JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Redaktor JM opowiada o swojej podróży w głąb amazońskiej dżungli

46 598  
377   24  
Odkąd pamiętam, zawsze jarałem się mistycznymi indiańskimi praktykami. Szczególnie tymi, w których leje się krew, a mistrz ceremonii z obłędem w oku macha ofiarnym nożem niczym golibroda brzytwą.


Będąc na kolejnej wyprawie w Peru postanowiłem spełnić jedno ze swoich dawnych marzeń i wejść w posiadanie zminiaturyzowanej ludzkiej głowy, czyli tradycyjnego "rękodzieła" ludu Jivaros. Żeby ten cel osiągnąć, musiałem najpierw udać się w długą podróż do jednego z najbardziej odizolowanych miast na świecie - Iquitos. A ta przeprawa trochę mi zajęła...

Którędy do Iquitos?

Do położonego w głębokiej Amazonii Iquitos nie można dostać się drogą lądową. To nie znaczy, że nie warto próbować. W stolicy Peru - Limie - trzeba wcisnąć się do autobusu, który to tempem kulawej lamy potoczy się do Tarapoto - niewielkiego, aczkolwiek dość urokliwego miasta w dżungli. Bilet nie jest jakoś specjalnie drogi, ale główną ceną za takie wyzwanie jest konieczność przesiedzenia 32 godzin na niezbyt wygodnym fotelu i przykleiwszy się niczym glonojad do szyby, podziwianie różnej maści dziwactw po drodze.


Po takim czasie szlachetne zwieńczenie ludzkich pleców wygląda niczym rozpłaszczony zad pawiana, a do wytyczenia na nowo symetrycznej linii pomiędzy pośladkami trzeba zatrudniać lokalnego geodetę.

Ból dupy łagodzą przekąski serwowane przy najmniejszym nawet postoju przez wszędobylskie mobilne przekupki. Z ustami zapchanymi prażoną kukurydzą lub suszonym bobem podróżuje się jakby nieco przyjemniej.


W Tarapoto można trochę zabalować, strzelić sobie ayahuascowego drinka lub zapoznać się z legendarnym urokiem miejscowych dziewcząt, zwanych charapitas. To określenie wywodzi się od słowa charapa, którym to zwykło nazywać się pewną odmianę amazońskiego żółwia o skorupie czarnej niczym heban. Jako że mieszkańcy tych rejonów Peru mają wyraźnie ciemniejszą skórę w porównaniu ze swymi pobratymcami z wybrzeża, żółwie miano pasuje do nich jak ulał.


A ta starsza pani akurat nie ma z żółwiem nic wspólnego. To przedstawicielka Shipibo - plemienia znanego głównie z ayahuascowych ceremonii oraz... produkcji charakterystycznych tkanin reprezentujących psychodeliczne wizje.
Wróćmy jednak do Tarapoto. A raczej - wyjedźmy z tego miasta, bo to dopiero początek główkowego "questa". Z Tarapoto trzeba przedrzeć się do ostatniego lądowego przystanku na mapie - Yurimaguas, miejsca, w którym kończy się asfalt, a zaczyna rzeka. Tam do wyboru są dwie możliwości. Albo bierzesz pan łódź, co to płynie standardową prędkością, albo decydujesz się pan na droższą opcję, czyli szybką wieloosobową motorówkę. W pierwszym przypadku trzeba zaopatrzyć się w hamak, który to rozwiesza się na specjalnych żelaznych rurkach tej wielopoziomowej jednostki pływającej. Tłok na takiej łodzi jest większy niż podczas lidlowej promocji golonki, a podróżni w swoich pachnących kulką na mole hamakach są tak ściśnięci, że niekiedy przypominają winogrona misternie przyczepione do uginającej się pod ich ciężarem łodygi. Podróż takim cudem trwa 2-4 dni, a na pokładzie oprócz ludzkich kiści zawiniętych w wiszące tkaniny znaleźć też można tony wszelkiej maści mniej lub bardziej żywego towaru.


Czasem błogą sielankę przerywa kwik zarzynanej świni. Cóż, brak lodówek wymaga przewozu mięsa w całości... Ja wybrałem kilkugodzinny spływ motorówką do pueblo zwanego Lagunas. Właściwie nazywanie tego pojazdu motorówką jest lekką obrazą dla zacnego rodu motorówek. W praktyce to kawał pokracznej łajby w dużej mierze złożonej z podstawowych elementów peruwiańskiego budownictwa - trytytek, blachy falistej i plandeki.

Przystanek - Lagunas

Czemu akurat Lagunas? Ano temu, że z tego zapyziałego miejsca, w którym prądowe agregaty włączane są na kilka godzin dziennie, można dostać się do rezerwatu naturalnego Pacaya-Samiria. Zamiast korzystać z ofert obecnych w każdym dużym mieście biur turystycznych, lepiej udać się do samego źródła i zagadać z którymkolwiek z mieszkańców Lagunas. A ci charakteryzują się dwoma cechami - są albo straszliwie pijani (szczególnie podczas karnawału, weekendu i wszystkich innych dni roku), albo paradują z ostrymi jak żart Tadka Drozdy maczetami.


Widok pękatej pani domu maszerującej z pokaźnym ostrzem w dłoni po pokrytej kurzem dróżce jest równie naturalny, co usłyszenie mantry pod bałucką Biedronką. W dżungli wszystko bardzo szybko zarasta zielonym pnączem. Ponadto maczeta świetnie sprawdza się do użynania kurzych łebków...


A musicie wiedzieć, że Peruwiańczycy kochają kurczaki (los pollos) bardziej niż jakąkolwiek inną padlinę. Widać to szczególnie w takich miejscach jak Lagunas, gdzie wybór dostępnych dań w lokalnych knajpkach ogranicza się do kurczaka i ryżu (w różnych konfiguracjach - od kurczaka z ryżem, aż do ryżu z kurczakiem).

- A ma pani coś bez mięsa może?
- Tak. Mamy pollo (tak, już się pewnie domyślacie, ten wyleniały nielot w mniemaniu tubylców nie zalicza się do produktów mięsnych. Większość jest skłonna nawet uznać, że cziken to rodzaj owocu z pestką).
- To może chociaż frytki z surówką, co?
- Niech pomyślę... Mamy kurczaka! I ryż też mamy. Co podać?


Ostatecznie wybrałem ryż połączony z trudem zdobytym produktem kurczakopochodnym, czyli jajkiem. Przez najbliższe tygodnie stało się to podstawą mojej diety. Tak czy inaczej nieszczęsny pollo obecny jest wszędzie. Nawet w chipsach, psia jego mać!


W Lagunas, podobnie jak w każdym peruwiańskim mieście, miasteczku czy pozbawionym asfaltu pueblo, roi się od kościołów. Spotkać można zarówno okazałe, wybijające się na tle mizernych domków z plandeki, blachy falistej i trytytek strzeliste domy boże, jak i niewielkie konkurencyjne lokale, zabierające klientelę tym największym. Paradoksalnie te małe kameralne przybytki odnowy duchowej cieszą się szczególną popularnością wśród rozmodlonych campesinos.

To jednak nie w kościele spotkaliśmy lokalnego przewodnika - Javiera. Gość nawinął się nam w porcie, a raczej na błotnistym nabrzeżu wypełnionym sprzedawcami, nadpsutymi owocami i, jakże by inaczej, lekko sfatygowanymi kurczakami. To właśnie Javier miał pomóc nam zlokalizować różowe amazońskie delfiny kryjące się w głębinach jednej z rzek rezerwatu.

Różowe delfiny

Co te sympatyczne zwierzaki robią w tropikalnej rzece? Boto i tucuxi to dwa z trzech znanych na świecie gatunków tych ssaków, które zamieszkują słodkie wody. W przeciwieństwie do swoich morskich braci, rzeczny delfin nie jest zbyt chętny do obcowania z ludźmi - nie da się go zbyt łatwo wytresować, a w niewoli dość szybko umiera. Dlatego jedynym słusznym sposobem zobaczenia go z bliska jest taka właśnie wyprawa.
Javier po krótkiej negocjacji zainkasował niezbyt obciążające nasze sakwy wynagrodzenie i wraz z żoną i przyjacielem zorganizował nam czterodniową ekspedycję w głąb rozciągającego się na powierzchni 20 tysięcy kilometrów kwadratowych rezerwatu Pacaya-Samiria.


Skaczące nad głową małpy, zwisające z drzew leniwce czy zdechła kapibara do połowy zjedzona przez kajmana nie zrobiły na nas takiego wrażenia, jak możliwość spaceru po dżungli w nocy. Gdy poświeci się latarką na ziemię, ta przypomina gęsty, ruchomy dywan wykonany z milionów insektów, pająków i innych mieszkańców puszczy. Ponadto spotkanie tarantuli czy innych przedstawicieli rodów pająkopodobnych jest łatwiejsze niż złapanie syfa w tanim peruwiańskim burdelu. Noc spędza się w drewnianych chatach postawionych na wysokich palach. W porze intensywnych deszczów woda w rzece potrafi wzrosnąć nawet o kilka metrów, zamieniając stosunkowo wąską rzekę w wielkie rozlewisko.


Trudno sobie tu poradzić bez moskitiery - ilość gryzących owadów nie ogranicza się jedynie do moskitów. Właściwie każde żyjątko, które po człowieku łazi zaopatrzone jest w jakiś narząd do zadawania tortur. Tak więc każdy poranek w dżungli trzeba zacząć od rytuału polegającego na zdjęciu z moskitiery jakiegoś pajęczego truchła i wytrzepania z butów potencjalnych intruzów.


Sukinkot, którego widzicie na zdjęciu poniżej to dorodny przedstawiciel pajęczakowego rodu tępoodwłokowców. Ten przyjemniaczek liczył sobie ponad pół metra wielkości!


Po trzech dniach podróży wreszcie się pokazały. Co kilka sekund z wody wynurzało się różowe cielsko i z głośnym plaskiem znikało gdzieś w głębinach rzeki. Prawdą jest to, co wcześniej o tych zwierzętach usłyszałem - trzeba mieć kupę szczęścia, aby uchwycić delfina na zdjęciu. Nigdy bowiem nie wiadomo, gdzie sukinkot się pokaże. Może na przykład wyskoczyć przy samej łodzi i w mgnieniu oka dać nura, zanim człek nawet zdąży przesunąć aparat w odpowiednie miejsce.


Wieczorem Javier odpaliwszy pokaźnego jointa opowiedział nam historię o tym, jak za młodu upił się napojem ze sfermentowanej kukurydzy (chicha) w towarzystwie nietypowych białych przybyszów, którzy to zawitali do wsi, w której nasz przewodnik się wychował. Tajemniczy goście wypiwszy alkohol oddalili się w stronę rzeki. Następnego dnia wieśniacy znaleźli na samym jej brzegu, wśród porozrzucanych ubrań, dwa ledwo zipiące delfiny, które to zaległy we własnych, śmierdzących chichą wymiotach.
Podobne historie słyszałem już wcześniej nie raz. Według amazońskich legend, różowy delfin boto jest zwierzęciem magicznym, potrafiącym w nocy przybierać postać przystojnego mężczyzny - Encantado. Istota taka wychodzi z wody i rusza na podbój kobiecych serc... i wagin. Delfin ma bowiem wybitnie duże libido i z lubością zapyla spotkane przez siebie niewiasty, które to później wyrzucają ze swoich ciał małe, obślizgłe, zmutowane płody o wyglądzie niezdrowego suma. Źródła tych opowieści mają dwa wytłumaczenia. Przede wszystkim narządy płciowe samców delfina boto w dużym stopniu przypominają te należące do przedstawicieli gatunku ludzkiego. Innym, nie mniej logicznym rodowodem historii o magicznych delfinich uwodzicielach jest typowa dla mieszkańców małych amazońskich wiosek... rozwiązłość seksualna. W miejscach, gdzie nastolatki mają już pokaźne stadko pacholąt, łatwiej jest obarczyć winą kolejnej ciąży delfina niż szczerbatego Pablito - słynącego z niefrasobliwości wioskowego pijaczynę.


Tak czy inaczej - amazońskie ludy wierzą w magiczność tych niesamowitych zwierząt. Zaleca się na przykład, aby nie utrzymywać kontaktu wzrokowego z delfinem. Zbyt długie gapienie się w jego oczy ma bowiem sprowadzać na człowieka klątwę w postaci upiornych koszmarów. Ponadto należy unikać pływania w miejscach, gdzie żyją delfiny - maja one bowiem w zwyczaju porywanie ludzi do swego podwodnego miasta zwanego Encante.
Na szczęście nie spotkałem na swojej drodze żadnego delfiniego porywacza, a już na pewno nie dane mi było obcować z takim, który w nocy zamienia się w cycatą, uwodzicielską nosicielkę tropikalnych chorób wenerycznych. Po kilku dniach mieszkania w lesie i walki ze sraczką spowodowaną piciem wody z rzeki (ta w butelkach skończyła się już drugiego dnia...), wróciliśmy do Lagunas.

Śmieci

Wpadliśmy na pomysł, że fajnie by było przed dalszą podróżą spotkać się z lokalnym curandero, lekko napruć się psychodelicznym napojem Ayahuascą i poprosić maestro o błogosławieństwo kolejnych etapów naszej długiej podróży. Szaman zdziwił się widząc przed sobą czterech lekko zabiedzonych białasów, chcących skorzystać z jego, najczęściej zarezerwowanych dla miejscowych campesinos, usług. Cena, którą zaproponował była śmiesznie niska, ale gdy zobaczyliśmy miejsce ceremonii, szybko oddaliliśmy się z jego posesji.
- O, tu se odsuniecie kilka rzeczy i wypijecie medicinę - mówiąc to maestro pokazał nam swój ogródek po brzegi wypełniony kurzymi (a jakże!) kośćmi, pogniecionymi gazetami, plastikowymi torbami i górkami brzydko pachnących śmieci.
Problem śmiecenia w Peru jest rzeczą, która wyjątkowo rzuca się w oczy. W większości pueblos koszów na odpadki po prostu nie ma. Butelki, papierki po żarciu czy wspomniane plastikowe torebki rzuca się na ziemię. Równie oczywistym jest nawyk wywalania nieczystości przez okno autobusu.


Na moich oczach młoda matka uczyła swoje kilkuletnie pacholę techniki sprawnego pozbywania się z rozpędzonej łodzi opakowania po chipsach, tak aby podmuch wiatru nie sprawił, że śmieć wróci z powrotem na pokład. Gnojek bardzo wczuł się w tę naukę i po pozbyciu się zbędnego balastu, wywalił też przez okno jedną ze swoich zabawek, co z kolei skończyło się rozdzierającym trzewia szlochem.
Pewną różnicę widać na szczęście w Andach, gdzie nawet w małych wioseczkach prowadzone są kampanie zalecające mieszkańcom korzystanie z koszy na śmieci, a na murach można gdzieniegdzie dopatrzyć się wierszowanych sentencji nawołujących do darzenia Pachamamy należytym szacunkiem. Cóż jednak z tego, gdy robiąc zakupy w jakimkolwiek sklepie człowiek zawsze dostaje w prezencie plastikową torbę? Nawet gdy kupuje się jedynie fajki i listek gumy do żucia.


Jak widać praca u podstaw nie dotyczy jedynie tematu śmiecenia...

Tak więc grzecznie podziękowaliśmy panu curandero i powlekliśmy się w kierunku naszego tymczasowego lokum. Po drodze spotkaliśmy kilku lokalsów poniesionych karnawałowym melanżem. Ci na nasz widok wyciągnęli niedopite flaszki miejscowych samogonów i wlali nam ich zawartość do gardeł.


Dzień zakończyliśmy pląsami w takt amazońskiej cumbii. Zabawę przerywały jedynie momenty niezręcznej ciszy, podczas której dolewaliśmy benzynę do prywatnego agregatu. W miejscach takich jak to ten cenny opał stoi na sklepowej półce tuż obok piwa... Rano wsiedliśmy na rozklekotaną łódź i wytargowawszy uczciwą cenę biletu, popłynęliśmy do Nauty, ostatniego przystanku przed Iquitos - miejscem, gdzie miałem odnaleźć wymarzone trofeum w postaci skrupulatnie zminiaturyzowanej ludzkiej głowy...


Ciąg dalszy nastąpi.

Oglądany: 46598x | Komentarzy: 24 | Okejek: 377 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało