili tę kawę i postała tak z 5 min do wystygnięcia kumpel rzucił kulką papieru w powierzchnię. Kulka odbiła się i spadła na ziemię. Po takiej dawce oczy robiły się jak 5 zł i kolejne 8 mogliśmy pracować na pełnych obrotach.

Pewnego dnia odezwała się do nas telewizja, chcą relacjonować nasz koncert na żywo jako urywki z miast. Oho, kolejne ciężkie wyzwanie. Impreza ma być na jak najwyższym poziomie, by nie było wstyd tego pokazać na całą Polskę. Rozśmieszyło to nas wtedy: "impreza na najwyższym poziomie". Czyli jak? Jesteśmy przecież totalnie zieloni, jak ma wyglądać ten "najwyższy poziom"?. Doszliśmy do wniosku, że najwyższym poziomem dla nas będzie czegoś nie spier**ić na wizji.


Trzeba się ostro brać do roboty. Był wtedy listopad i wiele jeszcze rzeczy przed nami. Te najbardziej podstawowe rzeczy mieliśmy już za sobą, pora więc na te poboczne, ale też ważne. O zgrozo, ile się ich zebrało. Od stworzenia projektów plakatów, współpracy z różnymi organizacjami, dodatkowymi atrakcjami, po ogarnięcie wszystkich chętnych do bycia wolontariuszami. Tutaj zaczął czas się kurczyć podczas dnia i nocy. Czasu coraz mniej, a roboty coraz więcej. Pojawiły się nieprzespane noce, bóle głowy, niedożywienie organizmu (brak czasu na jedzenie, a czasem zapominaliśmy, że trzeba coś zjeść), nie mogliśmy się poddać. Nie teraz, gdy jesteśmy tak blisko.

Jak to wyglądało z niewyspaniem można dać jako przykład zaproszenie do regionalnej telewizji na rozmowę. Przed wejściem do studia zaproszono mnie do charakteryzacji, nawalono mi pudru na twarz, by, jak to dosłownie określono, "zakryć te wory pod oczami". Po rozmowie, gdy wychodziłem ze studia, zaproszono mnie ponownie, by zmyć z twarzy puder. Odpowiedź była prosta: "Nie zmywajcie mi tego, skoro nie widać teraz worów, a mam jeszcze 2 spotkania, to przynajmniej nie będę straszył ludzi". Człowiek już tak się wkręcił w ten tryb życia, że denerwowały nas święta. Jest to przecież okres, gdy nie możemy nic załatwić. Mimo to i tak spędziłem je na pisaniu papierów na kilka dni do przodu. Koniec grudnia, impreza tuż tuż i pełno mniejszych i większych rzeczy. Im bliżej do imprez,y tym gorsze samopoczucie. W pewnym momencie człowiek był w dołku psychicznym i fizycznym. Robił by robić, a impreza się zbliżała.


Dzień przed imprezą. Scena się właśnie rozkłada, a my w uniwersytecie dostaliśmy do dyspozycji kilka sal. Sobota 21., nasza trójka zebrała się w jednej z nich, by przygotować wszystko na rano. Czekała nas nieprzespana noc. Musieliśmy posegregować wszystkie identyfikatory, przygotować system ich rozdzielania, posegregować, złożyć i zaplombować puszki. Plan był taki, że osoby, które "rzekomo" były w organizacji, przyjdą rano z innymi pomocnikami i zajmą się wydawaniem puszek i przywożeniem bramek ochraniających na teren koncertu. My mieliśmy z rana mieć jakieś dwie godzinki na przespanie się. Ufanie innym było błędem...

O umówionej godzinie 5 rano nie pojawił się nikt. Czekamy do 5:30, bo może się spóźnią. Miało przyjść 20 osób do pomocy. Nie przyszedł nikt. Wszyscy zarzekali się, że nas nie zawiodą. Zostaliśmy sami.

No nic, trzeba wykrzesać z siebie trochę więcej. Znacznie więcej. Jedna osoba została, by wydawać puszki i identyfikatory, a ja z kumplem wskoczyłem na zamówionego Stara i woziliśmy bramki z miejscowego klubu piłkarskiego. Rzecz, jaką miało się zajmować 16 osób, robiliśmy we dwóch. Pojechać do klubu, załadować bramki, tzw. "Policjanty", ważące prawie 60 kg jedna, na Stara, zawieźć na teren koncertu i wyładować. Znów powrót na ładowanie i tak 10 razy. Później rozstawić te wszystkie bramki po terenie koncertu. Zajęło nam to 6 h. Dokładnie od 5:30 do 11:30. O 12 miały się zacząć koncerty, więc zdążyliśmy. Wchodzimy totalnie padnięci i brudni do sztabu i widzimy... wszystkie osoby, jakie miały być rano, śmiejące się i popijające herbatkę. Wiązanki, jaką od nas usłyszeli, nie będę przytaczał ;)

Poprosiłem rodziców wcześniej, by przywieźli mi coś do przebrania, bo cały dzień brudny chodzić nie będę i ruszyłem do ogarniania wydarzeń na scenie i dookoła niej. Ciągle w ruchu, ciągle z telefonem w ręce.
Jeden z kumpli określił, że sceną opisującą całą naszą pracą na koncercie było moje siedzenie przy stole. Ręką pokazywałem na planie koncertów, co trzeba ogarnąć, w drugiej ręce długopis wypełniając papiery dla jednego z zespołów, a na ramieniu oparty telefon, do którego na żywo dla miejscowego radia zdawałem relację z imprezy.


Nie wiem kto też wymyślił przepis, który nie pozwalał nam zajmować się finansami i musiała to robić inna osoba. Przynajmniej tak nam powiedziano w urzędzie, a my nie mieliśmy czasu tego sprawdzić. Osobą odpowiedzialną za to był prezes stowarzyszenia, do którego należeliśmy i pod którego pieczęcią działaliśmy w świetle prawa. Nie myśleliśmy, że będzie to zły pomysł, niestety znów życie sprowadziło nas do parteru. Gdy trzeba było zapłacić zespołom, osoba ta znikała z terenu koncertu i wyłączała telefon. Doprowadzało nas to do białej gorączki, gdyż co chwila ktoś podchodził do mnie z któregoś zespołu pytając o pieniądze za przejazd. Grali za darmo, należały im się jak nikomu innemu. Było mi cholernie głupio przed nimi i starałem się to ogarnąć. Koniec końców ktoś go znalazł i pociągnęli go do tłumaczenia się przed wszystkimi zespołami.

W dniu koncertu dostaliśmy też informację, że dwóch sponsorów jednak się wycofuje. Straciliśmy 3,5 tys. złotych z i tak bardzo skromnego budżetu. Serca stanęły nam w gardle, nie wiedzieliśmy co zrobić. Postanowiliśmy jednak działać dalej. Show must go on. Jesteśmy przecież już w trakcie koncertu, nie ma jak się wycofać. (Cała sytuacja rozwiązała się tydzień po koncercie, jak władze się dowiedziały, że firmy wystawiły nas do wiatru i zorganizowały same od przedsiębiorców te 3500 zł na zamknięcie budżetu). Jest już wieczór, trwa właśnie pokaz grupy fire show dla ludzi. Robią niesamowite wrażenie, ale nie to nas obchodziło. Zaraz wejście na antenę podczas "światełka do nieba". I wszystko musi grać jak najlepiej, nic nie może się posypać.

Gdy poszły pierwsze fajerwerki w górę, zaczęła grać WOŚP-owa muzyka ze sceny, a ludzie zaczęli skandować "Tak się bawi, tak się bawi BIAŁYSTOK". Usłyszeć to z tysięcy gardeł podczas imprezy zorganizowanej przez ciebie, wymagającej tyle wysiłku fizycznego i psychicznego... Uczucie nie do opisania. Popłakałem się ze szczęścia, radości. Płakałem jak małe dziecko za sceną. Wszystkie emocje zeszły w jednej sekundzie. Ci wszyscy ludzie przed sceną dali mi taką siłę, że nie było już zmęczenia. Cała reszta imprezy to była pestka, raptem 4 godziny do końca zleciały jak biczem strzelił.

Zmęczenie dało o sobie znać po imprezie. Miałem do przejścia 400 metrów, gdzie czekał na mnie samochód. Spojrzałem na zegarek podczas wychodzenia z terenu imprezy i po dojściu do samochodu. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. 400 metrów szedłem 52 minuty. Papiery zamykające imprezę w kolejnych dniach to już był totalny spokój i formalność.
Jeśli szukacie wyzwania w życiu - to jest świetna opcja. Uczucie działającej machiny imprezy i reakcje ludzi są bezcenne. Warte każdej sekundy pracy, każdej nieprzespanej nocy!


Oglądany: 52741x | Komentarzy: 37 | Okejek: 406 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało