JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Przyszły inżynier - "Wykładowca kret"

54 018  
225   167  
Student Politechniki opisze Wam jeden z kilkunastu egzaminów, które miał podczas niedawno zakończonej sesji zimowej. Nuda, co? Oczywiście, że w 99 na 100 przypadków byłaby nią, jednak dajcie mu szansę, przeczytajcie, a wspomnicie moje słowa, że był to właśnie ten jeden, odosobniony, różny od innych przypadek.


Sesja jak to sesja. Ciężko wytłumaczyć osobie, która nie studiowała albo studiowała, aby mieć papier z jakiegoś - przepraszam za kolokwializm - chujowego kierunku.

Najlepiej można to zobrazować liczbami. 3 tygodnie sesji, 15 dni roboczych, 1 lista na "trzy", 18 zaliczeń, 5 ujebanych przedmiotów, 5 poprawek, 4 zdane, 1 warunek. Tak to mniej więcej wygląda na studiach inżynierskich. Jak bez liczb to opisać? Zapierdol!

Oczywiście na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie jestem typem prymusa oraz nie studiuję najcięższego kierunku na świecie, jednak mimo wszystko pot na czole w trakcie ostatniego miesiąca pojawiał się kilkukrotnie.

Przychodzi w trakcie sesji taki moment, że mamy egzamin z przedmiotu widmo. Jeszcze gorsze, jak się dowiemy, że ten przedmiot jest przedmiotem kierunkowym, uznawanym za najważniejszy podczas obecnego semestru. Wtedy jesteśmy lekko w dupie, czasem lżej, czasem mocniej.

Tak zdarzyło się i teraz, egzamin z przedmiotu, z którego jest wyłącznie wykład. Nie będę kłamał i powiem wprost, nie byłem na żadnym wykładzie, więc co ciekawiej, będę miał okazje poznać doktora, profesora, magistra, no właśnie kogo? Wykładowcę. Wiecie, może to dziwne, ale każdy z wymienionych ma inne prawa i obowiązki, ale także inaczej się zachowuje.


Magister to zazwyczaj młody gówniarz, którego przy niskiej frekwencji możecie uznać za jednego z was, a przy dużej dozie nieszczęścia przywitać zdaniem "Masz kurwa jakieś dobre ściągi, bo podobno chuj nie daje ściągać". Uważajcie też przy pisaniu skrótu "mgr" - nie ma tam kropki na końcu, upierdliwy odda raport i powie, że nie jest magazynierem i proszę przynieść następny, poprawiony za tydzień na maksymalną ocenę - 3.0.

Doktor – bywają tacy, że tak strasznie się jarają swoją pozycją, że bez per pan/i doktor niestety nie zaczniesz. Generalnie jest w środku zestawienia i jest ich na uczelni najwięcej, ponieważ są też habilitowani. Oczywiście to wciąż doktor, jak sama nazwa wskazuje, jednak ani się waż zwrócić przez doktor, dla nas, szarej masy, to już profesor.

Profesorowie – generalnie najstarsi, może nie wiekiem, ale wyglądem. Znużeni nauką i mają to w dupie, czy postawisz kropkę czy przecinek, dla nich liczą się konkrety, merytoryczna wiedza. Zazwyczaj są odpowiedzialni za przedmiot, uznawani za największe zło i piekło na uczelni. Z autopsji wiem, że najrówniejsi, pod warunkiem, że serio coś wiesz i masz poukładane w głowie, a nie idziesz zawracać dupę, że chcesz 3.0, bo nie miałeś się kiedy uczyć, bo pracowałeś.

Więc mam za sobą kolejną dygresję, przedstawiłem osobom nie będącym nigdy studentami dwa kluczowe aspekty – sesja i wykładowcy. Mówiąc szczerze, możecie mówić, że zaliczyliście pierwszy rok na studiach, ale potem odpuściliście, bo straszna nuda i to nie dla was. Na pierwszym roku więcej się nie nauczycie.


A teraz chciałbym przejść do meritum sprawy, aby tytuł miał jakikolwiek sens. Jak już wspomniałem, dość dawno miałem egzamin z przedmiotu, na którym nigdy nie byłem, a okazał się kluczowy. Co w takiej sytuacji robić? Nauczyć się. Oczywiście. Jednak pytam serio. Najlepiej podpytać rok wyżej, co było u nich, czy da się ściągać, czy robi dużo poprawek, czy daje to samo i tak dalej, i tak dalej.

No i nie było tym razem inaczej, otrzymaliśmy plik .rar – dla mniej ogarniętych, mały plik, który ściągamy, wygląda niepozornie, a jak klikniesz, żeby go wypakować, zapierdoli ci cały pulpit zdjęciami, folderami i plikami tekstowymi.

No dobra, więc od czego teraz zacząć. Serce mówi od nauki, rozum od ściągi, żołądek od kolacji. Zacząłem od kolacji, skończyłem na ściądze. Z roku wyżej dowiedzieliśmy się, że wykładowca jest kretem. Jest stary, niewidomy, głuchy, niedołężny, można ściągać, przepisywać... A jak ma dobry humor, to i gazetę weźmie w ręce i zacznie czytać. Brzmi co najmniej ciekawie, ba, żeby nie skłamać takie informacje lubię najbardziej. To oznacza, że nawet nie trzeba się zbytnio pocić, aby ściągę zrobić. Wystarczy plik PDF do telefonu i jedziemy.

Kolejna dygresja z mojej strony, bardzo dobry patent, wrzucamy plik PDF do telefonu z materiałem na egzamin, na egzaminie wyjmujemy telefon, mamy wyszukiwarkę, czytelną ściągę, jednym słowem – bajka.

Teraz tylko kluczowe pytanie, który plik wrzucić, żeby odpowiedział na wszystkie moje, a raczej tego gościa pytania. Co zrobić w takiej sytuacji? Piszemy na Facebooku, na grupie całego roku.

„Hej, mam pytanie, zaczynam się uczyć właśnie na jutrzejszy egzamin, z czego polecacie się najbardziej uczyć?”

Odpowiedzi:

„Ze wszystkiego” – okej, kurwa, zajebiście.

„Z tego co było na wykładach” – bliżej, ale kurwa, zaczynają mnie pedały wkurwiać.

„skrypt.pdf – tutaj jest wszystko i z tamtych pytań będzie kilka na egzaminie” – matko boska, anioł, nie kobieta. Nie ma czasu na przyjaźnie i czułości, szarmancko nacisnę „Lubię to” i jedziemy z tematem.

Mam już wszystko, aby się powiodło. Mam kompletny plik. Teraz tylko zgrać go na telefon. Nienawidzę szukać zawsze tego kabla, podłączać, raz się uda, raz nie. Wysyłam z komputera na swojego maila, wchodzę na telefonie na maila, klikam otwórz w Adobe Reader i... I mam gotowy plik w telefonie. Teraz tylko druga kolacja, kilka meczów w fifę, budzik na 8 i jedziemy po swoje.

Czas egzaminu


Wchodzimy do sali, po facecie od razu widać, że śmieszny. Co więcej, widać, że niewidomy, a wnioskując ze skali szumu na sali i głuchy. Myślę sobie, znowu wygrana, i to w pięknym stylu. Nie takim, że z trudem w 90 minucie meczu wpycham piłkę do bramki i czekam do ostatniej minuty, sekundy doliczonego czasu gry na wynik. Tylko takie pewne pięciobramkowe zwycięstwo.

Siadamy, facet rozdaje kartki. Przechodzi na przód sali niczym ksiądz na ambonę i prosi, aby kolega już nie chował tego telefonu do kieszeni w bluzie, bo to widział. Myślę sobie, kurwa, przypadek i tyle. Zaczynamy! I co? Znów przytoczę liczby, minęły 3 minuty, 5 osób oddało kartki za ściąganie, jedna zemdlała, a dwie oddały, że już skończyły pisać, bo ich to przerosło. No nie powiem, statystyki zajebiste, Breivik wśród wykładowców. Myślę sobie, co jest, kurwa, grane. Czy to na pewno ten facet? Patrzę po ludziach, wszyscy wystraszeni. Staram się przyglądać mu, analizować jego ruchy, jego strategie. Kurwa, naprawdę jest dobry, sam, co ważne do odnotowania, ponieważ dużo wykładowców wspomaga się kolegami po fachu. Sam daje radę ogarnąć nas wszystkich. Leci po każdym wzrokiem. Może, kurwa, faktycznie nie widzi, ale jak ściągać, jak gościu się na ciebie gapi? No wyobraźcie sobie, jakby dali 5 osób niewidomych, ale bez okularów i białej laski do pilnowania, aby każdy patrzył w inną grupkę studentów. Prawdopodobnie 90% nic by ze strachu nie ściągnęła. Siedzę na tym egzaminie, nie wiem co robić. Myślę sobie, kurwa, napiszę cokolwiek, patrzę na kumpla, przerażony, blady siedzi, mówi do mnie „Stary, bez szans”. Oczywiście dostaliśmy opierdol za gadanie, pomijając fakt, że ja ledwo to słyszałem, a siedzieliśmy w rzędzie raczej dalszym niż bliższym. No głuchy kurwa w chuj.

Czytam zadania, co to, kurwa, jest. Ciężko znaleźć chociaż jedno, które można by było zrobić na logikę. Jednak piszę głupoty, to znaczy, przepisuję treść pytania, a potem coś tam wymyślam. Aby to lepiej zobrazować dam przykład.

Zadanie: Co zrobił Jasiu, gdy przypadkowo napotkał Marysię w środku pięknego, słonecznego dnia w lesie?
Odpowiedź: Jasiu, gdy przypadkowo napotkał Marysię w środku pięknego, słonecznego dnia w lesie, zrobił to co powinien, czyli ją wyruchał.

I tak odpowiadam na wszystkie pytania. No dobra, mniej wulgarnie, ale też czasem mniej logicznie. Jednocześnie cały czas kontroluję gościa, może da cień szansy po tym początkowym show i da ściągnąć. Czekam, czekam, że może się odwróci, usiądzie, zemdleje, umrze, cokolwiek. Nic. Stoi i się gapi, gapi, gapi. KURWA!


No nic, piszę dalej moje dyrdymały. Zaraz słyszę klasyczne w tym miesiącu polecenie.

„Zostało 5 minut do końca, proszę nie zapomnieć się podpisać czytelnie”

Minęło 5 minut, oddaliśmy kartkę. Praktycznie zawsze byłbym zajarany, napisałem wszystko i to jeszcze ile, jednak nie tym razem. Po egzaminie wymieniamy się odpowiedziami. Oczywiście, jak się okazało, nie tylko ja postawiłem na ściąganie, tylko 70% roku. A więc odpowiedzi były bajeczne. Jedni improwizowali jak ja, inni pisali przepisy na ciasto, jeszcze inni dlaczego powinni zaliczyć, a reszta to co umie, ale na inny przedmiot. Została jeszcze grupka ludzi, którzy oddali pustą kartkę, ale skupili się na zapamiętywaniu pytań – kurwa, dobra strategia, ale i tak te pytania podadzą, a ja chociaż mam świadomość, że zrobiłem wszystko, co mogłem (tego dnia), aby ten egzamin zaliczyć.

Co ciekawe, wyniki były 2 dni później. Niby nie było co sprawdzać, bo każdy pisał głupoty, jednak zadań 10, ludzi na roku blisko 150, tekstu też dużo, więc mimo wszystko szanuję.

Wchodzę, patrzę i … 3.0. Co, kurwa? Mam, kurwa trzy, t r z y. Trzy jebane zero. Zaliczone. Patrzę na innych, też kurwa zaliczyli. Jedynie osoby, które ćwiczyły pamięć z zapamiętywaniem zadań i te które ściągały na początku dostały 2.

Okazało się, że facet patrzy, czy jest w miarę logicznie, czy jest dużo i ładnie, a i to czego zapomniałem wspomnieć na początku, czy jest rozwiązane jedyne zadanie z liczeniem, które każdy potrafił zrobić, bo co roku jest to samo.

No nic, pora świętować. Kolejny przedmiot z głowy, niezwykły, nie tylko ze względu na punktacje 6 ECTS, ale również na sposób zaliczenia.

Na koniec, aby mieć czyste sumienie, dokonam ostatniej dygresji, aby, jak obiecałem, ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze studiowaniem, po tym artykule mieli wiedzę jak po pierwszym roku.
Punkty ECTS (Europejski System Transferu Punktów), które zawarłem w ostatnim akapicie – można to porównać do punktów karnych na drodze. Każdy przedmiot ma przypisaną określoną liczbę punktów – 2, 4, 6, a czasem i 8. Możemy maksymalnie zdobyć 12 punktów, aby nas nie wyjebali z uczelni. To znaczy, możemy uwalić 3 przedmioty punktowane za 4 pkt, 4 za 3 i tak dalej, i tak dalej. Dopiero gdy zaliczymy przedmiot, najprawdopodobniej za rok, ten dług nam znika i znów możemy pozwolić sobie na łobuzowanie.

Z wyrazami szacunku,
Przyszły Inżynier

Masz uwagi do artykułu - znalazłeś błąd, literówki, źródło? Napisz do redakcji
Oglądany: 54018x | Komentarzy: 167 | Okejek: 225 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze w tym tygodniu
Newsy z kategorii
Jak to drzewiej bywało