JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Mój Stary i jego motoryzacyjne "przygody"

89 508  
707   89  
Lubił niebezpieczne samochody i szybką jazdę, zobaczcie, jak to się skończyło.

samochody zajawka

Jest końcówka lat 90., pod daszkiem starej komórki stoi maluszek. Rocznik z okolic roku 1980. Z wierzchu trochę zmaltretowany, za to pod klapą sprawa ma się już o wiele lepiej. Bez wielkiego rozmachu, ale z 40 koni to tam mogło siedzieć. Na dzisiejsze warunki brzmi śmiesznie, jednak w maluchu to było coś! Bujał się do 125 km/h (oczywiście bez obciążenia, z górki, z mocnym wiatrem w plecy i na prostej prowadzącej przez minimum dwie gminy).

Autentyk pierwszy:

Ojciec odbierał mnie od babci i wracaliśmy tym maluszkiem przez górski odcinek Jodłownik – Wolibórz. Po kilku kilometrach dojechał do jakiegoś Cinquecento i zaczął się trochę nudzić, więc przymierzał się do wyprzedzania na prostej. Zbyt wąsko, nie da rady, a tamten zamiast jechać blisko prawej krawędzi, to jedzie twardo „optymalną” trasą. Miarka przebrała się na mostkach (charakterystyczny odcinek – kilka następujących po sobie lewych i prawych zakrętów przez szerokie mostki).

Cinquecento na jednym z prawych zakrętów poszedł trochę szerzej i wyniosło go na środek jezdni, a mój ojciec, długo nie czekając, wyprzedził go – tnąc po wewnętrznej.
Zerknąłem do środka tamtego samochodu w trakcie wyprzedzania. Zauważyłem, że na drzwiach miał przyklejony duży numer, a ostro wku**ony pilot zrzucał właśnie kask i patrzył na nas z chęcią mordu.

Pewnie byli na rozpoznaniu trasy, ale mogli nas puścić. Kultura musi być, w górach zawsze tak się robi. No i skąd mogliśmy wiedzieć, że są załogą rajdową?

Autentyk drugi:

Wspominałem już o tym kiedyś w komentarzach, dlatego oddaję w niezmienionej formie. Miałem wtedy może 11 lat. OS Kamionki – Walim.

– Synek, nowe hamulce porobiłem w maluchu, jedziemy potestować?
– No jasne!
– No to ja przejadę ze dwa kilometry, a potem ty.

Za przełęczą zmiana foteli.

– NO I DAJESZ SYNEK! PRAWY TRZY TNIJ PRZEZ MOSTEK DO PROSTEJ OSIEMDZIESIĄT!
– Tato, nie wygłupiaj się!
– PRZEZ SZCZYT STO DWADZIEŚCIA!!!
– Przecież znam trasę na pamięć!

Minęły jakieś dwa lata

Kolejnym wartym odnotowania starym rzęchem był Mitsubishi Lancer II – rocznik jak poprzednio, około 1980. Rupieć jakich mało. Z wierzchu przypominał zaniedbanego poloneza, w dodatku po optycznym wsiowym „tuningu” na górze był biały, a na dole domalowano go na czerwono. I jeszcze te śmieszne sportowe złote alufelgi a’la Subaru Impreza. Oryginalne prostokątne przednie reflektory zostały zastąpione przez jakieś okrągłe. Na zderzaku kolejne wielkie okrąglaki do doświetlania terenu. Śmiechu warte. Na drodze zawsze wzbudzał politowanie, nawet te 15 lat temu.

Na zdjęciu jakiś inny egzemplarz, żebyście chociaż poczuli siłę skojarzenia z Polonezem:

lancer

Autentyk trzeci:

Ojciec przeprowadził się do Warszawy, a ja przyjechałem do niego na wakacje, pierwszy raz tu jestem. Wsiadam z tatą w to stare Mitsubishi i jedziemy powolutku przez mazowieckie drogi.

Ciekawe zrządzenie losu sprawiło, że na którychś światłach na jakiejś większej, trójpasmowej trasie stanęliśmy na „pole-position”, a obok nas chłopak w wybajerzonym Seicento. Takim wiecie, obniżone zawieszenie, na karoserii kolorowe pasy, spojler wielkości sporej deski do prasowania i centralny wydech z dużego wiaderka po śledziach. Zaczął piłować swojego cieniasa, wskazując wymownie na pustą drogę przed nami.

- Eh… – wzdycha mój ojciec.
- On się chyba ścigać chce? – jestem zaskoczony, do tej pory widziałem takie rzeczy tylko na filmach.
- Jemu się tak wydaje tylko, głupi jest, a z głupkami nie ma ścigania.
- No, nie ma się co…

Nie dokończyłem, bo coś mną szarpnęło i wcisnęło mnie w fotel. Zauważyłem tylko, że wskazówka prędkościomierza zaczyna się obracać jak wskaźnik w starej wadze, kiedy wchodził na nią jakiś gruby wujek. Problem był taki, że waga kończyła się na 110, a tutaj leciało dalej i nie chciało przestać.

waga

Kiedy dolatywaliśmy do kolejnego skrzyżowania (bardzo krótkie odcinki – kilkaset metrów), akurat zapalało się zielone, więc Stary pewny zielonej fali depnął jeszcze do podłogi i poleciał dalej. Następne skrzyżowanie było już puste, ale pomarańczka doszła do czerwonego, dopiero kiedy wlatywaliśmy na środek. Wskazówka dawno zeszła z zakresu, który mogłaby pokazywać domowa waga, więc policjanci stojący za skrzyżowaniem nawet nie mieli szansy wyciągnąć suszarki, jeden zdążył tylko w ostatniej chwili machnąć niezgrabnie lizakiem. W sumie to bardziej wyglądało, jakby próbował złapać lizaka, który wypadł mu z ręki.

- Trzymaj się! – krzyknął ojciec.

Wtedy znowu poczułem przeciążenie, tym razem w drugą stronę (jeżu, jakie tam były gumy przyczepne i hamulce dobre). Ojciec na wstecznym podjechał do policjantów. Zatrzymał się – to się nie mogło dobrze skończyć.

- Proszę wysiąść z samochodu – krzyknął policjant głosem niecierpiącym sprzeciwu.
- Tak jest – ojciec wysiadł.
- CO TU SIĘ DZIEJE?
- No… chciałem tutaj synkowi pokazać, jak się po Mazowszu fajnie jeździ…
- Nie o to pytam.
- Taaak?
- Co to się pod maską dzieje? Otwieraj pan! Co to jest? – na twarzy mojego ojca pojawił się teraz uśmiech zwycięstwa.

Kiedy mój Stary otwierał maskę, obok nas przetoczył się gościu w Seicento, któremu jeszcze się japa nie zamknęła po tym, co zobaczył.

Tutaj następuje prezentacja dwulitrowego, turbodoładowanego benzyniaka, który według katalogu ma 170 koni (Lancer EX 2000 Turbo), ale mój Stary zawsze coś lubił lekko pokręcić, więc w tym przypadku było tego nieco więcej. Policjant pochodził jeszcze wkoło samochodu i zaglądał we wszystkie zakamarki. Nawet do bagażnika musiał zajrzeć.

- Po jasną cholerę panu dwa worki węgla w Warszawie?
- Aaa, bo tu jest napęd na tył, więc wrzuciłem, żeby mi się lepiej dupa drogi trzymała.
- No i to ja rozumiem, bezpieczna jazda i świadomy kierowca, ale kara się należy.
- Jasne, oczywiście – mojemu ojcu uśmiech zszedł z twarzy.
- Nakładam na pana karę ustną: Proszę tak nie zapi***alać. Czuje się pan ukarany?
- Tak, panie władzo – śmieje się mój ojciec. – Czuję skruchę i obiecuję poprawę.
- No to szerokiej drogi.
- Dzięki.

Dopiero wtedy spłynął na mnie sens tego zdania „z głupkami nie ma ścigania”. Rzeczywiście to było głupie, przecież nie miał z Lancerem żadnych szans.

Autentyk czwarty:

Samochód ten sam.
Pochodzimy z Sudetów, a górskie, dobrze znane nam drogi to świetne miejsce, żeby sobie pokręcić kółkiem, powachlować drążkiem zmiany biegów i pedałami. To też świetne odcinki specjalne (Rajd Polski, Elmot i wiele innych rajdów górskich).

Na jednym z takich odcinków („Wolibórz – Jodłownik” – zerknijcie na film poniżej, żeby poczuć jak te drogi wyglądają) mój Stary tnąc prawy zakręt najechał na krawędź asfaltu i pechowo przebił gumę. Trochę się zdziwił, że tak bez pardonu poniosło go w rów, ale kiedy wysiadł, to zrozumiał dlaczego.

Tak dociskał, że kiedy opona pękła, przeciążenie zdjęło mu prawą oponę z felgi i… lewą też.

Z zadumy wyrwał go odgłos esemesa. Napis głosił: „Jedź bezpiecznie.”.


(Mostki, o których była mowa przy okazji maluszka, zaczynają się w 3:25)

Autentyk szósty:

Warszawa, teren zabudowany, ograniczenie do 50 km/h, ale trasa szeroka, więc na liczniku delikatne 80. Znów lizak. Nooo, to będzie mandacik jak nic.

- Gdzie się pan kierowca tak śpieszy?
- Nigdzie, psze pana, się nie śpieszę.
- No jak? Przekroczył pan prędkość o 24 km/h.
- A to! A to dlatego, że jak zwalniam poniżej 70, to mi dziecko płacze.
W tej chwili jak na zawołanie z fotelika z tyłu rozległ się donośny płacz.
- No i widzi pan, co pan zrobił? – ojciec rzuca do policjanta.
- No rzeczywiście…
- …
- No nic, to już nie będę zabierał czasu, proszę jechać.
Oddał dokumenty bez mandatu. Pojechaliśmy dalej.

Autentyk piąty:

Przyjeżdżam do ojca. Widzę kolejne Mitsubishi, tym razem stary Galant w budzie z 1987. Duży, ładny, wygodny (zdjęcie poglądowe). Nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć co to auto potrafi.

galant

- Ojciec, mogę się przejechać?
- Jasne, siadaj.

Miałem może z 15 lat. Usiadłem, poprawiłem sobie fotel, lusterka, popatrzyłem na drogę i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Nauczony doświadczeniem z Lancera delikatnie zacząłem naciskać pedał gazu. W Lancerze wystarczyło minimalnie wychylić pedał, żeby wciskało w fotel, tutaj do trzech czwartych wdepnięcia właściwie nic się nie działo. Samochód powoli zaczął toczyć się do przodu. Popatrzyłem na ojca z niedowierzaniem. Docisnąłem pedał do podłogi, a wóz zareagował lekkim przyśpieszeniem.

- Tato, co się stało?
- Widzisz, synku…
- ...?
- ...Ożeniłem się.

Oglądany: 89508x | Komentarzy: 89 | Okejek: 707 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze w tym tygodniu
Newsy z kategorii
Jak to drzewiej bywało